Z perspektywy Vespery
Patrzę na zaproszenie na doroczny bal Króla Likanów z mieszaniną zaskoczenia i irytacji. Nie mam ochoty uczestniczyć w takim wydarzeniu, ale tak naprawdę nie mam wyboru. Zwłaszcza że zaproszenie zdaje się wynikać z dobrych intencji. Król Draven dołączył do niego liścik z wyjaśnieniem, że dowiedział się o śmierci Arthura i Marthy i zaprasza mnie, by pomóc mi oderwać myśli od trudnych spraw.
Wieczorem w dniu balu decyduję się pozostać dyskretna, unikając jakichkolwiek konfrontacji i zamieszania. Kupiłam bardzo ładną czarną sukienkę bez ramiączek, haftowaną srebrem, prostą, ale podkreślającą moją figurę. Moje długie czarne włosy są upięte w kok, a ja zdecydowałam się na subtelny makijaż. Rozkoszuję się posiłkiem przy bufecie, kiedy podchodzi do mnie dwóch likanów.
"Panienko?"
"Słucham?"
"Król pragnie z panią porozmawiać," informuje mnie drugi sługa.
"Ze mną?"
Krugam kilkakrotnie oczami, zaskoczona. Obaj mężczyźni tylko kiwają głowami, po czym gestem dają znak, bym poszła za nimi. Podporządkowuję się bez protestu. Prowadzą mnie do gabinetu, w którym stoi samotny mężczyzna. Spojrzenie, jakim obrzuca mnie po zamknięciu drzwi, nie jest zbyt przyjazne. Draven, Król Likanów, ma na sobie czarny smoking, który podkreśla jego budowę ciała i wzmacnia jego charyzmę. Ale wcale nie czyni go to bardziej sympatycznym.
"Wyczuwałem to już podczas naszego pierwszego spotkania, a teraz jestem tego pewien. W co pogrywa bogini... człowiek jako erasthai? To jakiś żart," mówi chłodnym tonem.
Podchodzi i okrąża mnie. Wstrzymuję oddech, moje serce wali jak młotem, a żołądek dziwnie się kurczy. Chciałabym wierzyć, że to ostre słowa Dravena doprowadziły mnie do tego stanu, ale w głębi duszy wiem, że chodzi o coś innego. Czuję, że ciągnie mnie do tego likana. Jedyne, czego chcę, to by dał mi się wytłumaczyć. Pozwolił mi powiedzieć, że nie jestem człowiekiem.
"Nie wiem, na co liczysz, ale nie masz tego, co potrzebne, by zostać królową. Lud likanów nigdy nie zaakceptuje tak słabej władczyni."
"Słucham?!"
Jego słowa są jak uderzenie w twarz. Nawet nie pyta, kim jestem. Gardzi mną i odrzuca w imieniu swojego ludu, nie dając mi nawet szansy na wyjaśnienie, nie próbując nawet mnie poznać.
Na jego twarzy pojawia się wreszcie złośliwy uśmiech, który bynajmniej mnie nie uspokaja.
"Niemniej jednak, mój likan cię potrzebuje. Odrzuca myśl, że mógłbym cię odrzucić. Możesz nie nadawać się na królową, ale będziesz idealna jako kochanka. Co ty na to?"
"Czy to jakiś chory żart?"
Zanim w ogóle uświadamiam sobie, co robię, uderzam Dravena w twarz. Na obliczu likana maluje się szok.
"Nigdy, słyszysz?! Nigdy nie będę twoją kochanką!" oświadczam wściekle.
Do pomieszczenia wpada grupa mężczyzn i otacza mnie, zanim zdążę zrozumieć, co się dzieje. Szlag by to, musiał wezwać ich przez psychiczną więź! Dwóch strażników mnie chwyta. Wściekły głos Dravena grzebie wszelkie szanse na to, że wyjdę stąd z podniesioną głową.
"Zabierzcie tę furiatkę do lochów! To powinno pomóc jej zrozumieć, co jest dla niej dobre!"
"Pożałujesz tego, głupi królu likanów," mruczę, gdy strażnicy wyprowadzają mnie z gabinetu.
Ale Dravena zupełnie nie obchodzi, co mówię. W zamyśleniu pociera policzek. Jest piękna, musi to przyznać. Ale on jej potrzebuje tylko ze względu na siłę, jaką daje więź bratnich dusz, oraz dlatego, że jego likan stawia opór. Drzwi otwierają się i wchodzi jego likanka-bogini, co natychmiast poprawia mu nastrój.
"Wszystko w porządku, Draven?" szepcze uwodzicielskim głosem.
"Tak, po prostu mały problem, który został szybko rozwiązany. Nie masz się czym martwić."
"To dobrze. Ale... Ktoś cię uderzył?"
Likanka wydaje się zszokowana, zanim w jej spojrzeniu pojawia się gniew, który rozgrzewa jego serce. Przyciska szybki pocałunek do jej warg.
"Mówiłem ci. Nie musisz się tym martwić. Wracajmy na bal."
Głośno przeklinam mężczyzn, którzy właśnie wrzucili mnie do lochu. Mam na sobie tylko suknię wieczorową, a w tej cholernej celi jest zimno i wilgotno.
"Szlag, niby dlaczego mam tu zostać i dawać się upokarzać?!"
Gryzę się w język. Martha obrzuciłaby mnie surowym spojrzeniem, gdyby usłyszała, jak przeklinam! Poza tym, kiedy teraz o tym myślę, jestem przekonana, że Draven wykorzystał śmierć Arthura i Marthy, aby zwabić mnie do swojego zamku. Zasługuje na coś więcej niż tylko uderzenie w twarz.
Następnego dnia brutalnie budzi mnie strażnik.
"Król Likanów chce cię widzieć, kobieto!"
"Taak, co za radość," mruczę przez zaciśnięte zęby.
Przecieram oczy i widzę Dravena stojącego w mojej celi, z zadowolonym z siebie uśmiechem na ustach. Och, gdybym tak mogła zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy!
"Jesteś już w lepszym nastroju?"
"Nie. Wczoraj dałam ci już odpowiedź," odparowuję chłodno.
"Szkoda. Zostaniesz tu tak długo, aż zrozumiesz, co leży w twoim najlepszym interesie."
"Jeszcze zobaczymy," syczę cicho.
Spoglądam mu prosto w oczy. Moje intensywnie niebieskie spojrzenie krzyżuje się z jego wzrokiem, a ja nie drgnę. Wydaje się tym zaskoczony. Ale przysięgam sobie, że w pewnym momencie zrobię znacznie więcej, niż tylko go zaskoczę.
"Tak, jeszcze zobaczymy," odpowiada przed wyjściem.
Co za idiota! Widziałam zamęt w jego oczach, co oznacza, że Król walczy ze swoim likanem, który na pewno grozi mu przejęciem kontroli. Ale nawet jeśli tak jest, nie pozwolę, by ten likan mnie naznaczył. Na to jest już za późno.
Upokorzona i uwięziona, dlaczego właściwie miałabym dać mu drugą szansę? Nadszedł czas, bym odeszła. Opuściła królestwo Likanów. Jestem przekonana, że Draven nie nakaże mnie szukać. Będzie to zatem okazja, by rozpocząć spokojniejsze życie z dala od niego. Czego jeszcze nie wiem, to tego, że Draven nie jest jedynym, który się mną interesuje.
Tej nocy grupa banitów zakrada się do zamku, a następnie do lochów. Są doskonale przygotowani. Używają sprayów, aby całkowicie zamaskować swój zapach, a także innych specyfików, by móc zinfiltrować teren bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Po dotarciu do lochów wykorzystują obezwładniający, bezwonny gaz, aby zneutralizować strażników i więźniów.
Chronieni maskami, udają się do celi wskazanej przez ich informatora. Wewnątrz, młoda kobieta nie wykonuje żadnego ruchu. Zaskoczona we śnie, zorientuje się w swoim nieszczęściu dopiero po przebudzeniu. Ich cel zostaje osiągnięty bez najmniejszych przeszkód, a grupa odchodzi, zabierając młodą kobietę ze sobą.
Następnego dnia, po przybyciu do lochów, Draven wyczuwa, że coś jest nie tak. W korytarzach wydaje się unosić dziwny zapach. Pędzi do celi, w której przetrzymywana jest jego erasthai, tylko po to, by zastać tam głęboko śpiącego strażnika i ani śladu po młodej kobiecie. Z siłą potrząsa mężczyzną, by go obudzić.
"Gdzie ona jest?!"
"J-ja... W swojej celi, Wasza Wysokość," jąka się strażnik.
"Gdyby tak było, to bym cię nie pytał," warczy półgłosem Draven.
Podnosi mężczyznę i zmusza go, by spojrzał do pustej celi.
"I co? Nadal będziesz mi wmawiał, że jest w swojej celi?"
"Nie rozumiem, Wasza Wysokość," broni się przerażony strażnik.
Człowiekowi udało się uciec z królewskich lochów? To niemożliwe! Musiała mieć wspólników. Jego erasthai zniknęła, a jego likan warczy z wściekłością przeciwko niemu. Ale ma teraz ważniejsze sprawy na głowie i postanawia nałożyć mu kaganiec. Musi dowiedzieć się, w jaki sposób udało jej się opuścić lochy. To kwestia bezpieczeństwa!
A kiedy tylko ponownie wpadnie mu w ręce, każe jej słono zapłacić za to upokorzenie. Nikt nie drwi z Króla Likanów bez poniesienia konsekwencji.
















