W dniu swoich osiemnastych urodzin Elowen spodziewała się wilka; zamiast tego otrzymała wyrok śmierci. Pozbawiona wilka i porzucona przez mężczyznę, którego niegdyś ubóstwiała, zostaje wtrącona do legowiska królewskiej linii krwi Zov – rodziny legendarnych drapieżników. Jednak cienie Królewskiego Dworu skrywają przerażającą prawdę. Wśród złotych książąt stoi Zareth Zov, „Książę Potwór”, który nawiedzał koszmary Elowen od nocy, gdy jej rodzinny dom spłonął do cna. On nie pragnie jej uległości; pragnie jej duszy. Uwięziona między przeszłością, której nie pamięta, a przyszłością w roli królewskiej zabawki, Elowen musi lawirować w świecie zmiennych sojuszy i cielesnej obsesji. Kiedy księżyc przybierze barwę krwi, a koszmar stanie się ciałem, czy dziewczyna ocaleje z rąk księcia, który narodził się, by ją zniszczyć, czy też stanie się zarzewiem upadku królestwa?

Pierwszy Rozdział

PERSPEKTYWA ELOWEN Księżyc był okrutnym, srebrnym okiem spoglądającym na mnie z nieba o północy. Stałam na samym środku ogrodu, czując pod bosymi stopami chłód i wilgoć trawy, i czekałam, aż świat pęknie. Tej nocy przypadały moje osiemnaste urodziny. To miała być noc mojego Wstąpienia – moment, w którym moja ludzka skóra miała pęknąć, by ukazać czającego się pod nią drapieżnika. Każdy wilkołak z watahy Otchłannych Kaskad żyje dla tej chwili. To przejście od dzieciństwa do potęgi, ze zwykłej dziewczyny w pełnoprawnego członka watahy. Jednak gdy minuty mijały po północy, nic się nie działo. Sięgnęłam głęboko w głąb siebie, szukając tej iskry, tego warknięcia, tego błysku pradawnego ducha, który miał się rozpalić. Istniała tylko cisza. Głucha, niosąca się echem pustka w miejscu, gdzie powinien znajdować się mój wilk. Nie czułam legendarnego gorąca przemiany; nie czułam, jak moje kości topią się i składają na nowo w coś silniejszego. Czułam tylko zimno. Czułam się mała. Czułam się jak błąd. W naszym świecie hierarchia jest wszystkim. Jestem Omegą – najniższym szczeblem w drabinie społecznej, ofiarą w pokoju pełnym drapieżników. Bycie Omegą to wyrok uległości. Jesteśmy służącymi, potulnymi, tymi, którzy spuszczają głowy, aby Alfy i Bety nie musiały patrzeć nam w oczy. Ale nawet Omega powinna mieć wilka. Bezwilcza Omega to dziwadło. Jestem genetycznym ślepym zaułkiem, bezużyteczną gębą do wykarmienia. Zamknęłam oczy, a pojedyncza łza wyżłobiła ścieżkę na moich policzkach lekko oprószonych piegami. Bez wilka nie mogłam spełnić jedynych ról przypisanych do mojej rangi. Nie mogłam rodzić szczeniąt. Moje ciało było zbyt kruche, zbyt ludzkie. Nie przeżyłabym brutalnej rzeczywistości węzła Alfy. Surowa, gwałtowna siła parzenia się prawdziwego wilka złamałaby mnie niczym suchą gałązkę. Miałam być zabawką, naczyniem dla przyszłości watahy, ale zawodziłam w jedynej rzeczy, która nadawała mi wartość. — Elowen? Już czas, kochanie. Głos babci Callisty dobiegł z otwartych przeszklonych drzwi tarasowych rezydencji. Wzięłam drżący oddech, otarłam twarz i spróbowałam pozbierać kawałki mojej zdruzgotanej godności. Miałam na sobie czerwoną jedwabną sukienkę – kreację tak wyrazistą, że na tle mojej bladej skóry wyglądała niczym rana. Killian kupił mi ją. Sama myśl o jego imieniu posłała ostry, kłujący ból przez moją klatkę piersiową. Killian, syn Alfy Varkasa. Mężczyzna, który znalazł mnie drżącą i samotną jako sierotę i sprowadził w bezpieczne ramiona watahy. Kochałam go, odkąd byłam dzieckiem – cichym, rozpaczliwym oddaniem, które tylko rosło, gdy dorastaliśmy. Był wszystkim, czym ja nie byłam: silny, dominujący, przyszły król pośród wilków. Dwa dni temu, kiedy zabrał mnie, by kupić tę sukienkę, wydawało mi się, że dostrzegłam coś w jego oczach. Błysk gorąca, które nie było jedynie braterskie. Spojrzał na mnie w lustrze w przymierzalni, jego duże dłonie spoczęły na chwilę na moich ramionach, i obiecał, że będzie na moich urodzinach. Obiecał, że uczcimy moją przemianę. Jednak zeszłej nocy, gdy księżyc stał wysoko, a ja nie zdołałam się przemienić, zobaczyłam, jak to gorąco znika. Zastąpiło je zimne, ostre rozczarowanie, które cięło głębiej niż jakiekolwiek ostrze. Nie powiedział ani słowa. Po prostu odwrócił się do mnie plecami i odszedł w ciemność. Ruszyłam w stronę rezydencji, a odgłosy przyjęcia stawały się coraz głośniejsze. To nie było wielkie świętowanie – zaledwie kilku członków watahy, których skrzyknęła babcia – ale czułam się, jakbym szła na egzekucję. — Oto i ona! — ogłosiła babcia Callista, gdy weszłam do sali balowej. Uśmiechała się, lecz był to wyćwiczony, sztuczny uśmiech kobiety próbującej zatuszować skandal. Trzymała tort – trzypiętrowe dzieło cukiernicze pokryte gładkim czarnym lukrem plastycznym, udekorowane jadalnymi czerwonymi różami, które wyglądały jak krople krwi. — Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, moja słodka dziewczynko. Goście zaczęli skandować rytmiczne, puste „Sto lat”, które drażniło moje nerwy. Rozglądałam się po sali, gorączkowo szukając wzrokiem ciemnych włosów lub znajomego, władczego zapachu cedru i deszczu. Killiana tam nie było. — Masz osiemnaście lat, gratulacje Elowen — powiedział ktoś, wciskając mi w dłoń srebrny nóż. — Pokrój tort! Zmusiłam się do podziękowania. Mój głos brzmiał cienko i krucho, niczym stary pergamin. Spojrzałam na tort, na świeczki migoczące jak umierające gwiazdy. To miała być najszczęśliwsza noc w moim życiu. Zamiast tego była pogrzebem dziewczyny, którą miałam nadzieję się stać. — Gdzie jesteś, Killian? — szepnęłam pod nosem, a serce zapadło mi się gdzieś głęboko w piersi. Lustrowałam twarze w pokoju. To nie byli moi przyjaciele. To byli „fałszywi przyjaciele” – członkowie o niższej randze, którzy zjawili się tylko dlatego, że babcia Callista miała wystarczające wpływy, by tego zażądać, oraz wysoko postawione wilczyce, które przybyły tu wyłącznie z jednego powodu. Nie obchodziły ich urodziny Omegi. Czekały, aż pojawi się Killian. Dla nich byłam tylko służącą w ładnej sukience, osobliwością godną litości lub kpin. Alfa Varkas, ojciec Killiana, zazwyczaj znajdował dla mnie czas. Mimo że był jednym z najpotężniejszych ludzi w kraju, zawsze traktował mnie z odrobiną życzliwości. Lecz nawet jego dziś zabrakło. Ciężar mojej porażki był tak wielki, że ledwo mogłam stać. Byłam wadliwa. Bezwilcza Omega stanowiła wstyd dla rodu, który przygarnął mnie pod swój dach. — Proszę, kochanie — powiedziała babcia, ukroiwszy kawałek czekoladowego tortu i podając mi go do ust. To był mój ulubiony – ciężka, ciemna czekolada – ale w moich ustach smakował jak popiół. Przełknęłam go, zmuszając się do kolejnego uśmiechu ze względu na tych nielicznych gości, którzy rzeczywiście na mnie patrzyli. — Uśmiechnij się, dziecko — wymruczała babcia, pochylając się, by mnie przytulić. Jej głos brzmiał jak ciche ostrzeżenie. „Nie pozwól im widzieć cię w takim stanie. To niewdzięczne. Ciężko pracowałam, aby ten wieczór był dla ciebie wyjątkowy”. — Przepraszam, babciu — szepnęłam. W jej ramionach czułam się ciężka niczym ołów. Miała rację. Byłam niewdzięczna. Wydała pieniądze i poświęciła kapitał towarzyski na to przyjęcie, a ja stałam tu, opłakując wilka, który nie istniał, i mężczyznę, który mnie nie chciał. — Idź do gości — nakazała, klepiąc mnie stanowczo po ramieniu. Nie miałam wyboru. Weszłam w tłum, a czerwona sukienka falowała wokół moich nóg. Czułam się jak cel. Przechodziłam od grupy do grupy, szepcząc „dziękuję” za prezenty, których nie chciałam, i „cieszę się, że mogliście przyjść” do ludzi, którzy najwyraźniej woleliby być gdziekolwiek indziej. Czułam ich zapachy – ostre, ciężkie od piżma, pełne swobodnej arogancji, jaką daje posiadanie wilka. Za każdym razem, gdy mijałam jakąś grupkę, rozmowy cichły, zastępowane duszonymi chichotami lub wymownymi szeptami. Kiedy babcia w końcu wymknęła się do kuchni, skierowałam się prosto do stołu z przekąskami. Potrzebowałam chwili spokoju. Chwyciłam szklankę mrożonego ponczu, a zimne szkło znieczuliło moje palce. Wciąż wpatrywałam się w drzwi, wbrew wszelkiej nadziei licząc na to, że Killian wejdzie, przeprosi za spóźnienie i porwie mnie daleko od tego koszmaru. — Elowen. Zesztywniałam na dźwięk swojego imienia. Odwróciłam się i zobaczyłam zbliżającą się grupę czterech wilczyc. Wszystkie były ode mnie starsze, miały nieco ponad dwadzieścia lat, a poruszały się z płynną, drapieżną gracją zmiennokształtnych o wysokiej randze. Ich sukniom nie brakowało przepychu, biżuteria była kanciasta i ostra, a oczy przepełniała złośliwość. Po drugiej stronie sali dostrzegłam Vesperę Mordrake, córkę Alfy z sąsiedniej watahy, brylującą w towarzystwie uległych samców. Jeszcze do mnie nie podeszła, ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu. Te kobiety przede mną były jej heroldami. — Cześć — powiedziałam drżącym głosem. Natychmiast spuściłam głowę, dopełniając rytuału uległości Omegi. Dwie z nich były z rodu Alf; ich zapachy były tak obezwładniające, że aż zakręciło mi się w głowie. — Gdzie jest Killian? — zapyła jedna z nich, wysoka brunetka o imieniu Tavya. Sięgnęła po drinka, wykonując celowe, lekceważące ruchy. Wzięłam szybki łyk ponczu, próbując ukryć drżenie rąk. — Ja... naprawdę nie wiem. Przepraszam. Kobiety wymieniły spojrzenia pełne czystej irytacji. Jedna z nich przewróciła oczami tak mocno, że bałam się, iż już tak zostaną. — Możesz do niego zadzwonić? — naciskała Tavya, wkraczając w moją przestrzeń osobistą. — Powiedziano nam, że tu będzie. Nie przyszłyśmy na to kameralne przyjęcie, żeby jeść tort z marketu i rozmawiać z Omegą. Moje serce tłukło się o żebra niczym uwięziony ptak. — Ja... chyba nie mogę tego zrobić. Nie widziałam go od wczoraj. — Czekaj, nie widziałaś go? — Czwarta dziewczyna, blondynka z okrutnym uśmieszkiem, postąpiła krok naprzód. — Słyszałam plotkę. Słyszałam, że się nie przemieniłaś. Że księżyc wzeszedł i stał na niebie, a ty po prostu stałaś tam jak żałosny człowiek. Powietrze w sali nagle jakby wyparowało. Moja twarz zapłonęła wstydem. — To prawda? — zapytała Tavya, a jej głos porzucił wszelkie pozory uprzejmości. — Naprawdę nie masz wilka? Nie potrafiłam odpowiedzieć. Wpatrywałam się tylko w podłogę, a oczy piekły mnie od łez. — Boże, po co my ją w ogóle pytamy? — warknęła blondynka. — To tylko Omega. Właściwie to nawet mniej niż to. Jest śmieciem. Nie ma prawa nawet wymawiać imienia Killiana, a co dopiero do niego dzwonić. Masz szczęście, że Alfa nie wyrzucił cię jeszcze do lasu na pożarcie renegatom. — Przyszłyśmy tu na darmo — wymamrotała Tavya, odwracając się do mnie plecami, jakbym nagle stała się niewidzialna. — Co za strata czasu. Kto wyprawia przyjęcie dla zepsutej zabawki? — Przepraszam. Wybaczcie... — zdołałam wykrztusić. Nie czekałam na odpowiedź. Odwróciłam się i praktycznie uciekłam od stołu z przekąskami. Towarzyszył mi ich śmiech, ostry i kanciasty niczym tłuczone szkło. — Świetnie. Przyszłam tu dla niego — usłyszałam, jak jedna z nich skarży się głośno pozostałym, gdy odchodziłam. — Ja też. Po co innego miałybyśmy przychodzić na imprezę Omegi? To dołujące. — Cii, nie chcesz, żeby pani Callista cię usłyszała. Ona wciąż uważa, że ta dziewczyna jest coś warta. Wypchnęłam drzwi sali, oddychając urywanie i ciężko. Musiałam uciec od tych zapachów, oceniających spojrzeń i przytłaczającego ciężaru własnej nieudolności. Czułam się całkowicie sama. Killian złamał obietnicę. Zobaczył, że jestem zepsuta, że jestem niczym więcej niż ludzką dziewczynką strojącą się w świecie potworów, i porzucił mnie. Na korytarzu panowała cisza, a stłumione dźwięki muzyki niosły się echem niczym bicie serca. Zacisnęłam dłonie na materiale mojej czerwonej sukienki; jedwab wydawał się kpiną. Ubrałam się dla niego. Zrobiłam makijaż, ułożyłam włosy i spędziłam cały wieczór, wpatrując się w drzwi, mając nadzieję, że zrozumie, iż nie jestem już tylko małą dziewczynką-Omegą, którą uratował. Chciałam, żeby zobaczył we mnie kobietę. Ale jak mógł zobaczyć kobietę, skoro nie było we mnie wilka, który mógłby wezwać jego własnego? Skierowałam się w stronę łazienki na końcu korytarza, pragnąc desperacko ochlapać twarz zimną wodą i schować się na kilka minut, zanim babcia mnie znajdzie. Każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego. Docierała do mnie prawda, zimna i ostateczna: miałam osiemnaście lat, nie miałam wilka, a jedyny mężczyzna, jakiego kiedykolwiek kochałam, brzydził się moim istnieniem. Byłam Omegą w watasze, która ponad wszystko ceniła siłę, a ja nie miałam jej wcale. Byłam porażką w czerwonej sukience, a noc wcale się jeszcze nie skończyła.

Odkryj więcej niesamowitych treści