„Zatańcz ze mną” — słyszę głęboki głos mruczący mi do ucha. Odwracam się i widzę faceta, który obserwował mnie z sekcji VIP. Mój Boże, z bliska jest jeszcze bardziej oszałamiający, a jego oczy są tak zielone, bystre i pełne ciekawości, błyszczące jak dwa szmaragdy, odzwierciedlające każdy odcień lasu. Ich blask przypomina mi o lecie. Odwracam się twarzą do niego, wyciągając szyję, by na niego spojrzeć. Jest wysoki, ma grubo ponad metr osiemdziesiąt, jasnobrązowe włosy, obcięte krótko po bokach, a dłuższe na czubku głowy, ułożone perfekcyjnie. Moje palce aż świerzbią, by po nie sięgnąć i sprawdzić, czy są tak miękkie, na jakie wyglądają. Jego rysy są mocne, wyrzeźbione i niezwykle męskie.
„To był rozkaz czy prośba?” — odpowiadam, mrużąc w jego stronę oczy.
Jego miękkie, pełne usta wykrzywiają się w półuśmieszku.
Powoli oblizuje wargi. „Cokolwiek, co sprawi, że zatańczysz ze mną” — przeciąga pewnym siebie tonem. Ktoś próbuje go wyminąć, więc podchodzi o krok bliżej mnie.
Podnoszę wzrok i uśmiecham się do przystojnego nieznajomego, którego silne ramiona zamykają się na mojej talii, przyciągając mnie do siebie. Kołyszemy się razem w rytm muzyki. Jego ruchy idealnie dopasowują się do moich i poruszamy się niesamowicie płynnie. Potrafi tańczyć. Podoba mi się to. Pochyla głowę, a jego usta muskają małżowinę mojego ucha, kiedy odzywa się cicho, a ja wyraźnie drżę na dźwięk łobuzerskiego tonu jego głosu.
„Jak masz na imię, skarbie?”
„Seraphina. A ty?” — pytam i mogłabym przysiąc, że przez jego przystojną twarz przemyka wyraz zaskoczenia, zanim posyła mi seksowny uśmiech, a na jego policzkach pojawiają się dwa głębokie dołeczki, przez które robi mi się słabo.
Ma dołeczki! Aż dwa!
„Declan”. Uśmiecham się do niego, a on przesuwa językiem po dolnej wardze i lekko mruży oczy, przyglądając się mojej twarzy. Tańczymy razem w gorącej atmosferze przez dłuższą chwilę. Ocieramy się o siebie, nasze dłonie odkrywają nawzajem swoje ciała. Temperatura między nami jest ogromna, czuć ją w sposobie, w jaki jego ręce błądzą po moim ciele, ściskając, pieszcząc. Wszystko inne zanika, jakbyśmy byli tu tylko we dwoje. Jego oczy bez przerwy wpatrują się w moje.
„Głodna?”
Śmieję się i przytakuję: „Umieram z głodu”. Uśmiecha się, odgarnia kosmyk włosów przyklejony do mojej spoconej twarzy i delikatnie zakłada go za ucho.
„Może pójdziemy gdzieś, żeby coś zjeść?” Kiwam głową bez wahania, a on wyszczerza zęby, łapie moją dłoń w swoją dużą rękę i przeciąga mnie przez tłum ludzi. W drodze do wyjścia udaje mi się złapać Elle i pokazać jej na migi, że wychodzę. Odmachuje mi z uniesionym kciukiem. Dziewczyna jest bardziej nawalona niż ja.
W końcu wychodzimy na zewnątrz, a w mojej głowie zaczyna wirować, kiedy uderza we mnie świeże powietrze. Declan owija ramię wokół mojej talii, podtrzymując mnie. Idę za nim, a my oboje zataczamy się w stronę srebrnego Rolls Royce'a Phantoma. Kierowca, starszy pan, otwiera nam drzwi, a Declan kładzie dłoń w dole moich pleców i wprowadza mnie do środka. Zapadm w miękkie fotele z białej skóry, przysuwając się, kiedy Declan wsiada obok mnie. „Wow. Ten samochód jest większy niż moje mieszkanie” — stwierdzam z pijanym chichotem, kiedy Declan nalewa nam dwie lampki szampana.
„Jaki jest twój stosunek do sushi? Znam świetne miejsce”. Mrugam, patrząc na niego, a on uśmiecha się do mnie czarująco.
„Sushi?” Marszczę nos z niesmakiem. „Kto przy zdrowych zmysłach je sushi po pijaku?” Declan śmieje się serdecznie. „Posłuchaj, lubię sushi tak samo jak każdy inny, ale nie jestem jedną z tych dziewczyn, które jedzą pretensjonalne gówno typu kawior i popijają szampanem Cristal. Nie wyobrażam sobie niczego gorszego, zwłaszcza teraz”. Pochylam się i stukam kierowcę w ramię. Zerka na mnie przez lusterko wsteczne. „Proszę nas zabrać na Old Street, łaskawy panie”. Mężczyzna chichocze i kiwa głową.
„Tak, proszę pani”.
Chichoczę. „Proszę pani?” Mam niby pięćdziesiąt lat?
Declan ciągnie mnie do tyłu i przesuwa się tak, by móc stanąć ze mną twarzą w twarz. „Co jest na Old Street?” Uśmiecham się do niego psotnie i dopijam swojego drinka.
„Najlepsze jedzenie na świecie! Bez urazy, ale wyglądasz mi na jednego z tych sztywnych bogatych dzieciaków, którzy uważają, że dobry wieczór to sączenie Dom Pérignon i przeżuwanie rybich dzieci. Pokażę ci noc, którą będziesz pamiętał, siedząc w bujanym fotelu jako osiemdziesięciolatek, panie Declan”.
Declan chichocze i przygryza wargę, a jego zielone oczy błyszczą rozbawieniem. „O? A ty będziesz siedzieć obok mnie w tym bujanym fotelu?” — przeciąga, przesuwając kciukiem wzdłuż mojej szczęki.
„To zależy...” — szepczę, uśmiechając się, kiedy on przeczesuje palcami moje włosy. „Od czego?” — odszepuje, a jego wzrok zjeżdża na moje usta, zanim znów napotyka moje spojrzenie.
„Będziesz musiał się ze mną ożenić, żeby się przekonać” — rzucam żartobliwie, a on się śmieje, po czym przyciąga moje wargi do swoich i całuje mnie delikatnie. Jęczę, kiedy jego język przesuwa się po mojej dolnej wardze, niemo prosząc o dostęp, którego mu z radością udzielam; kiedy rozchylam usta, odnajduje mój język i po mistrzowsku pogłębia pocałunek. Jeśli wcześniej mój umysł był zamglony, po tym pocałunku zamienił się w kompletną papkę. Jeśli chodzi o pierwsze pocałunki, ten zdecydowanie trafia na sam szczyt mojej listy.
Większą część podróży samochodem spędziliśmy na całowaniu się, dopóki jego kierowca nie ostrzegł nas, że dotarliśmy do celu. „Co to za miejsce?” — pyta, gdy ciągnę go do wejścia do „The Breakfast Bar”.
„Och, ty biedne, biedne dziecko. Nie zaznałeś życia, póki nie zjadłeś ich naleśników” — mówię, gdy siadamy, a on przegląda menu. Wyrywam mu kartę z rąk, a on patrzy na mnie zdezorientowany. „Nie potrzebujesz tego” — mówię mu, a on uśmiecha się i kręci głową. „Poprosimy stertę naleśników dla dwojga i dwie latte ze słonym karmelem” — zamawiam, a kelnerka uśmiecha się, po czym zabiera menu i znika.
Dwadzieścia minut później Declan zlizuje resztki z widelca i opada na oparcie krzesła z pełnym rozkoszy jękiem. „Mój Boże, to było niebo na talerzu”. Kiwam triumfalnie głową, przeżuwając ostatni kęs naleśników.
„Mm, prawda, że tak?” — jęczę, zlizując bitą śmietanę z palca. „Możesz mi podziękować później” — dodaję z mrugnięciem oka, a Declan uśmiecha się szeroko, pochyla się, chwyta moją prawą dłoń w swoją i patrzy mi głęboko w oczy przez dłuższą chwilę.
„Jesteś całkowitym przeciwieństwem tego, do czego jestem przyzwyczajony, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek bawił się tak dobrze z kimś, kogo właśnie poznałem. Nigdy” — zapewnia, delikatnie gładząc moje knykcie. Czuję, jak pod jego spojrzeniem płoną mi policzki, więc uciekam wzrokiem do mojego kubka z kawą.
Reszta nocy minęła jak przez mgłę. Wypiliśmy jeszcze po parę koktajli z shotami, zanim jakimś sposobem wylądowaliśmy na prywatnym pasie startowym. Wytaczamy się z prywatnego odrzutowca, śmiejąc się do rozpuku. Oboje padliśmy i przespaliśmy większość dziesięciogodzinnego lotu przez Atlantyk, tylko po to, by obudzić się i uznać, że podczas zniżania doskonałym pomysłem będzie powrót do walenia shotów tequili. „Vegas, mała!” — bełkoczę, wyrzucając ręce w powietrze i niemal tracąc równowagę. Rozglądam się po ciemnym pasie startowym i wydymam wargi. „Zaraz. Nie ma tu kapliczki?”
Słyszę za sobą śmiech Declana, a potem jego ramię owija się wokół mojej szyi, po czym mężczyzna całuje mnie w policzek. „Nie możemy wylądować na środku Las Vegas Strip, skarbie” — mruczy pijackim tonem. „Musimy tam dojechać”.
Chichoczę: „Dobsze! Szofer! Zabierz nas do Elvisa na ślub”. Bełkoczę zupełnie pijana. Declan i ja wpadamy na tył czarnej limuzyny i ruszamy w stronę Las Vegas Strip. Wydaje mi się, że przez chwilę uprawialiśmy hazard, piliśmy pyszne koktajle, a ostatnią rzeczą, którą pamiętam, było to, jak Declan wynosi mnie na rękach z kapliczki, a my całujemy się jak dwoje ogarniętych żądzą nastolatków.
Wiele godzin później przebudzam się ze snu przez oślepiające słońce, które świeci mi prosto w twarz. Jęczę i przewracam się na drugi bok, zakopując twarz w puszystych poduszkach. „Mm, jakie miękkie”. Wtulam się w nie jeszcze mocniej, dopóki nagle nie uświadamiam sobie, że przecież nie mam w domu puszystych, miękkich poduszek. Moja poduszka jest twarda i grudkowata. Z trudem otwieram oczy i jęczę z powodu nagłego bólu głowy.
Au, woda… potrzebuję wody, a może też nowego mózgu.
Zmuszam oczy do otwarcia, mrugam, patrząc w sufit, a po chwili marszczę brwi na widok własnego odbicia — nagiej, owiniętej w prześcieradło, leżącej w łóżku.
Co tu się u licha…
Siadam na łóżku i kiedy dociera do mnie, co mnie otacza, wreszcie mnie olśniewa. Nie jestem w swojej sypialni. Jestem naga w obcym miejscu, z kacem, który na pewno wpędzi mnie do wczesnego grobu. Zsuwam prześcieradło i wpatruję się w moje jakże nagie ciało pod spodem. Tak, zdecydowanie jestem naga. Jęczę i zakrywam twarz dłonią, zastygając, kiedy czuję, że coś zimnego i twardego dociska się do mojego nosa. Powoli cofam rękę i gapię się na ogromny pierścionek z brylantem, tkwiący na moim palcu.
Co jest kurwa… Owijam ciało prześcieradłem i wygrzebuję się z łóżka, przyglądając się ubraniom rozrzuconym bezładnie po całym pokoju. W głowie mi wiruje. „O mój Boże, gdzie ja u diabła jestem?” Podnoszę z podłogi czarną koszulę, przyglądam się jej i rzucam z powrotem. Podchodzę do okna i wyglądam na zewnątrz, osłaniając oczy przed blaskiem wczesnego słońca. „To nie jest Londyn”.
„Dzień dobry” — piszczę i odwracam się na pięcie, słysząc za sobą głęboki głos. Patrzę na półnagiego mężczyznę, stojącego przede mną w bokserkach od Diora. Mocniej owijam się prześcieradłem i przyciskam plecami do okna. „Wreszcie wstałaś”.
„Och, dobry Boże” — mamroczę oszołomiona, a on krzywi się, ostrożnie rozmasowując czoło. Wygląda równie paskudnie jak ja się czuję, choć bez wątpienia to bardzo piękny mężczyzna. W środku mojego miniaturowego ataku paniki desperacko próbuję nie myśleć o tym, jak okropnie muszę teraz przy nim wyglądać. Moje włosy to jeden wielki kołtun, wczorajszy makijaż jest rozmazany, oczy mam zaczerwienione, a wargi nadal zabarwione na czerwono od szminki, którą miałam na sobie.
„Właściwie to po prostu Declan”.
„Declan. Gdzie my, do cholery, jesteśmy?”
„Zdaje się, że w Vegas…”
















