– Ty? – Kręcę głową, spoglądam na Penelope, a potem z powrotem na stojącego przede mną mężczyznę o wzroście dobrze ponad metr osiemdziesiąt. – Nie. Nie, moim szefem był starszy facet, ty jesteś...
Declan powoli kiwa głową. – Musiałaś poznać mojego ojca. Arthura Sterlinga. Prowadził za mnie rozmowy kwalifikacyjne, podczas gdy ja byłem poza miastem w interesach.
Wpatruję się w Declana i przeklinam los, który wciąż ze mną pogrywa. – Więc to ty jesteś moim szefem?
Declan potakuje i bawi się spinkami do mankietów, mocno ściągając brwi. – Na to wygląda.
– Wy już się znacie...
– Penelope, zostaw nas – rozkazuje, nie odrywając ode mnie wzroku, a Penelope wybiega z biura, zostawiając nas samych.
– To jakiś żart, prawda? Bo to nie może dziać się naprawdę – mruczę, krążąc tam i z powrotem. – Nie może.
Declan pociera kark, obserwując, jak nerwowo chodzę po pokoju, mrucząc coś do siebie bez sensu niczym wariatka. – Seraphino, może usiądziemy? – proponuje, a ja kręcę głową.
– Nie. Nie mogę usiąść – odpowiadam, sfrustrowana przeczesując palcami włosy. – Czuję się, jakbym tkwiła w koszmarze, z którego nie mogę się obudzić. – Przestaję krążyć i patrzę na niego. – Ty mnie... śledzisz?
Wybucha śmiechem – i nie mam tu na myśli cichego chichotu, ale szczery śmiech z głębi brzucha. – Śledzę cię? – mówi między kolejnymi wdechami, podczas gdy ja stoję i przyglądam mu się bez cienia rozbawienia. – To ja powinienem zadać ci to pytanie, skarbie. To ty wciąż wszędzie się pojawiasz. To nie może być zbieg okoliczności.
Posyłam mu gniewne spojrzenie i dość mocno uderzam teczką o jego biurko. – Słucham? Sugerujesz, że jestem jakąś psychotyczną fanką czy kimś takim? – pytam, robiąc krok w jego stronę, a on przygląda mi się uważnie. – Jeśli dobrze pamiętam, to ty podszedłeś do mnie w klubie – mówię, dźgając go palcem w pierś, a on uśmiecha się półgębkiem i unosi brew. – I to był też twój pomysł, żebyśmy razem wyszli z klubu – dodaję, szturchając go ponownie, a jego uśmiech staje się jeszcze szerszy. – To ty mnie pocałowałeś, więc proszę, wytłumacz mi, jakim cudem to ja wychodzę tu na stalkerkę? – kończę, opierając dłonie na biodrach i wpatrując się w niego wyczekująco.
Declan oblizuje wargi i wzrusza ramionami. – Tylko żartowałem, ale miło widzieć, że masz zadziorną stronę, skarbie. Uwielbiam to u żony. Wzdycham i przewracam oczami. Zabiję tego chłopaka.
– Nie jestem twoją żoną – warczę z oburzeniem. – A skoro już o tym mowa, nie jestem też twoją asystentką. Zwalniam się. – Mówię to i odwracam się, żeby wyjść, ale Declan łapie mnie za ramię i mnie powstrzymuje.
– Seraphino, daj spokój. Tylko się z tobą droczę. Możemy to rozwiązać, chodź i usiądź na chwilę, dobrze? Proszę. Wyrwam ramię z jego uścisku, podchodzę do biurka i siadam na jednym z kremowych krzeseł naprzeciwko. Declan podchodzi i staje przede mną; opierając się o biurko, krzyżuje ramiona na piersi i przygląda mi się z powagą. – Nie musisz rezygnować. Oboje jesteśmy dorośli. Nadal możemy razem pracować.
– Jak? Jak niby możemy razem pracować po tym wszystkim, co się stało? Jesteśmy małżeństwem, pamiętasz? Declan wzrusza ramionami.
– No i co z tego? Kto oprócz nas wie, że jesteśmy małżeństwem? Przesadzasz. Poza tym, mój ojciec zatrudnił cię nie bez powodu, więc musisz być dobra w tym, co robisz. Wzdycham ciężko i kręcę głową.
– Przesadzam? Wyszłam za mojego cholernego szefa. Z asystentki stałam się biurową puszczalską, która przespała się z dyrektorem generalnym. Declan prostuje się i przeczesuje palcami włosy.
– Seraphino, za bardzo to analizujesz. Nikt nie dowie się o tym, co między nami zaszło, obiecuję ci – zapewnia mnie. Wydaje się szczery, ale niepokojące uczucie w dołku brzucha sprawia, że czuję się nieswojo.
– W porządku – ustępuję z westchnieniem. Mrużę oczy. – Musiałeś pomyśleć, że jestem skończoną idiotką, skoro nie wiedziałam, kim jesteś. Dlaczego nic nie powiedziałeś?
– Nic takiego nie pomyślałem. – Uśmiecha się ciepło. – Jeśli już, to po prostu miło było być potraktowanym jak zwykły człowiek, a nie jak...
– Notoryczny miliarder-playboy? – dokańczam, a on chichocze cicho, opuszczając wzrok na swoje czarne skórzane buty od Louboutina. – Jestem kimś nieco więcej, ale tak. Mogło mi się spodobać to, że nie zrobiło na tobie wrażenia, że mam pieniądze.
– A niby dlaczego miałoby zrobić? To, że masz pieniądze, nie czyni cię lepszym od innych. Kiedy się zatniesz, nadal krwawisz na czerwono, tak samo jak reszta nas, zwykłych śmiertelników.
Nasze spojrzenia się spotykają; wpatrujemy się w siebie przez dłuższą chwilę. Declan uśmiecha się i kręci głową, wyraźnie zadowolony z mojej odpowiedzi. Obchodzi biurko i siada na swoim fotelu. – Zbliża się pora lunchu. Chciałabyś wyjść coś zjeść?
– Lunch? – dopytuję, a on potakuje, opierając się wygodnie w fotelu.
– Tak, możemy iść do baru śniadaniowego. Jęczę i wstaję. – Możemy podzielić się naleśnikami.
– Nienawidzę cię – wyduszam z siebie i odwracam się w stronę drzwi. Słyszę za sobą śmiech Declana.
– Hej, co dzieje się w Vegas...
– Zamknij się. Wychodzę z jego biura, a kiedy oglądam się przez ramię, widzę, jak odprowadza mnie wzrokiem z szerokim uśmiechem, kręcąc przy tym głową. Dziewczyny chyba dostaną zawału, kiedy o tym usłyszą.
Idę do łazienki i wybieram numer Beatrice. Odbiera po dwóch sygnałach. – Cześć, co tam?
– Co tam? Powiem ci co tam. Pamiętasz tego miliardera, za którego przypadkiem wyszłam?
– Tego gorącego miliardera, owszem.
– Cóż, ten „gorący miliarder” jest nie tylko moim drogim mężem... jest też moim nowym szefem – mówię i słyszę, jak po drugiej stronie zaczyna kaszleć i parskać, najwyraźniej czymś się dławiąc. – Żyjesz?
– Żyję. Nic mi nie jest. Jak to: jest twoim szefem? – pyta, odchrząkując.
– Jest moim szefem. Mężczyzna, który przeprowadzał ze mną rozmowę, to jego ojciec, Arthur Sterling. Jak mogłam nie połączyć faktów, Bea? Do kurwy nędzy. Jestem mądrą dziewczyną... a przynajmniej tak myślałam. Trzymałam w dłoni jego wizytówkę i nic nie zaiskrzyło. On pewnie myśli, że jestem jakąś pieprzoną kretynką. Boże, chce mi się zapaść pod ziemię – mamroczę, zamykając klapę sedesu i siadając na niej.
– W ciągu czterech dni wydarzyło się mnóstwo rzeczy. Mój mózg nie potrafi tego wszystkiego przetworzyć; nie wiem, jak ty znosisz to z takim spokojem – mówi, próbując poprawić mi nastrój.
– Z jakim spokojem? Wariuję, Beatrice. Nie mogę tu pracować. To zbyt niezręczne, by pracować z nim ramię w ramię, dzień po dniu. Nie dam rady. Zwalniam się.
– Seraphino, nie. Nie zapominaj, że potrzebujesz tej pracy. Pamiętasz, jak bardzo byłaś podekscytowana, że w końcu masz posadę w dziedzinie, która cię interesuje? Ta praca otworzy ci w przyszłości mnóstwo drzwi. Po prostu skup się na pracy, a obiecuję ci, że na koniec, kiedy będziesz zajebistą architektką, to wszystko będzie tego warte. Kiwam głową i wzdycham. Miała rację. Choć sytuacja jest beznadziejna, muszę wytrzymać tak długo, jak to możliwe. – Co z tego, że się z nim przespałaś? On spał z dziesiątkami dziewczyn. Wyraźnie go to nie obchodzi, więc ciebie też nie powinno.
– Tak, masz rację. W końcu obiecał, że to, co się stało, zostanie między nami – odpowiadam.
– No widzisz. Po prostu wyluzuj i ciesz się swoim pierwszym dniem, wszystko będzie dobrze. Miałam szczerą nadzieję, że miała rację, bo naprawdę więcej już bym nie zniosła. Znając moje szczęście, na dodatek okaże się, że to mój dawno zaginiony brat, czy coś w tym stylu. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz.
Broń Boże.
















