**** OSTRZEŻENIE DLA CZYTELNIKA: Ten rozdział zawiera drastyczne sceny, takie jak gwałt i tortury. Jeśli zdecydujesz się czytać dalej, wiedz, że zostałeś ostrzeżony. ****
**Z perspektywy Aury**
Ból. Ból to ciągłe przypomnienie, dlaczego tu jestem. Ból zadawany przez tych, którzy mnie nienawidzą, zamiast mnie kochać i chronić. Ból, który przypomina mi o wszystkim, przez co przeszłam i przez co wciąż przechodzę, kiedy wujek brutalnie ciągnie mnie do piwnicy.
Moja mała cząstka nie jest pewna dlaczego, ale gdybym miała zgadywać, to najprawdopodobniej przez Sloane. Kiedy tego ranka w końcu zeszłam na dół, od razu powitał mnie równie wściekły wujek, który wrzeszczał na mnie za rzekomą próbę zaatakowania mojej kuzynki. W rzeczywistości jednak to nie ja byłam stroną atakującą, ale właśnie Sloane.
A jednak, niezależnie od tego, jak bardzo bym się starała, wiedziałam, że cokolwiek bym nie zrobiła, Sloane zawsze znalazłaby sposób, by przekonać swoich rodziców, że to zawsze była moja wina, a nie jej. Od czasu mojego odrzucenia przez Jaxona zawsze tak było.
"Ty NIEWDZIĘCZNY bachorze" — warczy Corvin, zaczynając przypinać mnie łańcuchami do belki nośnej zawieszonej tuż nad moją głową. Na moich nadgarstkach zaciskają się ze stukotem srebrne kajdany, boleśnie szczypiąc skórę. Więzy są ciasne, by uniemożliwić mi ucieczkę.
"Proszę, wujku… Ja tego nie zrobiłam" — skomlę, mając nadzieję, że mnie wysłucha. Ale jak zwykle, tego nie robi. Zamiast tego decyduje się chwycić coś z drewnianego stołu warsztatowego. Gdy tylko to robi, jego ramię wymachuje i uderza mnie w klatkę piersiową przedmiotem, o którym mowa.
Bicz, długi bicz z czarnej skóry. Znów się nim zamachuje, a bicz wgryza się we mnie, rozdzierając przód mojej koszulki. "Kłamstwa" — mówi Corvin, ponownie uderzając biczem i trafiając w cel.
"Proszę… Będę grzeczna" — skomlę, nie chcąc być bita, zwłaszcza w obliczu nadchodzącego Balu Godowego.
"Och, z pewnością będziesz grzeczna, kiedy z tobą skończę" — szydzi Corvin, zaczynając mnie okrążać, zupełnie jakbym nagle stała się jego zwierzyną. Jego szmaragdowozielone oczy śledzą mnie, gdy powoli staje za moimi plecami, wciąż trzymając w dłoni bicz.
"A teraz" — mówi Corvin. "Chcę słyszeć, jak liczysz" — z tymi słowami wymachuje biczem, który trafia w moje plecy w innym miejscu, wywołując u mnie krzyk. Nie zdawałam sobie sprawy, że Brant także podążył za nami do piwnicy.
Gdy nie robię od razu tego, co mi kazano, wujek znów używa bicza. "POWIEDZIAŁEM, LICZ! INACZEJ BĘDĘ ZADAWAŁ CI CORAZ WIĘCEJ BÓLU, AŻ ZACZNIESZ".
"1…" — skomlę, gdy bicz uderza we mnie znowu i znowu, za każdym razem mocniej niż poprzednio.
"2"
"3"
"4"
Zanim doliczyłam do pięciu, moje plecy już płonęły, a każde uderzenie rozcinało je coraz bardziej na drobne kawałki. Zaczęła sączyć się z nich krew, przyprawiając mnie o zawroty głowy.
"8"
"9"
"10"
Przy dziesiątym uderzeniu nie mogłam już nad tym zapanować; łzy płynęły po mojej twarzy, a moje plecy były we krwi i niesamowicie bolały, bo każdy cios bicza dosięgał celu na moim ciele. Dostałam też kilka dodatkowych ciosów, kiedy zapominałam odliczać, jak mi kazano.
"Znakomicie" — uśmiecha się złośliwie Corvin, ewidentnie zadowolony z siebie. Odkłada bicz, po czym chwyta ze stołu coś innego. Kiedy podchodzi na tyle blisko, bym mogła to zobaczyć, dostrzegam małą, rurkowatą strzykawkę wypełnioną dziwnym płynem.
Moje oczy zauważają strzykawkę, podczas gdy ciało usiłuje wyrwać się z więzów. Kajdany wrzynają się w moje już i tak zdarte do krwi od szarpania nadgarstki, gdy ciągnę za nie w trakcie biczowania, próbując uciec, gdy tylko nadarzyła się okazja. Patrzę na małą dawkę tojadu; to akurat tyle, by uniemożliwić mi przywołanie mojej wilczycy, ale nie na tyle, by ją zabić.
"Stój spokojnie" — słyszę tylko, po czym wujek chwyta moją głowę, brutalnie szarpie ją w bok i wbija igłę. Wtłacza tojad do mojego organizmu, a efekty są niemal natychmiastowe. Czuję, jak Artemisia odpływa w wywołany lekiem sen, co oznacza, że jestem teraz bezbronna aż do jutra, kiedy to będzie w stanie znów się obudzić.
"Dlaczego?" — skomlę, mając nadzieję, że wujek mi odpowie, ale on jak zwykle tego nie robi. Moje jedyne przypuszczenie jest takie, że robi to po to, abym nie mogła użyć swojej wilczycy w tym, co za chwilę nastąpi.
"Nie zadawaj tak głupich pytań, Auro, wiesz doskonale dlaczego" — to jedyne, co do mnie mówi, po czym wyciąga coś z kieszeni i wpycha mi do ust. To jakaś kulka. Zapina pasek z tyłu mojej głowy, a łzy same cisną mi się do oczu, gdy zaczyna ogarniać mnie panika.
NIE! — krzyczę w myślach, usiłując wypchnąć kulkę, lecz bez skutku. Nie chciała drgnąć, co oznaczało, że musiał to zdjąć ktoś inny.
"Daj spokój, Auro, wszyscy jesteśmy tu dorośli, a poza tym mój syn bardzo cię lubi" — śmieje się wujek, powoli odsuwając się ode mnie, tylko po to, by na jego miejsce pojawił się mój kuzyn, Brant. Jego obecność wywołuje we mnie głębokie zaskomlenie.
"Ciii, nie płacz" — grucha Brant, wciąż stojąc przede mną. "Tak pięknie tak wyglądasz" — słyszę tylko, gdy delikatnie gładzi moją twarz jedną dłonią, podczas gdy druga sięga do moich piersi. Moje łzy znów powoli spływają.
"Awww, co się stało, zapomniałaś języka w gębie?" — szydzi Brant.
Posyłając mu tak wrogie spojrzenie, na jakie tylko było mnie stać, przelewam cały mój ból i strach w jedno spojrzenie. Ze wszystkich sił próbuję mu pokazać, że jeśli tylko spróbuje zrobić ze mną coś więcej, pożałuje tego, gdy uwolnię się i odzyskam swoją wilczycę.
"No i jest to spojrzenie" — uśmiecha się Brant. Pochyla się w moją stronę i obwąchuje moje ciało nosem. Powoli wodzi nim w dół po mojej szyi, przyprawiając mnie o dreszcz. Serce ściska mi strach, że spróbuje mnie ugryźć, uniemożliwiając mi znalezienie mojego partnera drugiej szansy.
"Nie martw się, nie zamierzam cię gryźć. Bo w końcu kto by cię zechciał po tym, jak z tobą skończę". Powiedziawszy to, Brant wyjmuje mały nóż, który miał pod ręką, i zaczyna zsuwać moją koszulkę. Ostrze z łatwością przecina materiał, zostawiając mnie tylko w koronkowym staniku, który ubrałam rano.
"O Bogini…" — jęczy głos mojego wujka, który obserwował wszystko w milczeniu. Był podniecony faktem, że Brant mógł zgwałcić mnie prosto tutaj, w piwnicy.
"Piękna, prawda, ojcze?" — pyta z uśmieszkiem Brant, a jego dłoń obejmuje moją pierś. Jego kciuk pociera mój sutek, zmuszając mnie do zagryzienia knebla, by nie krzyczeć.
"Mmm, według mnie bardziej dziwka" — odpowiada Corvin, zachodząc mnie od tyłu. Jego dłonie lądują na mojej talii i rozpinają szorty, po czym pozwala im opaść na podłogę. Zostaję w pasujących koronkowych majtkach.
Stojąc w samej bieliźnie, zaczynam się wiercić, nie znosząc faktu, że kuzyn i wujek zamierzają w pełni mnie wykorzystać, tutaj, w naszej piwnicy, gdzie bez Artemisii nie mogłam się ani obronić, ani im przeciwstawić.
"Przestań się szarpać" — rzuca ostro Corvin i mocno uderza mnie w pośladek. Z mojego gardła wyrywa się cichy skowyt.
"Dobra dziewczynka" — grucha Brant, powoli ściągając mi stanik, który wciąż podtrzymywał moje piersi. Jego palce szczypią i przekręcają moje sutki, co zmusza mnie do wydania kolejnego, głębokiego zaskomlenia.
"Taka dobra dziwka" — słyszę tylko, po czym czuję, jak dłonie suną po moim ciele. Palce powoli wślizgują się w moje majtki i zaczynają dotykać mojego czułego punktu. Łzy znów napływają do oczu, bo to powinien być wyjątkowy moment między mną a moim partnerem, a nie między mną, moim wujkiem i kuzynem.
"O Bogini… taka mokra" — jęczy wujek, wsuwając palec między moje wargi. Moje ciało wykręca się z obrzydzenia.
Skomląc, jedyne co mogę zrobić, to znosić to. Brant sięga po ostatnią część mojego ubrania — moją bieliznę — zsuwając ją ze mnie, po czym zmusza mnie do rozszerzenia nóg. Wujek dokłada drugi palec, wsuwając je we mnie i wysuwając, podczas gdy Brant klęka przede mną, a jego język liże moją łechtaczkę, przez co gwałtownie się wzdrygam.
"STÓJ SPOKOJNIE" — krzyczy Corvin i używa drugiej ręki, by boleśnie ścisnąć mnie za biodro. Zastygam.
PROSZĘ… Księżycowa Bogini… Spraw, by to się skończyło… — powtarzam w myślach, przymykając oczy na ten ból i upokorzenie, z którymi musiałam się mierzyć, gdy moja rodzina zabawiała się moim kosztem, w ogóle się tym nie przejmując.
















