**Z perspektywy Aury**
'Aura…' — woła cicho łagodny głos, gdy powoli odzyskuję przytomność. Poddałam się ciemności, po tym jak wujek i kuzyn zostawili mnie zupełnie samą.
"Hę?" — mamroczę, wciąż zdezorientowana wczorajszymi wydarzeniami.
'Aura? Wszystko u ciebie w porządku?' — pyta głos, który z czasem staje się coraz wyraźniejszy, co pozwala mi w końcu zorientować się, kto próbuje do mnie mówić.
'A-Artemisia?' — pytam, nie do końca pewna, czy dobrze słyszę. Moja wilczyca powinna przecież wciąż spać z powodu tojadu, który wujek wstrzyknął mi przed swoją chorą zabawą.
'Tak, moje słodkie dziecko, to ja. Tak mi przykro, że nie byłam na tyle silna, by ci pomóc' — płacze Artemisia, zaczynając cicho piszczeć i skomleć, załamana faktem, że nie zdołała mnie obronić.
'A-Ale jak to? Powinnaś wciąż spać' — mówię jej, nie do końca rozumiejąc sytuację. 'Myślałam, że będziesz spała aż do rana. Tak zazwyczaj bywa, kiedy wstrzykują nam tojad'.
'Auro… już jest rano. Spędziłyśmy w piwnicy całą noc. Powoli opatrywałam twoje rany po tym, jak zeszła tu Omega twojej rodziny, by cię umyć, obmyć z krwi i zdjąć ci knebel' — odpowiada Artemisia.
'To niemożliwe' — odpowiadam. 'Poczułabym, gdyby ktoś inny próbował mnie dotknąć.'
'Nie, jeśli jesteś nieprzytomna. Byłyśmy tu całą noc, przykute do tej przeklętej belki nośnej, po tym jak wujek i kuzyn już się nami nasycili' — szepcze smutno Artemisia, żałując, że to prawda.
Marszcząc brwi, próbuję poruszyć rękami, tylko po to, by uświadomić sobie, że zdrętwiały, co oznacza, że cała moja rodzina zostawiła mnie tam na dole, nie fatygując się nawet, by nas uwolnić. Wściekła na tę myśl, zaczynam się wiercić, próbując poruszyć rękami. Nagle uderza mnie fala frustracji; drzwi do piwnicy otwierają się i dociera do nas odgłos kroków schodzących po schodach, by nas przywitać.
"Och, Auro" — woła głos, który znałam aż za dobrze, a po wczorajszych wydarzeniach, którego będę się obawiać, dopóki nie opuszczę tej watahy. "Pora wstawać, moja słodka Auro" — mruczy głos, powoli się zbliżając. Moje niebieskie oczy powoli unoszą się, by spotkać się z zielonymi oczyma mojego wujka. Dźwięk jego głosu przyprawia mnie o dreszcz, bo wiedziałam, co się stanie, jeśli nie będę posłuszna.
"Dzień dobry, wujku" — cedzę przez zęby. Moje usta wciąż mnie bolą od knebla, który znajdował się w nich przez całą noc i został wyciągnięty dopiero niedawno. Artemisia warczy, wściekła, że skrzywdził nas ktoś, kto miał być rodziną i naszym obrońcą.
"Dobra dziewczynka" — złośliwie uśmiecha się Corvin, a jego wzrok zaczyna błądzić po moim ciele. Przechodzi mnie dreszcz, gdy mierzy mnie wzrokiem z góry na dół, po czym odzywa się ponownie. "Nie zapominaj, że pomagasz dzisiaj Sloane i Brantowi przy Balu. Jeżeli usłyszę coś innego, to zaraz tu wrócimy, zrozumiałaś?"
Kiwając głową, staram się zachować myśli dla siebie. "Słowa, Auro" — warczy Corvin, który nie znosił, gdy nie odpowiadałam na głos.
"Tak… wujku" — mamroczę, z opuszczoną głową, czując, jak rozpina moje kajdany. Gdy zostaję uwolniona, delikatnie opuszczam ręce i próbuję je rozmasować, by przywrócić im czucie. Moje rany zagoiły się dzięki Artemisii.
"Dobrze, a teraz się ubieraj. Sloane i Brant czekają na ciebie w domu watahy, więc ruszaj się". Z tymi słowami odwraca się szybko i odchodzi, pozwalając mi ubrać się w milczeniu. Podeszłam sprawdzić, jakie nowe ubrania zostały dla mnie przygotowane, jako że moje stare zostały zniszczone przez Branta i jego nóż.
"Omega naszej rodziny musiała je przynieść" — szepczę, wciągając na siebie ubrania: czarne bawełniane majtki, prosty stanik, jasnoniebieski podkoszulek, czarne dżinsowe szorty i parę czarnych płóciennych butów.
Gdy kończę, pospiesznie poprawiam włosy i pędem wbiegam po schodach z piwnicy, nie chcąc, by wujek zmienił zdanie. Rozpoczynam szalony bieg w stronę domu watahy, gdzie za zaledwie dwa dni ma się odbyć Bal Godowy.
\- Dom Watahy -
"Gdzie jest ta Suka?" — krzyczy Sloane, która wcale nie chciała tam być; wolała spędzić ten dzień z Jaxonem, lecz ku jej zaskoczeniu, rodzice zmusili ją do przyjścia tu, tak samo jak Branta.
"Wyluzuj, Ojciec właśnie połączył się ze mną telepatycznie i powiedział, że wypuścił ją z piwnicy, więc zaraz powinna tu być" — odpowiada Brant, który również nie chciał tam być, ale wiedział, że muszą na żądanie Ojca mieć oko na Aurę.
"Wiesz, zupełnie nie rozumiem, po co Matka i Ojciec w ogóle ją tu przyprowadzili. To nie tak, że Mama i Luna Celeste były prawdziwymi siostrami; Alfa powinien był po prostu pozwolić Wyrzutkom ją zabić" — prycha Sloane. Poza samą Aurą, wszyscy znali prawdę o łączących ich pokrewieństwach.
"Bo… Alfa nie mógł znieść widoku, jak ginie z rąk Wyrzutków. Choć Luna Celeste i nasza Matka były tylko przyrodnimi siostrami, Alfa wiedział, że gdyby coś im się stało, Aura wciąż będzie kochana przez swoją rodzinę. Szkoda tylko, że nie potrafią odnaleźć jej pozostałych wujków" — złośliwie uśmiecha się Brant, który również wiedział o rodzinie Aury oraz o fakcie, że jej Ojciec był z trojaczków, a jego dwaj pozostali bracia należeli do innych watah. Z tym, że nikt nie wiedział do jakich, pozostawiając Aurę na łasce ich watahy.
"Miejmy nadzieję, że postanowią nigdy nie wracać. Bo gdyby wieść o tym, jak źle traktujemy Aurę, kiedykolwiek wyszła na jaw, ci jej wujkowie rozszarpaliby nas na strzępy" — stwierdza Sloane, nieświadoma, że Aura podsłuchuje ich, ukryta bezpiecznie w cieniu.
Przyrodnia siostra? Wujkowie… Kto? Co? Gdzie? Moje myśli zaczynają pędzić. Nawet nie wiedziałam, że mam innych krewnych. Z drugiej strony, nie pamiętam zbyt wiele z mojego dzieciństwa, ani z tej nocy, kiedy to wszystko się wydarzyło. Jakby jakaś cząstka mnie również zaginęła.
'Nie martw się, rozgryziemy to razem' — odzywa się Artemisia, jakby wyczuwając zmartwienie Aury.
'A jeśli nie damy rady? Czy naprawdę utknęłyśmy tu na zawsze? Alfa nie ma pojęcia o tym, co się z nami dzieje, więc jak mam to przetrwać, jeśli tego nie rozgryziemy?' — pytam ją, a w mojej głowie kłębią się myśli.
'Skarbie, za bardzo się martwisz. Na razie skupmy się na Balu Godowym, dobrze? Coś mi mówi, że odnajdziemy tam naszego partnera drugiej szansy' — mruczy Artemisia, która już ekscytowała się myślą o znalezieniu naszego nowego partnera.
'Partnera?' — mrugam ze zdziwieniem, starając się przypomnieć sobie, jak to w ogóle jest mieć partnera.
'Tak, a teraz idź, zanim twoi podli kuzyni znów sprowadzą na ciebie kłopoty' — mruczy Artemisia, próbując wygnać mnie na salę balową, zanim Sloane i Brant narobią prawdziwych szkód.
Biorąc to za sygnał, szybko wchodzę do sali. "JESTEM! Przepraszam za spóźnienie" — krzyczę, powoli podchodząc do tej dwójki.
"NARESZCIE! Czekamy tu na ciebie od ponad godziny" — marszczy brwi Sloane, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że Aura słyszała przed chwilą całą ich rozmowę.
"Przepraszam, zatrzymano mnie" — szepczę, wiedząc, że oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ubiegłej nocy utknęłam w piwnicy, a teraz udawali, jakbym spóźniła się z wyboru.
"Tak, tak, wiemy. A teraz do rzeczy. Matka i Ojciec powiedzieli, że masz nam pomóc, inaczej będą konsekwencje" — rzuca Brant, zerkając na dziewczyny, wiedząc, że Sloane mogłaby w każdej chwili łatwo wymigać się z obowiązków i zrzucić wszystko na Aurę.
"Wiem" — mówię. "Od czego powinnam zacząć?"
"HA! Ty? Jak będziesz miała szczęście, pomożesz Omegom w przygotowywaniu jedzenia i napojów, ale na ten moment zajmiesz się dekoracjami" — parska Sloane, wskazując na kartony pełne najróżniejszych ozdób.
Krzywiąc się, odwracam wzrok w kierunku wskazanym przez Sloane i blednę. 'Jak mam to wszystko zrobić sama?' — mówię do Artemisii, dostrzegając światła, banery i całą resztę przeróżnych rzeczy.
'Nie panikuj' — radzi Artemisia, świadoma mojego nagłego dyskomfortu.
'Ale –'
'Żadnych ale… musimy to zrobić' — z tymi słowami Artemisia zamyka swoją część umysłowej więzi.
Wzdychając, powoli kieruję się w stronę kartonów, by zobaczyć, co się w nich znajduje, dziękując w duchu, że nie wygląda to najgorzej. Odwracam się i spoglądam na moich kuzynów, nim ponownie się odzywam. "Pomożecie mi?"
"My? Boże, nie, my mamy tu własne zadania. To należy do ciebie i lepiej, żeby zostało ukończone do obiadu, w przeciwnym razie ojciec zostanie o tym powiadomiony" — złośliwie uśmiecha się Sloane, odchodząc z Brantem i zostawiając mnie, bym sama uporała się z ogromną salą balową.
















