– Kochanie, dostaliśmy list – powiedziała Mama, ściskając czerwoną kopertę w pięści jakby od tego zależało jej życie.
Odłożyłam miskę z owsianką.
– Od kogo?
– Ze szkoły, proszą o twoją obecność.
– Jaka szkoła tak robi? Nie przypominam sobie, żebym pisała do jakichkolwiek szkół, poza tym wnioski na studia składa się dopiero za kilka miesięcy.
– Tak… wiem.
– Coś tu śmierdzi, Mamo. Wyrzuć to.
– Nie mogę. – Jej głos się załamał. – To już czwarty list. Musimy… to rozważyć.
– O rany, kim oni są?
– Akademia McGregora… to szkoła dla zmiennokształtnych.
Przeniosłam wzrok z czerwonego obrusa na kuchenne okno, które idealnie ukazywało dąb w moim ogródku. Szkoła dla zmiennokształtnych? Straciłam czucie w palcach, a moje policzki zapłonęły. Nie powinni mnie szukać.
– Kochanie, myślę, że powinnaś… – Mama Ania zawiesiła głos.
O czym ona myślała? Nie mogłam tam iść.
– Mamo, ja się nie przemieniam. – Miałam osiemnaście lat i wciąż nie dostałam swojego wilka. Byłam już prawie pewna, że się nie pojawi.
– Po prostu jeszcze tego nie zrobiłaś – powiedziała Mama, wciąż ściskając list.
– Nie jestem wilkiem. Skończyłam z tymi pobożnymi życzeniami. – Zabrałam miskę i podeszłam do zlewu, odkręcając wodę. – Nie jestem jak wszyscy inni. – Widziałam cały ogródek i większy ogród sąsiada.
Mieszkałam w EastWood, społeczności zmiennokształtnych. Mama nie była zmiennokształtna, a odkąd Tata zniknął, mieszkanie w społeczności wilków ją denerwowało.
– Szkoła wymaga, żebyś była tam jutro, Gabbie. Proszą o ciebie od tygodni. Myślałam, że odpuszczą, jeśli nie będę odpowiadać.
– Ale ja nie mam wilka, co oni zamierzają zrobić? Nie wiedziałam, że po prostu je rozdają.
Mama jęknęła: – Zaangażują radę Alfy. Wszyscy zmiennokształtni muszą chodzić do akademii.
– Czy to dlatego, że miesiąc temu miałam urodziny?
– Z tego co wiem, większość zmiennokształtnych przemienia się przed osiemnastką. Muszą myśleć, że już to zrobiłaś.
Usiadłam z powrotem przy stole. Wiedziałam o tajemniczej akademii dla zmiennokształtnych. Nie zliczę, ile osób, które znałam, wyjechało z miasta, aby do niej uczęszczać. Szczerze mówiąc, myślałam, że tylko nieliczni mogą tam iść. Kiedy miałam piętnaście lat, mój najlepszy przyjaciel, Alex, wyjechał z miasta, aby tam studiować. No cóż… on nie jest zwykłym wilkiem. Jest synem Alfy. Nie widziałam go od tamtej pory ani nic o nim nie słyszałam.
Oczywiście wiedziałabym, gdyby umarł. To byłby czarny dzień w stadzie. Czy będę miała okazję go jeszcze zobaczyć?
– Czy muszę wyjeżdżać tak szybko? – zapytałam.
Mama usiadła na pustym krześle po mojej prawej stronie. Nie chciałam jej tu zostawiać samej. Nie żeby to było niebezpieczne stado. Alfa przyjaźnił się kiedyś z moim Tatą, więc chciałabym myśleć, że jesteśmy chronieni. Nie chcę, żeby była samotna. Mój Tata nie wróci, a ona boi się znowu wystawiać.
– Tak, kochanie, jest autobus, który zawiezie cię prosto do szkoły.
– Jak długo tam będę?
Odsunęła kosmyk włosów za moje ucho: – Jeszcze tam nawet nie dotarłaś, a już myślisz o wyjeździe.
– Bycie nową dziewczyną jest trudne, Mamo. Nie wspominając o tym, że jestem jedyna bez wilka.
– Pomogą ci – upierała się.
Przygryzłam wargę. Tutejsze dzieciaki i tak są wystarczająco złe. Wszyscy spodziewali się, że się przemienię, ale tak się nie stało. Zawsze zastanawiam się, czy coś ze mną jest nie tak. Nie czuję nawet tej więzi, o której mówią inne wilki ze swoimi wilkami. Mój jest po prostu cichy albo pusty. Martwy.
– Znajdziesz wielu przyjaciół. Myślę, że jesteś całkiem fajną dziewczyną.
Zachichotałam: – Dzięki, Mamo. Myślisz, że jeszcze zobaczę Alexa?
Poczułam, jak moje policzki lekko płoną. Wyobrażałam sobie, że na zewnątrz jest zupełnie inny, miałam nadzieję, że w środku jest taki sam.
Twarz Mamy rozjaśniła się: – Tak, Alex. To był taki słodki chłopiec. Widzisz, już masz przyjaciela.
Wstała i powędrowała do salonu. Poszłam za nią, nie będzie płakać, prawda? Z trudem otworzyła szufladę w stole, w której stała ogromna, brzydka lampa, którą podarowała jej moja babcia. Otworzyła ją i pogrzebała w środku, aż wyciągnęła łańcuszek.
– Co to jest? – zapytałam.
Wyciągnęła do mnie błyszczący srebrny łańcuszek: – To należało do twojego Taty, myślę, że powinnaś go wziąć. Myślę, że on to dla ciebie zostawił. Nigdy tego nie zdejmował.
Miał zawieszkę ze skrzyżowanymi strzałami i toporem. Pozwoliłam zimnemu metalowi opaść na moją dłoń. Pamiętałam, jak dyndał na jego piersi, kiedy byłam dzieckiem.
– Powinnaś się przygotować, Gabbie – powiedziała cicho Mama.
– Ja po prostu… to tak szybko. Nie chcę cię zostawiać…
– Och… Gabbie. – Oplotła mnie ramionami, a ja ją ścisnęłam. – Będzie dobrze.
***
Miałam przed sobą jedną walizkę i plecak. Autobus, który miał mnie zawieźć do mojego nowego domu na następne, kto wie ile, był pusty, a kierowca patrzył na mnie, jakbym kopnęła jego psa.
– Wszystko będzie dobrze, Gabbie – uśmiechnęła się Mama, ale uśmiech nie dotarł do jej oczu.
Skinęłam głową. Nie mogłam uwierzyć, że wyjeżdżam z domu. Dopiero teraz do mnie dotarło, że już nie obudzę się we własnym domu. Przez jakiś czas. Miałam nadzieję, że się mylą. Odkryją, że nie mam wilka i odeślą mnie do domu. Nadal bym się z tego powodu denerwowała, ale przynajmniej byłabym w znajomym miejscu.
Mama oplotła mnie ramionami: – Wszystko będzie dobrze. Musisz już iść, kochanie.
– Wiem. Postaram się dzwonić codziennie.
– To będzie wspaniale.
Podróż autobusem trwała jak pięć godzin. Zasnęłam ze słuchawkami na uszach, słuchając muzyki. Kołysanie autobusu mnie obudziło. Zapaliły się światła i musiałam zamrugać, żeby przyzwyczaić się do światła.
– Przystanek końcowy, młoda damo – zachrypiał kierowca autobusu.
Przerzuciłam torbę przez ramię i zatoczyłam się z autobusu. Cóż, oto dom. Średniowieczny zamek, który wyglądał na opętany przez demony. Co gorsza, ludzie, którzy zamieniali się we wściekłe bestie. Światła z autobusu oświetlały wejście.
Przed drzwiami stała kobieta w długiej sukni i kapeluszu. Położyłam rękę na piersi. Myślałam, że to duch.
– Witaj, Panno Chambers.
– Dzięki?
Kim ona jest, dozorczynią? Odwróciła się i skinęła na mnie.
– Szkoła oficjalnie rozpoczyna się jutro. Nowi uczniowie spędzają noc w Sali Heleny, dopóki nie zostaną przydzieleni do właściwych akademików. Niestety, jesteś jedyną nową uczennicą.
– Dlaczego?
– Cóż… niektórzy przyjeżdżają pierwszego dnia. W niektórych latach nie mamy w ogóle nowych uczniów.
Zatrzymałam się, to nie wydawało się w porządku.
– Przepraszam, proszę pani…
– Dyrektor Atena. – Wyprostowała kręgosłup.
– Dyrektor… Nie sądzę, że powinnam tu być. Nigdy się nie przemieniłam. Nie wiem, dlaczego tu jestem – powiedziałam prawie szeptem.
– To, że się nie przemieniłaś, nie oznacza, że nie jesteś wilkiem, który tu przynależy. – Ruszyła dalej, oczekując, że pójdę za nią.
Jedynym dźwiękiem było stukanie naszych butów o marmurową podłogę.
– Co się stanie, jeśli nie będę mogła się przemienić?
– Przekroczymy tę granicę, kiedy do niej dotrzemy, Panno Chambers. Jutro czeka cię ważny dzień.