Terran
Westchnął. – Twój jacht, apartament, dom na plaży, samochody? Czy to wszystko nie jest warte cholernego łańcucha u nogi?
Spojrzałem na niego spode łba zza moich ciemnych, wartych tysiąc dolarów okularów przeciwsłonecznych. – Nie wiem. W tym tkwi problem.
Roześmiał się. – Żona. To nie wyrok śmierci.
– Ty sam nie chcesz się żenić bardziej niż ja.
Zach zachichotał. – Nie, ale mój ojciec nie umieścił w testamencie klauzuli wymagającej, żebym ożenił się przed trzydziestką piątką, bo inaczej stracę spadek. Pewnie wiedział, że nigdy nie będę w stanie tego zrobić. To nie leży w DNA Baileyów. Baileyowie są stworzeni, by być kawalerami, korzystającymi ze wszystkich kobiet, jakie świat ma do zaoferowania.
Jęknąłem. – Mój ojciec był jednym z tych facetów, którzy wierzyli, że paruje się na całe życie. Nigdy nie ożenił się ponownie po śmierci mojej matki. Nigdy nie interesowała go inna kobieta. Kiedy miałem dziesięć lat, doceniałem to. Nie chciałem macochy. Nigdy nie wiedziałem, że będzie nalegał, abym był taki jak on. Nie jestem stworzony do posiadania tylko jednej kobiety.
– Ja też nie. Jesteś pewien, że nie możesz przekonać prawnika prowadzącego testament, aby zignorował tę klauzulę?
To było to samo pytanie, które zadawałem sobie kilka razy. – Próbowałem. To jeden z najstarszych przyjaciół mojego ojca. Nie ustąpi. Zaproponowałem mu nawet oddanie części spadku.
– Cholera – powiedział Zach, powtarzając dokładnie moje odczucia.
– Waham się między zrezygnowaniem z pieniędzy a zrobieniem tego, czego zażądał. Nie mogę się zdecydować.
– To sporo pieniędzy do oddania, ale to nie znaczy, że zostaniesz bankrutem – powiedział. – Sam dorobiłeś się fortuny.
Skinąłem głową. – Wiem, ale co, jeśli wypuszczę jedną złą kampanię? Wystarczy jedna, żeby stracić reputację w branży. Wiesz, że świat reklamy jest bezwzględny. Chciałbym mieć plan awaryjny na wypadek, gdybym wszystko stracił.
– Nie stracisz wszystkiego. Jesteś na to zbyt cholernie mądry. Wyluzuj.
Potrząsnąłem głową. – Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
– Okej, więc musisz podjąć decyzję w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Nic się dzisiaj nie zmienia. W tej chwili jesteś na swoim pięknym jachcie wypełnionym wspaniałymi kobietami, które wszystkie chciałyby pomóc ci się zrelaksować. O wszystkiego innym będziemy się martwić jutro.
– A co, jeśli nie znajdę kobiety, która zechce mnie poślubić? – zapytałem, wyrażając jedną z moich wielu obaw.
Zach prychnął. – Wiesz, że jesteś jednym z najgorętszych kawalerów w kraju. Jakim cudem udało ci się urosnąć tak cholernie wysoko, to dla mnie zagadka. Kobiety lgną do tego całego wysokiego, mrocznego i niszczycielskiego, za co cię nienawidzę.
Przewróciłem oczami. – Jasne, bo ty naprawdę cierpisz na brak pań tobą zainteresowanych.
Roześmiał się, wiedząc, że mam rację. – Słuchaj, wiesz, co musisz zrobić. Cholera, może twoja przyszła żona jest tam, czekając, żeby cię poznać.
Odwróciłem się w stronę przeciwległego końca jachtu, opierając łokcie na relingu za mną. Wpatrywałem się w krzątających się ludzi. Większości z nich nie znałem. Wystosowałem otwarte zaproszenie. Moim prezentem dla Zacha na urodziny było przyjęcie pełne wspaniałych kobiet.
– Jakoś nie sądzę, żeby moja żona była jedną z tych kobiet.
Wzruszył ramieniem. – To poszukiwanie będzie najzabawniejsze.
Rozejrzałem się po jachcie i luksusowym wyposażeniu. Jeśli nie znajdę kobiety, którą poślubię w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, istnieje spora szansa, że nie będzie mnie stać na to wszystko. Pożyczkodawcy pożyczali mi pieniądze, ponieważ wiedzieli, kim jestem, i zakładali, że odziedziczę pieniądze po śmierci ojca. Nie znali prawdy. Jeśli się nie ożenię, spadek zostanie podzielony między kilka organizacji charytatywnych, a to trafi do wiadomości. Niedługo potem moja bardzo rozległa linia kredytowa wyschnie.
– Może mógłbym kupić mniejszą łódź i sprzedać apartament – rozmyślałem na głos.
Zach jęknął z przesadnym przerażeniem. – Nie możesz sprzedać jachtu!
Wzruszyłem ramieniem. – To trochę pretensjonalne.
– Ale jest taki niesamowity.
– Jak często go właściwie używam?
– Będziemy go używać w każdy weekend. Nie waż się tego sprzedawać, dopóki nie będę miał okazji wyperswadować ci tego pomysłu.
– Dlaczego sam nie kupisz jachtu? – zapytałem.
Wzruszył ramieniem. – Bo ty masz.
Roześmiałem się, kręcąc głową nad jego rozumowaniem.
– Idę po kolejnego drinka. Dołącz do mnie. Pobawmy się trochę.
Potrząsnąłem głową. – Zaraz tam będę.
Odszedł, zostawiając mnie samego z moimi myślami. Odwróciłem się w stronę wody i pomyślałem o tym, jak będzie wyglądało moje życie o tej porze za rok. Albo będę tu na swoim jachcie z żoną, albo bez jachtu i bez żony.
Usłyszałem za sobą głos Zacha. – Panie, to Terran Maddox. Przydałoby mu się trochę rozweselenia.
Odwróciłem się, żeby zobaczyć, z kim jest. Dwie piękne kobiety miały ramiona splecione z jego ugiętymi łokciami.
Uśmiechnąłem się do każdej z nich zdawkowo. Blondynka i brunetka. Naturalnie pociągała mnie blondynka, ale miała w sobie coś pustego. Odrzucając na bok moje zwykłe standardy, spojrzałem na nią i obdarzyłem ją moim najlepszym, czarującym uśmiechem.
– Dzień dobry, panie.
Blondynka, zdając sobie sprawę, że ją wybrałem, wystąpiła naprzód i stanęła bezpośrednio przede mną. Miała na sobie tylko maleńkie, jaskrawoniebieskie bikini, które eksponowało każdą krągłość i to, co uznałem za chirurgicznie powiększony zestaw piersi. Nie była moją przyszłą żoną, ale miło spędzę z nią dzień. Chwyciła mnie za rękę i poprowadziła w stronę imprezy. Mijając Zacha i jego towarzyszkę, uśmiechnął się i puścił do mnie oko.
Będę się martwił moją sytuacją jutro. Dziś zamierzam się dobrze bawić i cieszyć ostatnimi dniami mojej wolności lub bezpieczeństwa finansowego.
















