Terran
To był typowy poniedziałkowy poranek, a moja sekretarka omawiała ze mną kalendarz na ten tydzień. Jak zwykle, był wypełniony po brzegi spotkaniami z potencjalnymi klientami i dyrektorami reklamowymi odpowiedzialnymi za różne zlecenia. Zawsze żonglowałem wieloma piłeczkami, ale nie chciałbym inaczej. Lubiłem być zajęty. Zajęty znaczyło bezpieczeństwo pracy dla mnie i setki osób, które zatrudniałem.
– Później ma pan spotkanie z modelką do firmy odzieży sportowej – powiedziała Lena. – Potrzebuje pan jej teczki?
Pokręciłem głową. – Nie.
Zadzwonił telefon, odebrała go z mojego biurka, co wydawało mi się trochę dziwne, ale spoliczkowałaby mnie, gdybym spróbował odebrać sam.
– Chwileczkę, proszę – powiedziała, naciskając przycisk i odkładając słuchawkę na widełki.
– Kto to? – zapytałem, obserwując, jak zbiera swoje rzeczy.
– Adwokat pańskiego ojca. Mówi, że to ważne.
Jęknąłem. To nie mogło być nic dobrego. – Dziękuję, Leno.
Zatrzymała się w drzwiach i uśmiechnęła. – Niech pan da znać, jeśli czegoś pan potrzebuje – powiedziała, wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
– Dzień dobry, Bob – powiedziałem, podnosząc słuchawkę.
– Terran, musimy porozmawiać.
Wypuściłem długie westchnienie. Już wiedziałem, o czym chce porozmawiać. To kolejna presja na temat ożenku.
– Wiem o klauzuli, Bob. Nadal próbuję rozgryźć, jak chcę postąpić. Wiesz, co o tym myślę.
Odkasłał. – Przeglądałem testament, który, jak wiesz, był niezwykle szczegółowy. Twój ojciec miał bardzo konkretne instrukcje.
Zaśmiałem się cicho, myśląc o moim ojcu i jego ścisłym przestrzeganiu zasad. – Wiem, i rozumiem je.
– Właściwie to nie. Nie wiedziałem o tym do niedawna.
– Wiedzieć o czym? – zapytałem, prawie bojąc się usłyszeć, co powie.
Bob nie był typem człowieka, który owija w bawełnę. Fakt, że się wahał, wprawił mnie w stan niepewności. Pochyliłem się do przodu, opierając łokcie na mahoniowym biurku z telefonem przy uchu.
– Chciałbym o tym porozmawiać osobiście – powiedział. Wtedy wiedziałem na pewno, że to poważne.
– Kiedy? – zapytałem, spodziewając się, że poprosi mnie, żebym wpadł w ciągu tygodnia.
– A może teraz?
W żołądku poczułem dziwne skurcze, gdy zdałem sobie sprawę, że mówi całkiem poważnie. – Zwolnię swój grafik i wkrótce tam będę.
– Dziękuję – powiedział i odłożył słuchawkę.
Potrzebowałem chwili, żeby zebrać myśli, zanim nacisnąłem przycisk, żeby połączyć się z Leną. – Muszę, żebyś zwolniła mój grafik na dzisiaj.
– Słucham?
– Zwolnij mój grafik.
– Wróci pan jeszcze dzisiaj?
– Nie. Przełóż, co się da, na później w tym tygodniu. Będę jutro.
– Dobrze – powiedziała, brzmiąc niepewnie.
Zabrałem to, czego potrzebowałem, i wyszedłem z biura. Nie miałem pojęcia, co się dzieje, ale poczucie zbliżającej się katastrofy nie mogło być ignorowane. Czułem nadchodzące zmiany. Nie miałem pojęcia, czy to dobrze, czy źle.
Wziąłem taksówkę do biura Boba i ruszyłem przez budynek, wykorzystując każdy centymetr mojego metra dziewięćdziesiąt wzrostu, żeby jak najszybciej dotrzeć do jego sekretarki.
Poproszono mnie o chwilę oczekiwania, zanim zostałem wprowadzony. Bob siedział za biurkiem, a jego łysa głowa odbijała światło z góry, gdy czytał kartkę papieru. Podniósł wzrok, kiedy wszedłem, poprawił druciane okulary na nosie i wstał, żeby uścisnąć mi dłoń. Dużo niższy mężczyzna nadal miał mocny uścisk.
– Co się dzieje? – zapytałem, siadając naprzeciwko niego, bez pytania.
Był najstarszym przyjacielem mojego ojca i znałem go od dziecka. Nie czułem potrzeby, żeby zachowywać się zbyt formalnie.
– Terran, przeczytałem jeszcze raz testament twojego ojca, upewniając się, że wszystko zostało wykonane zgodnie z jego życzeniem, kiedy zobaczyłem notatkę o dodatkowej klauzuli. Chcę, żebyś wiedział, że to jego sprawka, nie moja, ale jestem prawnie i moralnie zobowiązany do przestrzegania jego żądań, jeśli chodzi o jego majątek.
Wtedy wiedziałem na pewno, że za chwilę powie mi coś, co będzie ciężko przełknąć.
– Wyduś to z siebie, Bob.
– Jak wiesz, twój ojciec zastrzegł, że musisz być żonaty lub zaręczony przed swoimi urodzinami, aby odziedziczyć majątek, który ci zostawił.
Skinąłem głową. – Stare dzieje.
Bob odchrząknął. – Nie chodzi tylko o spadek, który możesz stracić. Był właścicielem większości udziałów w twojej firmie. Jeśli nie spełnisz jego wymagań, zażądał, aby firma została rozwiązana, a akcjonariusze odzyskali swoje inwestycje.
Otworzyłem usta. – To moja firma!
Bob pokręcił głową. – Twój ojciec był cichym wspólnikiem. Wyłożył kapitał i nadal posiadał większość udziałów w firmie. Błędnie wierzyłem, że jego udziały wracają do ciebie po jego śmierci. Tak się nie stało. Stracisz firmę i spadek, jeśli nie ożenisz się w ciągu najbliższych sześciu miesięcy lub nie będziesz bliski ożenku do tego czasu.
– Bzdura – argumentowałem. – Zbudowałem tę firmę. Jego inwestycja nie stanowiła nawet ułamka tego, ile firma jest teraz warta.
– Co bardzo ucieszy niektórych akcjonariuszy, gdy dostaną tłusty czek. Ich inwestycja okaże się warta zachodu.
Pokręciłem głową. – On nie może tego zrobić. To moja firma.
Bob przesunął kartkę papieru przez biurko. – Przykro mi. Prawnie może i to zrobił.
Wziąłem papier i przeczytałem drobnym drukiem, co zostało dodane do testamentu. Ten człowiek nalegał, żebym się ożenił. Jak mógł chcieć, żebym był nieszczęśliwy do końca życia?
Nie mogłem w to uwierzyć.
















