Kiedy ciężarówka się zatrzymała, Kaelie wysiadła z przedniego siedzenia bez słowa.
— Chcesz powiedzieć mamie i tacie? — zapytał Kieran, patrząc na siostrę z troską. Nie mogąc wykrztusić słowa, Kaelie pokręciła głową. Jej oczy wpatrywały się w dal. Gdzieś daleko.
Skinąwszy głową, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi, Kieran odrzekł: — Dobra, ja się nimi zajmę. — Weszła po schodach domu watahy, powłócząc nogami, i udała się do swojego pokoju, trafiając tam jedynie dzięki pamięci mięśniowej.
Padła prosto na łóżko i chwyciła się za pierś. Jej świat rozpadał się na jej oczach. Nie mogąc znieść bólu, zacisnęła powieki tak mocno, jak tylko potrafiła.
Minęły dwa dni, podczas których Kaelie wychodziła z pokoju tylko po to, by coś zjeść. Nie czuła się na siłach, by rozmawiać z kimkolwiek, nie zwracała nawet uwagi na czat grupowy. Gdy zabrakło jej łez, leżała w łóżku i rozmyślała. Część niej uważała, że powinna była wpaść do tamtego pokoju i upomnieć się o swojego mate. Inna część twierdziła, że powinna pójść naprzód i wymazać to doświadczenie z pamięci. Nie zrobiła nic w żadnym z tych kierunków.
Gdy po raz kolejny pogrążała się w rozmyślaniach, do pokoju wszedł Kieran.
— Wstawaj — powiedział.
Schowała głowę pod poduszki, jej włosy były rozczochrane i zaczynały się kołtunić z braku pielęgnacji.
— Zostaw mnie w spokoju — odparła głosem stłumionym przez poduszki.
— Nie, wstaniesz i się spakujesz. Jedziemy pod namiot — nalegał brat, splatając ramiona na piersi.
— Jest mi tu idealnie, bardzo dziękuję — oświadczyła, nie mając najmniejszego zamiaru opuszczać swojej jaskini.
— Na pewno nie jest. Biorąc pod uwagę ilość Taylor Swift, jaka dobiega z tego pokoju, wcale nie jest w porządku — stwierdził Kieran rzeczowo.
Biorąc głęboki oddech, Kaelie usiadła.
— Po co jedziemy pod namiot?
— Proste. Musisz wyjść z tego pokoju, ale nie sądzę, żebyś chciała przebywać wśród ludzi. Poza tym, jesteśmy wilkami. Las nam dobrze zrobi. — Wzruszył ramionami.
Planowała spędzić wieczór na użalaniu się nad sobą, ale biwak mógł być miłą odmianą.
— Dobra — westchnęła w końcu.
— Wyjeżdżamy za pół godziny, spakuj torbę. Powiedziałem już mamie i tacie, więc się nie martw — rzucił Kieran przez ramię, wychodząc.
Bliźniacy wędrowali przez większość dnia. Górskie powietrze oczyściło umysł Kaelie. Stanęli na krawędzi klifu, spoglądając na dolinę w dole.
— Co o tym myślisz? — zapytał Kieran, gdy wpatrywali się w widok.
Kaelie napawała się krajobrazem, zanim odpowiedziała: — Cieszę się, że przyszłam, dziękuję...
— Nie dziękuj jeszcze, mam niespodziankę... — powiedział tajemniczo.
— Co takiego? — zapytała zaniepokojona.
W tym samym momencie zza rogu dobiegł głos, który rozpoznałaby wszędzie.
— Co tam, Kręgu Apex? — Cal. O, Cal, a tuż za nim Thatcher, Tamsin i Hadley.
Ten błazen sprawił, że Kaelie uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu dni.
— Mówiłem wam, że idziemy w dobrą stronę! — zawołał Thatcher.
— Jestem prawie pewna, że kilka razy źle skręciliśmy — odparowała Tamsin.
— Zamknijcie się oboje — przerwała im Hadley, podchodząc i przytulając Kaelie. Trzymała ją, mówiąc: — Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
— Evander przesyła pozdrowienia, ale tonie w papierach — dodał Kieran.
Grupa wędrowała jeszcze przez chwilę, aż zdecydowali się rozbić obóz. Zjedli to, co upolowali mężczyźni, piekąc mięso nad ogniskiem.
Utrzymując lekką atmosferę, opowiadali dowcipy, a nawet śpiewali bardzo nieczysto piosenki. W końcu postanowili pójść spać i każdy ułożył się w swoim śpiworze. Cal obszedł wszystkich, całując każdego członka Kręgu Apex w głowę, co wywołało chór śmiechów i chichotów.
— Dobranoc, najlepsi przyjaciele, idźcie spać, potrzebujecie snu dla urody. Bóg wie, że Kieranowi bardzo się on przyda — powiedział do nich wszystkich ze swoim charakterystycznym uśmiechem.
— Dobranoc, Cal! — odśpiewali chórem.
— HEJ! — zaprotestował Kieran.
O świcie grupa wstała i ugasiła ognisko z poprzedniej nocy. Pożegnali się i rozdzielili na dwie grupy, by udać się do domów.
Kaelie wracała do domu biegiem, naładowana energią po wycieczce. Nie wiedziała jeszcze, co zrobi z Cyrusem, ale zamierzała stawić temu czoła.
Kiedy dotarli do domu watahy, poszła prosto do swojego pokoju. Otworzyła okna na oścież, by wpuścić świeże powietrze, i zaczęła sprzątać. Uprała pościel i brudne ubrania. Uporządkowała pokój i łazienkę. Nawet starła kurze, puszczając muzykę i tańcząc przy pracy. Kiedy skończyła, pokój lśnił czystością.
Właśnie oceniała efekty swojej pracy, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
— Wejdź — zawołała dźwięcznie. Macy weszła i usiadła na łóżku.
— Pomyślałyśmy z mamą, że pójdziemy kupić nowe sukienki i zastanawiałyśmy się, czy chcesz iść z nami?
— Po co wam nowe sukienki? — zapytała Kaelie.
Macy spojrzała na nią zdziwiona.
— No jak to, na bal?
— Jaki bal? Kiedy? — zapytała Kaelie, próbując przypomnieć sobie jakikolwiek bal w harmonogramie.
— Jak to „jaki bal”? Ten, o którym wszyscy mówią. Król wydaje bal dla alf i ich rodzin przed rozpoczęciem Szkolenia Liderów. Chyba ma to być jakieś świętowanie, nie wiem i mało mnie to obchodzi. W każdym razie jest bal i idziemy. Czy ty żyłaś pod kamieniem? Jak mogłaś o tym nie wiedzieć?
„Cóż, może nie pod kamieniem, ale pod poduszką”, pomyślała Kaelie.
Żołądek Kaelie wywinął koziołka. Nie wiedziała, co robić. Nie było sposobu, by go uniknąć, a kiedy go zobaczy, będą musieli odbyć TĘ rozmowę.
Mogłaby udawać chorą, ale przecież miała mieszkać w pałacu przez całe miesiące. W końcu i tak by go spotkała. „Twarzą w twarz”, pomyślała. „Stawię mu czoła i będę wyglądać olśniewająco”.
Tak, spotka go na balu, prezentując się najlepiej jak potrafi. Będzie piękna i odważna, bez względu na wszystko.
— Cóż, chyba będę potrzebować sukienki — odezwała się w końcu Kaelie.
















