Evelyn
The Garden było dokładnie tym, czego się spodziewałam – pomnikiem bogactwa i przywilejów. Kryształowe żyrandole zwisały z wysokich sufitów, rzucając pryzmatyczne światło na stoły przykryte nieskazitelnie białym lnem. Krzesła były obite prawdziwą skórą, a nawet powietrze pachniało luksusem – subtelną mieszanką rzadkich przypraw i dojrzewającego wina.
Maître d' omal nie potknął się o własne nogi, gdy Devon przekroczył próg.
— Panie Hall! — Mężczyzna skłonił się tak nisko, że pomyślałam, iż zaraz dotknie czołem podłogi. — Pański pokój VIP jest gotowy, proszę pana. Tędy, proszę.
Zdusiłam w sobie parsknięcie z obrzydzenia. *Kolejny wilk Alfa napawający się swoją władzą i przywilejami. Tacy są najgorsi – myślą, że wszystko i wszyscy należą do nich.*
Podążając za menadżerem restauracji przez główną salę jadalną, zauważyłam, jak inni goście wpatrują się w Devona z mieszaniną podziwu i zawiści. Sam menadżer szedł z takim namaszczeniem, że przez cały czas był praktycznie zgięty wpół.
Devon z kolei wydawał się całkowicie niewzruszony tym specjalnym traktowaniem. Szedł ze swobodną pewnością siebie kogoś, kto nigdy nie kwestionował swojego miejsca na świecie – nigdy nie musiał.
Gdy tylko zasiedliśmy w naszej prywatnej sali, natychmiast zjawił się kelner, by przyjąć zamówienia.
— Poproszę T-bone'a, krwistego — powiedział Devon, nie otwierając nawet menu.
— Dla mnie to samo! — wtrąciła radośnie Lily. — I bardzo proszę, żeby był mocno krwisty!
Kiedy kelner zwrócił się do mnie, powiedziałam: — Taki sam stek, ale dobrze wysmażony. I sałatkę ogrodową jako dodatek.
Devon uniósł brew. Czułam na sobie jego przenikliwy, badawczy wzrok, gdy kelner odchodził.
— Nie lubisz krwistego mięsa? — zapytał, tonem swobodnym, ale jego oczy błyszczały ostrym zainteresowaniem.
Wzruszyłam ramionami, celowo unikając jego spojrzenia. — Wolę dobrze wysmażone.
— To niezwykłe dla... — Przerwał, zerkając na zamknięte drzwi, zanim dokończył: — dla naszego gatunku.
— Dostosowałam się do ludzkich preferencji żywieniowych.
Devon pochylił się do przodu, nabijając na widelec kawałek pieczywa z koszyka stojącego między nami. — Surowe mięso daje nam siłę. To leży w naszej naturze.
— Moja natura uległa zmianie — odparłam sucho.
Kiedy przyniesiono nasze posiłki, steki Devona i Lily były rzeczywiście krwiste – czerwone soki zbierały się na ich talerzach jak krew ze świeżo upolowanej zwierzyny. Mój z kolei był całkowicie wysmażony, bez najmniejszego śladu różu.
Devon ukroił kawałek swojego steku; mięso było tak kruche, że nóż ledwie wymagał nacisku. Wyciągnął widelec w moją stronę. — Spróbuj tego. Twój wilk to doceni.
Pokręciłam głową. — Nie, dziękuję. Mój żołądek przyzwyczaił się do dobrze wypieczonego jedzenia.
Lily podniosła wzrok znad talerza, a w jej oczach zalśniła ciekawość. — Ale wszystkie wilki lubią krwiste mięso. Mamy to w DNA. — Przysunęła się bliżej, dyskretnie wciągając powietrze. — Ledwo wyczuwam twojego wilka. Zostałaś ranna?
Uśmiechnęłam się z przymusem, nie odpowiadając. Prawda – to, że od lat próbowałam wybudzić swojego wilka za pomocą specjalistycznych ziół – nie była czymś, czym chciałam się dzielić.
— Z jakiej watahy pochodzisz? — zapytała Lily, wycierając kącik ust serwetką. — Nie kojarzę, żebym widziała cię na którymkolwiek ze zgromadzeń.
— Nie należę do żadnej watahy — odparłam, a mój głos był chłodny i opanowany.
Oczy Lily rozszerzyły się. — Bez watahy? Ale każdy potrzebuje watahy! — Jej twarz rozjaśniła się nagłym natchnieniem. — Powinnaś dołączyć do naszej! Do Watahy Krwawego Kła z Seattle! Mój wujek jest Alfą, więc nikt nie odważyłby się ciebie dręczyć!
— Dziękuję, ale przywykłam do bycia zdaną tylko na siebie — powiedziłam, odkrawając kolejny kawałek steku z użyciem siły nieco większej, niż to było konieczne.
— Gdzie się zatrzymałaś w Seattle? — zapytała Lily, najwyraźniej zdeterminowana, by podtrzymać rozmowę mimo mojej ewidentnej niechęci.
— Dopiero co wróciłam do Seattle. Na razie mieszkam w motelu i szukam mieszkania.
— Mogłabyś zamieszkać u nas! — zaproponowała natychmiast Lily. — Mamy ogromne pokoje gościnne!
Pokręciłam stanowczo głową. — Cenię sobie prywatność, dziękuję.
— Jason — odezwał się nagle Devon, odwracając się do swojego asystenta, który jadł w milczeniu przy osobnym stoliku w pobliżu drzwi. — Czy nie mamy jakiegoś wolnego mieszkania pod wynajem?
Jason wyglądał na zaskoczonego, omal nie dławiąc się wodą. — T-tak, panie Hall.
— Nie stać mnie na to — powiedziłam szybko, czując się osaczona. — Nie mam teraz zbyt wielu pieniędzy.
Devon zmarszczył lekko brwi. — Jako studentka medycyny z twoimi zdolnościami z pewnością zasługujesz na lepsze warunki niż motel.
— Moja obecna sytuacja jest jaka jest — odparłam sztywno. — Zwykłe mieszkanie jest dla mnie bardziej realistyczne.
Devon wyglądał, jakby chciał dalej się spierać, ale, o dziwo, odpuścił.
---
Po kolacji Devon uparł się, że odwiezie mnie z powrotem do motelu. Lily została odwieziona do domu, więc w samochodzie zostaliśmy tylko we dwoje. Cisza między nami była gęsta od niewypowiedzianych pytań.
Kiedy dotarliśmy do Moon Light Motel, spodziewałam się, że po prostu mnie wysadzi. Zamiast tego zaparkował samochód i wysiadł.
— Co ty robisz? — zapytałam bez ogródek, gdy obszedł samochód i podszedł z mojej strony.
— Upewniam się, że bezpiecznie dotrzesz do pokoju.
Wysiadłam z auta, zachowując dystans. — Panie Hall, dlaczego to pan robi? Dlaczego pan do mnie zagaduje?
Devon oparł się o samochód, a jego wysoka sylwetka odcinała się na tle migoczącego neonu motelu. — Nocy, w której mnie ocaliłaś, zostałaś naznaczona jako cel. Ci ludzie mieli srebrne kule. To niebezpieczne dla samotnego wilka takiego jak ty.
Moje tętno przyspieszyło. — Skąd ma pan pewność, że polowali na mnie, a nie na pana, na Alfę?
— Tak czy inaczej, zawdzięczam ci życie. — Jego głos zniżył się. — Pozwól mi chociaż upewnić się, że będziesz dziś bezpieczna.
Stałam przed wejściem do motelu, ściskając klucze w dłoni. — Dziękuję za kolację i podwiezienie, ale tutaj nasze drogi się rozchodzą.
Devon pokręcił głową z wyrazem absolutnej stanowczości. — Muszę sprawdzić twój pokój. Tamci łowcy mogli cię tu wyśledzić.
Z niechęcią poprowadziłam go do środka, a w mojej głowie kłębiły się pytania. *Czego on tak naprawdę chce? Czy szczerze martwi się o moje bezpieczeństwo, czy kryje się za tym coś więcej?*
W ciasnej windzie potężna aura Alfy Devona wypełniła małą przestrzeń, utrudniając mi oddychanie. Jego zapach – sosny i czegoś dzikiego – otulił mnie, pobudzając te cząstki mojego wilka, nad których uśpieniem tak ciężko pracowałam.
Idąc korytarzem, przyspieszyłam kroku, zdesperowana, by zakończyć tę niekomfortową bliskość. Stojąc przed swoimi drzwiami, szamotałam się z kluczem, a moja dłoń lekko drżała.
— Jesteśmy na miejscu, panie Hall. Dotarłam do pokoju — powiedziałam, starając się brzmieć swobodnie.
Devon nie wykonał żadnego ruchu, by odejść. — Otwórz drzwi. Muszę się upewnić, że w środku jest bezpiecznie.
Ścisnęłam klucz, a w mojej głowie wirowały sprzeczne emocje. Przez trzy lata nikogo nie obchodziło moje bezpieczeństwo, moje dobro. Dlaczego teraz? Dlaczego on?
















