Devon
Bębniłem palcami o wypolerowany blat stołu konferencyjnego, podczas gdy nasz analityk finansowy zanudzał nas kwartalnymi prognozami. Dane wyglądały obiecująco – dział badań medycznych Hall Corporation znów przeszedł najśmielsze oczekiwania – ale moje myśli krążyły gdzie indziej. Poszukiwania Aurory, hakerki, która zeszłej nocy uratowała nasze systemy, okazywały się frustrująco trudne.
— Jak pan widzi, panie Hall — kontynuował analityk, wskazując na wykres — wartość naszych akcji wzrosła o piętnaście procent od czasu...
Mój telefon zawibrował w kieszeni. Spojrzałem w dół, gotów go zignorować, gdy zobaczyłem imię Lily migające na ekranie. Moja siostrzenica nigdy nie dzwoniła w godzinach lekcyjnych. Coś było nie tak.
— Proszę mi wybaczyć — wtrąciłem, unosząc dłoń. — Musimy zrobić krótką przerwę.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedłem z sali posiedzeń i odebrałem połączenie.
— Wujku Devon! — Głos Lily przebił się w słuchawce, spanikowany i zdyszany. — Potrzebuję twojej pomocy! Ktoś znęca się nad moją przyjaciółką w szkole!
Mój uścisk na telefonie stężał. — Jesteś ranna?
— Nie, nie ja! To moja nowa przyjaciółka, Evelyn. Próbują ją wyrzucić za coś, czego nie zrobiła!
Evelyn? To imię wstrząsnęło mną jak prąd. Czy to mogła być ta sama kobieta, której szukałem?
— Będę za piętnaście minut — powiedziałem, już wracając zamaszystym krokiem do sali. — Gdzie dokładnie jesteście?
— Crescent Moon University.
Rozłączyłem się i wszedłem z powrotem na spotkanie. — Przepraszam, ale wypadło mi coś pilnego. Jason, idziesz ze mną. Reszta z was, wznowimy jutro.
---
Kampus uniwersytecki tętnił życiem, gdy podjechaliśmy moim czarnym Bentleyem. Studenci kręcili się między zajęciami, nieświadomi napięć buzujących pod powierzchnią ich zwyczajnego dnia.
— Gabinet dziekana Fernandeza jest w budynku administracji — powiedział Jason, sprawdzając telefon. — Wschodnia część kampusu.
Skinąłem głową, ruszając zdecydowanym krokiem przez dziedziniec.
Zbliżając się do budynku administracji, poprawiłem krawat i zwolniłem krok. Niezależnie od sytuacji, musiałem zachować zimną krew. Lily była impulsywna, a ja nie mogłem pozwolić, by jej emocjonalna reakcja dyktowała moje działania.
Jason pchnął drzwi do gabinetu Fernandeza, a ja wszedłem do środka – po czym zamarłem w bezruchu.
Pod oknem, z szeroko otwartymi z szoku srebrzystoszarymi oczami, stała Evelyn Gray.
Wyglądała inaczej, niż ją zapamiętałem – jej długie, ciemne włosy były ściągnięte w schludny kucyk, miała na sobie proste dżinsy i szary sweter – ale te niezwykłe oczy były nie do pomylenia. Rozszerzyły się nieznacznie, gdy napotkały moje; przez jej twarz przemknęło rozpoznanie i ostrożność.
— Panie Hall — powiedział dziekan Fernandez, wstając pospiesznie zza biurka. Zauważyłem lekkie skinienie jego głowy – rozpoznał we mnie nie tylko biznesmena, ale i Alfę.
Lily podbiegła do mnie, chwytając mnie za ramię. — Wujku Devon! Przyjechałeś!
Utrzymałem starannie neutralny wyraz twarzy, choć moje tętno przyspieszyło. — Oczywiście. W czym najwyraźniej tkwi problem?
Kobieta w średnim wieku o kwaśnym wyrazie twarzy stała obok biurka dziekana, z ramionami ciasno skrzyżowanymi na piersi. — Jestem profesor Bennett, a „problem” polega na tym, że ta studentka zaatakowała moją córkę podczas zajęć z wychowania fizycznego.
Pozwoliłem, by mój wzrok powędrował ku Evelyn, która stała w idealnym bezruchu, a jej twarz była maską opanowania. Tylko lekkie napięcie w ramionach zdradzało jej stres.
— Rozumiem — powiedziałem spokojnie. — A co panna Gray ma do powiedzenia na temat tego oskarżenia?
— To bez znaczenia — warknęła Bennett. — Wielu studentów było świadkami tego incydentu.
Uniosłem brew, ale całą moją uwagę skupiłem na Evelyn. Odwzajemniła mój wzrok pewnie, a ja znów poczułem tę dziwną więź – jakby przyciągała nas do siebie niewidzialna nić.
Skinąłem na Jasona, który płynnie wystąpił naprzód.
— Dziekanie Fernandez, profesor Bennett — powiedział, wyciągając rękę. — Jestem Jason z Hall Corporation.
Odszedłem do okna, ustawiając się w miejscu, z którego mogłem obserwować wszystkich, sprawiając wrażenie niezainteresowanego.
— Hall Corporation? — Bennett prychnęła, ignorując wyciągniętą dłoń Jasona. — Co korporacja ma wspólnego z dyscypliną uniwersytecką?
— Nasza firma posiada znaczące inwestycje w instytucjach edukacyjnych — wyjaśnił spokojnie Jason. — Wliczając w to pokaźne darowizny na rzecz uniwersyteckiego programu medycznego.
Przestałem słuchać ich rozmowy, skupiając się zamiast tego na Evelyn. Światło słoneczne wpadające przez okno igrało w jej włosach, uwydatniając srebrzyste pasma pośród ciemnych kosmyków. Jej postawa była idealna – wyprostowany kręgosłup, uniesiona broda, ramiona ściągnięte do tyłu – a jednak nie była sztywna. W jej bezruchu kryła się płynna gracja, która przypominała mi odpoczywającego drapieżnika.
Mój wilk poruszył się pod skórą, zaintrygowany i czujny. Jej zapach był zastanawiający – słabszy, niż powinien być u wilkołaka, a jednak bezbłędnie wyczuwalny. Jak dym z ogniska i zimowe powietrze, subtelny, lecz charakterystyczny.
Jak to się stało, że Lily zaprzyjaźniła się akurat z nią? Moja siostrzenica miała talent do zbierania przybłęd, ale ta konkretna przyjaźń wydawała się zbyt wielkim zbiegiem okoliczności, by mogła być przypadkowa.
Po rozmowie z Jasonem Fernandez wrócił i powiedział: — Profesor Bennett, będziemy potrzebować pisemnych oświadczeń od wszystkich świadków, a w przyszłym tygodniu wyznaczymy termin oficjalnego przesłuchania.
Bennett zebrała swoje dokumenty nerwowymi ruchami, posyłając Evelyn jadowite spojrzenie, po czym wypadła z gabinetu.
— Dziękuję za przybycie z tak krótkim wyprzedzeniem, panie Hall — powiedział Fernandez z szacunkiem w głosie. — Przepraszam za niedogodności.
Zbyłem jego przeprosiny machnięciem ręki. — Ależ skąd. Przyjaciele Lily są dla mnie ważni. — Odwróciłem się do Lily, która wręcz podskakiwała z podniecenia. — Skoro już o tym mowa, może powinnaś nas właściwie przedstawić.
Lily uśmiechnęła się szeroko, chwytając Evelyn za ramię i pociągając ją do przodu. — Wujku Devon, to moja nowa przyjaciółka, Evelyn Gray. Evelyn, to mój wujek, Devon Hall.
Wyciągnąłem rękę, napotykając te niezwykłe, srebrzyste oczy. — Bardzo mi miło, panno Gray.
Jej dłoń była ciepła w mojej, i poczułem ten sam niewytłumaczalny wstrząs, jakiego doświadczyłem, gdy dotknęła mnie tamtej nocy w lesie. Czy ona też to poczuła? Jej wyraz twarzy nie zdradzał niczego.
— Wzajemnie, panie Hall — powiedziała chłodno, cofając dłoń być może nieco zbyt szybko.
— Powinniśmy to uczcić! — oznajmiła Lily. — Evelyn stanęła w mojej obronie przed tamtymi łobuzami, a ty teraz uratowałeś ją przed wyrzuceniem ze szkoły. Idealnie!
Evelyn pokręciła głową. — Dziękuję za zaproszenie, ale mam...
— Zrobiłem już rezerwację w The Garden — przerwałem, sam siebie zaskakując własną gorliwością. — Ich szef kuchni właśnie wrócił z Francji.
Zmarszczyła lekko brwi na to przerwanie, a ja zdałem sobie sprawę, że byłem zbyt bezpośredni. Cofając się, przybrałem bardziej swobodny ton.
— Mój samochód stoi tuż przed budynkiem. Możemy cię podwieźć.
Lily pociągnęła Evelyn za ramię. — Chodź, Evelyn. Obiecuję, że jedzenie w The Garden jest warte odwołania każdych planów.
Obserwowałem, jak opór Evelyn kruszeje pod wpływem entuzjazmu Lily. Jej oczy znów spotkały się z moimi i dostrzegłem w nich rezygnację zmieszaną z ciekawością.
— W porządku — ustąpiła. — Kolacja brzmi miło.
Gdy szliśmy w stronę wyjścia, złapałem się na tym, że moje własne zachowanie zbija mnie z tropu. Dlaczego tak bardzo zależało mi na spędzeniu czasu z tą kobietą? Czy była to wdzięczność za uratowanie mi życia? Ciekawość dotycząca jej postaci białego wilka?
A może coś głębszego, do czego nie byłem jeszcze gotów się przyznać?
















