Kieran miał partnerkę? Taką prawdziwą mate? Stała tuż przede mną.
– Zaraz tam będę, Sloane – powiedział Kieran przez zaciśnięte zęby.
Moja twarz musiała być czerwona jak pomidor. Sloane zatrzasnęła drzwi, aż podskoczyłam. Zacisnęła zęby, wbijając we mnie wzrok. Ze strachu nie mogłam oderwać od niej oczu. W końcu musiałam to zrobić, gdy poczułam się tak, jakby w moją głowę uderzył pociąg. Ręka Kierana spoczęła na moich plecach, powstrzymując mnie przed upadkiem.
– Hej, nie rób tego. – Kieran stanął przede mną.
Sloane się zaśmiała, ale nie widziałam, jak cynicznie to wyglądało, bo Kieran zasłaniał mi cały widok.
– Naprawdę przejmujesz się jakąś Omegą? – splunęła Sloane.
Kieran odwrócił się, by na mnie spojrzeć. Co to za litość w jego oczach?
– Ona jest… ach, no tak.
– Nie jest tak źle – powiedziałam pewnie, może nawet zbyt pewnie.
Sloane się zaśmiała. – Zapewniam cię, że to nic dobrego. Jesteś Omegą, która ma przejebane.
– Wcale nie – powiedział Kieran.
– Przerwała spotkanie alfów! Ważne spotkanie!
– I tak do niczego nie dochodziliśmy. – Kieran oparł się o ścianę i uśmiechnął do mnie łobuzersko.
Nie zmienił się.
Sloane położyła rękę na biodrze. Pierwsze oznaki, że nie zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami.
– No i? – rzuciła Sloane.
– Co znowu, Sloane? – jęknął Kieran.
– Nie zamierzasz jej ukarać?
– Ukarać mnie? – gapiłam się na Kierana.
– Nie zamierzam jej karać. Nie zrobiła nic złego.
– Przysięgam, Kieran, jeśli ty tego nie zrobisz, ja to zrobię. Omegi muszą znać swoje miejsce.
Kieran splótł ramiona. – Dobra. Zrobię to.
Moje oczy się rozszerzyły. – Naprawdę zamierzasz…
– Sero, za każdym razem, gdy mnie zobaczysz, będziesz się do mnie zwracać per „wasza wysokość”. To będzie twoja kara przez najbliższe dwa miesiące.
Moje usta otworzyły się na sekundę, po czym wybuchnęłam śmiechem.
– Chcesz, żebym też dygala?
Zachichotał. – To byłby miły akcent.
– Co?! – wrzasnęła Sloane, niemal całkowicie zabijając mój śmiech. – To jest poważna sprawa, Kieran! – Co ona, zaraz się rozpłacze?
– Uwierz mi, to będzie dla niej tortura.
Wywróciłam oczami i uśmiechnęłam się. To było coś, czego pragnął, odkąd byliśmy dziećmi. Sloane zacisnęła dłonie w pięści i pomaszerowała z powrotem do sali spotkań. Kieran złapał mnie za łokieć i skierował w stronę schodów.
– Spadajmy stąd, zanim wróci z kimś innym – wymruczał.
Powrót po pięciuset schodach. Tortura. – Od kiedy masz mate? – zapytałam.
To było coś, o czym kiedyś fantazjowałam, ale kiedy nie dostałam wilka jak wszystkie inne dzieciaki, zostałam niejako odsunięta na boczny tor. Byłam niemal pewna, że tutaj będzie tak samo, chyba że ktoś się nade mną zlituje i nie pozwoli mi spędzić reszty dni na samotnej służbie watasze. Kieran był całkowicie poza tym równaniem. Alfowie nie wiązali się z Omegami.
– Ja-uh, wybrałem ją na trzecim roku.
– Wow, tak dawno?
Skinął głową z uśmiechem błąkającym się na ustach. Był w związku od dwóch lat? Musiało mu naprawdę na niej zależeć.
– Czekałem, aż… przyjedziesz. Myślałem, że twoja pierwsza przemiana przyszła bardzo późno. – Zachichotał.
– Nie, Kieran. Nie przemieniłam się.
Zatrzymał się. – Co? Jak to możliwe? Jak się tu znalazłaś?
Przygryzłam wnętrze policzka. Co teraz? Był zły, że tu jestem?
– Bo watasze brakuje Omeg.
Przeczesał palcami swoje ciemnoczekoladowe włosy. – Nie jesteś człowiekiem, czuję twój zapach. Nie masz wilka?
Skinęłam głową i wzruszyłam ramionami.
Jego oczy się zwęziły, a wyraz twarzy spochmurniał. – Mogę cię stąd wyciągnąć. Nie powinno cię tu być, Sero.
– Dlaczego? Nie chcesz mnie tu?
Szliśmy dalej. – Nie o to chodzi. Byłoby łatwiej, gdybyś miała wilka; nawet słaby pomaga w większości sytuacji. To miejsce jest niebezpieczne. Nie chcę odchodzić od zmysłów, martwiąc się o ciebie. Tu sprawy działają inaczej niż w watahach.
Położyłam rękę na biodrze. – Nie musisz się martwić. Nie potrzebuję opiekunki.
– Twoja strata, bo właśnie ją dostajesz.
– Nic z tego.
Jego dłonie chwyciły mnie w talii i przyciągnęły blisko, przygniatając moje ręce do jego piersi. To zdecydowanie było coś nowego. Przechylił głowę.
– Piękniejesz, ale na pewno nie stałaś się mniej uparta.
Wierciłam się, by uwolnić się z jego uścisku, zanim zobaczy, że się rumienię, i pacnęłam go w ramię.
– Chodź – powiedział.
Zanim dotarliśmy na szczyt schodów, sapałam, podczas gdy Kieran ani razu się nie zgarbił. Zaśmiał się ze mnie.
– Daj sobie kilka tygodni, a wrócisz do formy.
– Myślałam, że jestem w formie! Problem leży w szkole, która ma pięćset stopni.
– Poczekaj, aż zobaczysz wieżę.
Nie chciałam nawet podchodzić do wieży.
– Sera… – Tessa wstała i pospieszyła do mnie. Zwolniła, gdy zobaczyła Kierana.
– Alfo. – Pochyliła głowę.
Lekko pokręciłam głową. Tak to tu działało? Nawet Tessa się podporządkowała? Nie mogłam już na niego patrzeć. Nie wiedziałam dlaczego. Tak właśnie traktowaliśmy jego ojca. Chyba myślałam, że skoro jesteśmy przyjaciółmi, te zasady nas nie dotyczą. Bardzo się myliłam. Podeszłam do Tessy. Potrzebowałam chwili, żeby to przetrawić.
– Tesso, czy mogłabyś ją oprowadzić? Trzymaj ją z dala od kłopotów, na ile to możliwe. Wiem, że z Serą jest urwanie głowy.
Tessa znów pochyliła głowę.
– Hej.
Uśmiechnął się. – Do zobaczenia później, dobrze?
– Jasne. – Odwrócił się i nas zostawił.
– No cóż… dobrze widzieć, że wciąż żyjesz.
– Taa, chyba jestem po prostu… trochę zmęczona.
– Chodź.
Przez resztę dnia Tessa mnie oprowadzała. Nie powiedziałabym, że stała się zupełnie inną osobą, wciąż widać było ślady starej, zrzędliwej Tessy. Była po prostu trochę stłamszona. To naprawdę bolało.
Zaczęłyśmy oddalać się od wieży i trzech innych budynków w stronę błoni. Zabrałam rzeczy z pokoju, w którym spędziłam noc. Wszystkie Omegi szły z nami w dół wzgórza do Skrzydła Służby.
– Dlaczego Skrzydło Służby jest tak daleko?
Romy podskakiwała obok Tessy, która drgnęła i zmierzyła ją wzrokiem.
– Możesz za to podziękować Watasze Blackwood – odpowiedziała.
– Myślałam, że wieki temu wyrośli z nienawiści do Omeg?
– Dla świata zewnętrznego. Większość z nich wciąż nas nie znosi – powiedziała Tessa.
– Jesteśmy istotni tylko wtedy, gdy nas potrzebują. Tak to już jest – dodała Romy.
Byłam przekonana, że ona nie potrafi chodzić w normalnym tempie. W ciągu kilku sekund znalazła się kilometry przed nami. Skrzydło Służby ukazało się naszym oczom. Nie przypominało zamku jak cała reszta. Nawet zrujnowanego. Był to parterowy budynek ciągnący się wzdłuż krajobrazu. Kilka domów było rozsianych blisko drzew, które przechodziły w gęsty las.
Uścisnęłam torbę. – To jest mój dom na kilka najbliższych lat.
















