Punkt widzenia Olivii
Ryan gwałtownie odwrócił głowę, a jego oczy rozszerzyły się z szoku. Na moment czas zawiesił się w bezruchu. Moje płuca odmówiły posłuszeństwa, a pokój zdawał się przechylać na bok.
– Liv… – wyjąkał Ryan, wciąż złączony z Sophią. – To nie jest…
– To, na co wygląda? – dokończyłam, a mój głos był zaskakująco opanowany, mimo trzęsienia ziemi, które rozgrywało się w moim wnętrzu. – Bo wygląda na to, że pieprzysz moją przyjaciółkę w dniu jej urodzin, podczas gdy ja czekam na dole na drinka, który nigdy nie nadejdzie.
Sophia odwróciła głowę, spotykając moje spojrzenie bez cienia wstydu. Nawet nie zadała sobie trudu, by poprawić sukienkę; po prostu oparła łokcie na komodzie i westchnęła, jakbym przerwała jej spotkanie biznesowe.
– Och, Olivio – powiedziała, a jej głos ociekał protekcjonalnością. – Naprawdę myślałaś, że mężczyzna taki jak Ryan zadowoli się tylko tobą?
Ryan w końcu odsunął się od niej, nerwowo podciągając spodnie. – Kochanie, proszę, to tylko… taka tam rzecz. Nic nie znaczy.
– Taka tam rzecz? – powtórzyłam, a na mojej twarzy pojawił się rumieniec. – Jak długo trwa ta "rzecz"?
Zanim którekolwiek z nich zdążyło odpowiedzieć, usłyszałam kroki za sobą.
– Liv? Znalazłaś…? – głos Emilii urwał się, gdy pojawiła się obok mnie, ogarniając wzrokiem całą scenę. – O kurwa.
Twarz Ryana jeszcze bardziej zbladła. – To nie jest to, co…
– Jeśli jeszcze raz powiesz "to nie jest to, na co wygląda", przysięgam na Boga, że wykastruję cię gołymi rękami – warknęła Emilia, obejmując mnie ochronnym ramieniem.
Sophia wyprostowała się, w końcu poprawiając sukienkę z nonszalancką powolnością. Odrzuciła włosy do tyłu i miała czelność uśmiechnąć się z wyższością. – Ryan i ja mamy pewne porozumienie. To tylko seks. Świetny seks, ale wciąż tylko seks.
– Porozumienie? – zaśmiałam się, a dźwięk był kruchy i obcy dla moich uszu. – I kiedy dokładnie planowaliście włączyć mnie do tego porozumienia? Po tym, jak zarazisz mnie chlamydią, czy przed?
– Nie dramatyzuj – powiedział Ryan, wsuwając koszulę w spodnie. – Byliśmy ostrożni.
– Och, ostrożni! No to wszystko w porządku! – Uniosłam ręce w górę. – Ostrożnie pieprzycie moją przyjaciółkę za moimi plecami. Cóż za troska!
Sophia oparła się o komodę, krzyżując ramiona. – Wszyscy jesteśmy dorośli. Monogamia jest taka… ograniczająca, nie uważasz?
Emilia wystąpiła do przodu. – Jedyną rzeczą, która jest tutaj ograniczona, jest twój kompas moralny, ty podstępna suko.
– Uważaj – ostrzegła Sophia, a jej oczy zwęziły się.
– Bo co? Prześpisz się też z moim chłopakiem? Ustaw się w kolejce. – Emilia odwróciła się do Ryana. – A ty. Ty żałosna namiastko mężczyzny. Dwa lata? Dwa pieprzone lata z jej życia zmarnowane na ciebie?
Ryan w końcu zdołał zapiąć pasek. – Liv, kochanie, proszę. Możemy o tym porozmawiać. To tylko fizyczność. To nie zmienia tego, co do ciebie czuję.
– Czujesz do mnie tak wiele, że kupiłeś mi tę sukienkę. – Wskazałam na swój strój. – Żebym mogła być na dole i dawać przedstawienie twoim znajomym, podczas gdy ty jesteś tutaj z kutasem w Sophii?
– Sukienka wygląda na tobie niesamowicie – zaproponował słabo.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. – To właśnie teraz chcesz powiedzieć? Komplementy dotyczące mody?
– Tylko mówię…
– Nie, skończyłam słuchać tego, co "tylko mówisz". – Odwróciłam się, żeby wyjść, a potem obróciłam się z powrotem. – Dwa lata, Ryan. Dwa lata, kiedy zmieniałam dla ciebie plany i wierzyłam w każde twoje słowo. Czy cokolwiek z tego było prawdziwe?
Zrobił krok w moją stronę. – Oczywiście, że było prawdziwe. Kocham cię, Liv.
– Oszczędź mi – wyplułam. – Jeśli to jest twoja wersja miłości, nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
Sophia westchnęła dramatycznie. – Możemy to skończyć? Mam gości na dole.
– Masz o jednego mniej – powiedziałam, odwracając się. – Baw się dobrze z prezentem urodzinowym. Zasługujecie na siebie.
Emilia obrzuciła ich oboje ostatnim spojrzeniem, po czym wyszła za mną. Pomaszerowałyśmy korytarzem, a moje nogi jakimś cudem niosły mnie do przodu, mimo że czułam, że zaraz się załamią.
– Jestem przy tobie – szepnęła Emilia, wciąż obejmując mnie ramieniem, gdy schodziłyśmy po schodach.
Impreza trwała na dole, nieświadoma implozji, która właśnie miała miejsce na górze. Muzyka wydawała się teraz zbyt głośna, a śmiech zbyt zgrzytliwy.
Przepchnęłyśmy się przez tłum w kierunku drzwi wejściowych. Ktoś zawołał moje imię, ale ja szłam dalej, wpatrując się w wyjście.
Chłodne nocne powietrze uderzyło w moją twarz, gdy wyszłyśmy na zewnątrz, i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że się trzęsę.
Doszłyśmy do chodnika, kiedy usłyszałam, jak drzwi wejściowe otwierają się za nami. Nie chciałam się odwracać.
– Olivio! – zawołał Ryan. – Zaczekaj!
Emilia odwróciła się, ustawiając się między nami jak tarcza. – Wracaj do swojej solenizantki, dupku.
– To sprawa między mną a Liv – upierał się, ale nie ruszył się, żeby za nami pójść.
– Nie ma już żadnego "mnie i Liv" – odkrzyknęłam, wciąż idąc. – Skończyliśmy.
Jego odpowiedź zginęła, gdy skręciłyśmy za róg, a odgłosy imprezy zaczęły cichnąć za nami.
Gdy tylko zniknęłyśmy z widoku, mój spokój rozsypał się na kawałki. Zatrzymałam się, a mój oddech stał się urywany.
– Nie mogę uwierzyć… nie mogę… – Przycisnęłam dłoń do ust.
– Wiem, kochanie. Wiem. – Emilia przytuliła mnie. – Wypuść to z siebie.
– Dwa lata – wyszeptałam w jej ramię. – Dwa pieprzone lata.
Pogładziła mnie po włosach. – Tak mi przykro, Liv.
Odsunęłam się, gniewnie wycierając oczy. – Wiedziałaś? O nich?
Emilia zawahała się. – Nie na pewno. Ale miałam swoje podejrzenia.
– Co? Dlaczego nic nie powiedziałaś?
Westchnęła, wyciągając telefon z torebki. – Widziałam ich w Barton's Café w zeszłym miesiącu. Powiedzieli, że przypadkowo na siebie wpadli, ale to wyglądało… dziwnie. Sposób, w jaki siedzieli, sposób, w jaki dotykał jej ramienia. Nie chciałam nic mówić bez dowodów. Nie chciałam cię zranić, jeśli się myliłam.
– Cóż, teraz mamy dowód – powiedziałam z goryczą.
– Zadzwonię po taksówkę – powiedziała Emilia, stukając w telefon. – Nie mam tu samochodu. Jake mnie podwiózł.
Obejmowałam się, czując nagły chłód i świadomość, jak bardzo jestem odsłonięta w sukience, którą wybrał Ryan.
– Brak dostępnych taksówek. Przejdźmy się trochę. Będę próbowała zamówić taksówkę i zadzwonię do Jake'a. Może nas odbierze.
– W porządku. – Chciałam tylko oddalić się jak najdalej od domu Sophii. – Poszłabym teraz pieszo do Meksyku, gdyby to oznaczało, że nigdy więcej nie zobaczę Ryana.
Ruszyłyśmy chodnikiem, a moje obcasy stukały o beton. Okolica była ekskluzywna, z rozległymi domami odsuniętymi od drogi, ale sama ulica była słabo oświetlona.
Warkot silnika przerwał jej słowa, gdy kabriolet zwolnił obok nas. Czterech facetów tłoczyło się w środku, a woń alkoholu unosiła się w naszym kierunku. Kierowca wychylił się, a jego oczy obślizgiwały moje ciało, zatrzymując się na moim biuście.
– Hej, laski, chcecie się przejechać? – Uśmiechnął się, odsłaniając złoty ząb. – Mamy dużo miejsca na kolanach.
Jego przyjaciele wybuchnęli śmiechem. Ten na siedzeniu pasażera uniósł butelkę. – Świętujemy! Nie chcecie świętować z nami?
– Odpieprz się – warknęła Emilia, przyciągając mnie bliżej.
– Ooch, zadziorna! – Kierowca zgasił silnik. – Lubię zadziorne.
Jeden facet, gruboskórny z plemiennym tatuażem, przeskoczył przez drzwi. Zatoczył się w naszym kierunku, wskazując na Emilię.
– Masz gadane, blondynko. Zobaczymy, co jeszcze potrafisz.
Zanim zdążyłam zareagować, rzucił się do przodu i złapał Emilię za włosy, szarpiąc jej głowę do tyłu. Krzyknęła, drapiąc go po ramieniu.
– Zostaw ją! – krzyknęłam, a moja osobowość dyrektora marketingu zniknęła, gdy ogarnęła mnie czysta furia. Zamachnęłam się torebką, uderzając go w skroń.
Zachwiał się, ale nie puścił włosów Emilii. – Twoja przyjaciółka chce się pobawić, co? – Spojrzał na mnie pożądliwie, wbijając wzrok w mój biust. – Ładne cycki. Założę się, że nieźle podskakują.
















