logo

beletrystyka

Odrzucony Partner

Odrzucony Partner

Autor: Katty&Cutie

Nienawidzę cię
Autor: Katty&Cutie
11 sty 2026
Mój poranny budzik wyrywa mnie ze snu. Ledwo jestem w stanie podnieść się z podłogi. Czuję się słabo, kręci mi się w głowie. Mój żołądek burczy z bólu po minionej nocy. Wciąż nie mogę uwierzyć, że doświadczyłam tak potwornego bólu, że aż zemdlałam. Od dawna nie czułam niczego zbliżonego do tego cierpienia. Myśl, że to mój tak zwany partner zadał mi ten ból, jest wykańczająca nerwowo. Myślałam, że odrzucenie mnie było najgorszym, co mógł zrobić, ale to zdecydowanie podniosło poprzeczkę. Westchnienie wyrywa się z moich ust, gdy sadzam tyłek na brzegu wielkiego łóżka. Podnoszę koszulkę i krzyczę w myślach na widok mojego brzucha; jest pokryty czarnymi i sinymi plamami. Próbuję go dotknąć, ale pieczenie zmusza mnie do cofnięcia ręki. Nie mogę uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jestem wykończona. Z Alexą było już lepiej, ale teraz ciężko mi ją wyczuć. Jedyne, co czuję, to jej skomlenie. Pukanie do drzwi sprawia, że podskakuję. — Proszę! — krzyczę z całą siłą, jaką udaje mi się wykrzesać. Młoda kobieta ubrana w strój służącej wchodzi do mojego pokoju. Wygląda na nie więcej niż dwadzieścia lat. Podchodzi do mnie z uprzejmym uśmiechem. — Luna prosi o twoją obecność na śniadaniu. Będzie gotowe za trzydzieści minut — mówi z tym samym uprzejmym uśmiechem. — Okej, dzięki — mówię cichym głosem. Próbuję odwzajemnić jej uśmiech, ale jestem zbyt słaba, by wyszło to naturalnie. Kłania się i wychodzi z pokoju. Czy oni naprawdę myślą, że chciałabym zjeść z nimi śniadanie? Po tym wszystkim? Spędziłam tu tylko jedną noc i już jestem zmęczona. Jak mam spędzić tu choć chwilę dłużej? Tęsknię za Wilmerami. Nie mam nawet telefonu, żeby się z nimi skontaktować. Mam nadzieję, że u nich wszystko w porządku. Zwłaszcza u Belli, ona nie spędziła tam ani jednej nocy beze mnie czytającej jej bajkę na dobranoc. Westchnienie ucieka z moich ust, gdy zakrywam twarz poduszką i wydaję z siebie krzyk. Krzyczenie zawsze pomaga, ale niestety nie tym razem. ******** Jak pewnie już wiecie, nieposłuszeństwo wobec rozkazów Luny nigdy nie uchodzi na sucho, a skoro jestem zbyt słaba, by odbyć jakąkolwiek karę, zebrałam w sobie dość siły, by wziąć prysznic i się ubrać, mimo pieczenia, jakie wywoływała woda. Dziś jest środa, więc wciąż dzień szkolny. Po raz pierwszy od dawna nie mogę się doczekać pójścia do szkoły. Wow, nigdy nie sądziłam, że nadejdzie dzień, w którym wypowiem takie słowa. Po tym poznacie, że sięgnęłam dna. Chodzenie jest nieco trudne, bo brzuch mnie boli, ale udaje mi się wyjść z pokoju. Patrzę w dół i mocno trzymam torbę z książkami, kierując się w stronę jadalni. Zauważyłam ją wczoraj, wchodząc do domu, więc znam drogę. — Szlag — klnę pod nosem, wpadając na kogoś. Nie rozpoznaję zapachu tej osoby. Łapię się za brzuch i staram się jak najlepiej ukryć ból. — Przepraszam — mówię szybko i chcę iść dalej, gdy nagle czyjaś dłoń łapie tył mojej bluzki i zostaję pociągnięta do tyłu. Przede mną stoi Jake Baxter, kuzyn Dylana i przyszły Beta. Zgaduję, że to na niego wpadłam. — Tak się nie wita ze szwagrem — stwierdza spokojnie. Ma chłopięcy uśmiech i komediowy błysk w swoich niebieskich oczach. Jest bardzo podobny do Dylana, ale w ich rysach jest wyraźna różnica. W przeciwieństwie do przystojnych i męskich rysów Dylana, Jake ma w sobie chłopięcy urok... Ma też tę przyjazną aurę, która tak bardzo różni się od zimnej i dominującej aury Dylana, choć z drugiej strony Dylan może taki być, bo jest przyszłym Alfą, albo po prostu dlatego, że jest dupkiem. — Hej. — Jake macha mi ręką przed twarzą, wyrywając mnie z zamyślenia. — Cześć — odpowiadam. — Jestem Jake, kuzyn Dylana. — Wyciąga rękę w moim kierunku na powitanie. Przyjmuję jego ciepły gest i ściskam dłoń. — Wiem, kim jesteś — mruczę, ale on wyłapuje moje słowa. — Och. — Drapie się po tyle głowy, jakby zastanawiał się, co powiedzieć. Wykorzystuję okazję, by kontynuować podróż do jadalni, ale zatrzymuję się, słysząc, jak mnie woła. — A ty musisz być Ginny, partnerka Dylana. Odwracam się, by na niego spojrzeć i posyłam mu mordercze spojrzenie. — Nie jestem jego partnerką. — Idę dalej w stronę jadalni. Miło jest spotkać kogoś, kto rozmawia ze mną tak, jakbym zasługiwała na odrobinę szacunku, ale nie chcę rozzłościć Luny, więc muszę dotrzeć na śniadanie na czas. Jake zrównuje ze mną krok. — Nie jesteś jego partnerką? — pyta, uderzając mnie żartobliwie w ramię. Dopiero się poznaliśmy. Jak on może być tak bezpośredni? Chyba powinnam odpowiedzieć na jego pytanie. — Technicznie byłam jego partnerką, ale już nie jestem — wyjaśniam. Wydaję z siebie westchnienie ulgi, gdy stół w jadalni pojawia się w zasięgu wzroku. Luna właśnie też nadchodzi. Odwracam wzrok od jej spojrzenia, gdy wspomnienie naszego ostatniego spotkania przemyka mi przez myśl. Jake przytula ją i zajmuje miejsce przy stole. — Ginny, kochanie, jak minęła ci noc? — pyta mnie. Była koszmarna. — W porządku. — Dobrze spałaś? — pyta słodko. Prawie wcale nie spałam, całą noc zwijałam się z bólu, aż zemdlałam. — Tak. Dzięki, że pytasz. Gestim wskazuje, bym usiadła obok niej, więc zajmuję miejsce. Muszę przyznać, że jestem zaskoczona, że Luna jest dla mnie miła po tym, jak niegrzeczna byłam wczoraj. Dylan schodzi kilka minut później, ubrany w białą koszulkę polo, czarne spodnie i idealnie pasujące czarne skórzane buty. Jest ubrany tak swobodnie, ale cholera, patrzenie na niego w tej chwili sprawia, że kręci mi się w głowie. To prawie pozwala mi zapomnieć, jak bardzo jestem na niego wściekła. Na szczęście mam ten ból i siniaki na brzuchu, by przypominały mi, że Dylan Baxter to dupek. — Cześć, mamo — mówi i przytula ją bokiem, po czym odsuwa krzesło i siada. Nawet nie sili się na zauważenie mojej obecności. Postanawiam zrobić to samo. Gdy tylko Dylan siada, ktoś wchodzi do jadalni. Moje serce pęka, gdy mój wzrok spotyka się z jej wzrokiem. Samantha Archer. Powód, dla którego zostałam odrzucona. Jej rude włosy kołyszą się delikatnie na boki, gdy idzie w stronę stołu. To potwierdza tylko jedno. Ból, który czułam zeszłej nocy, był ich winą. Jego winą. Bezwiednie mój wzrok kieruje się na Dylana. Piorunuję go wzrokiem z całą złością, jaką w sobie mam. Jak mógł zrobić coś takiego? Powinien wiedzieć, co sypianie z inną dziewczyną może mi zrobić, a mimo to to zrobił. Nawet jeśli mnie nie szanuje, powinien mieć za grosz przyzwoitości. Służący przynoszą jedzenie, a gdy je podają, moje oczy pozostają przyklejone do Dylana. Tak bardzo go nienawidzę w tej chwili. Jedyną rzeczą, która trzyma mnie na krześle, jest fakt, że Luna siedzi obok mnie. Naprawdę nie chcę jej podpaść. Gdyby nie siedziała obok, przysięgam, że wszczęłabym bójkę z tym nadętym, irytującym przyszłym Alfą. Po sposobie, w jaki Luna patrzy na Samanthę, widać wyraźnie, że nie popiera tego związku... Kto by popierał? On jest przyszłym Alfą, powinien być ze swoją partnerką, poza tym wszyscy wiedzą, że większość lykanów pociągają inni lykanie. Jasne, Samantha teraz na niego leci, ale może nadejść dzień, że znajdzie lykana i rzuci tyłek Dylana szybciej, niż zdążysz mrugnąć okiem. Biorę gryza tortilli leżącej przede mną i moje oczy natychmiast się rozświetlają. Nigdy nie jadłam niczego tak dobrego. Prawie zapomniałam, że przez połowę wczorajszego dnia nic nie jadłam. Mój żołądek burczy z zachwytu, co oznacza, że Alexie też smakuje; przynajmniej jedzenie pomaga jej poczuć się lepiej. — Dziękuję za śniadanie, było pyszne — mówię, kłaniając się Lunie, gdy tylko mój talerz zostaje zabrany. Wstaję od stołu i ruszam, by wynieść się z ich domu. Planuję wyjść wcześniej, żeby móc wpaść do Wilmerów i się przywitać. To pierwsza noc Belli w domu beze mnie. Zwykle ma problemy ze snem. Mam nadzieję, że spała dobrze. — Gdzie ty się wybierasz? — słyszę głos Luny za plecami. — Do szkoły? — odpowiadam w sposób, który brzmi bardziej jak pytanie. — Dylan cię podwiezie — oznajmia radosnym głosem, jakby podwiezienie mnie przez Dylana miało sprawić, że mnie zaakceptuje. W tej chwili mam gdzieś, czy mnie zaakceptuje, czy nie. Mój wzrok kieruje się na Dylana i grymas znów pojawia się na mojej twarzy. — Wolę iść pieszo — mówię natychmiast. Nawet nie próbuję ukryć pogardy w głosie. Luna otwiera usta, by coś powiedzieć, ale Jake jej przerywa. — Może zabrać się ze mną — łapie kluczyki i wyciąga mnie na zewnątrz, zanim Luna zdąży odmówić.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Nienawidzę cię – Odrzucony Partner | Czytaj powieści online na beletrystyka