Woń prowadzi mnie na parking, konkretnie przed maskę bardzo znajomego samochodu.
Drzwi otwierają się i wysiada on. Dylan Baxter. Dylan Baxter jest moim przeznaczonym? Nie, nie, nie, nie…
Jego wspaniałe niebieskie oczy rozszerzają się, gdy na mnie patrzy. Jego spojrzenie nieco łagodnieje, ale nie kryje zaskoczenia. Widzę w jego oczach zmieszanie, gdy błądzą po moim ciele.
Moja wilczyca wyje i chce, żebym się na niego rzuciła, ale w przeciwieństwie do niej, ja widzę i czuję, że to nie jest odpowiedni moment.
Na jego twarzy wykwita dziwny uśmiech, po czym kręci głową.
– Bogini chyba żartuje – mówi w końcu z lekkim chichotem.
– Hę? – pytam głupio.
Oczywiście wiem, co ma na myśli.
– Jak masz na imię? – pyta. Jego piękne oczy nawet nie zadają sobie trudu, by na mnie spojrzeć.
Nie potrafię oderwać wzroku od jego idealnie wyrzeźbionej twarzy. Nigdy wcześniej nie stałam tak blisko niego. Z bliska jest o wiele przystojniejszy.
– Vir… Virginia Miller, ale możesz mówić mi Ginny – odpowiadam w końcu.
Marszczy twarz i myśli przez chwilę.
– Miller? Kim są twoi rodzice?
– Moi rodzice nie żyją… Mieszkam w domu zastępczym. Moimi opiekunami są państwo Wilmerowie – wyjaśniam. Jakie to ma znaczenie, kim są moi rodzice?
Na jego twarzy pojawia się grymas niezadowolenia.
– Wilmerowie, ich status jest nawet gorszy niż bycie Omegą. Nie mogę mieć cię za partnerkę. Potrzebuję kogoś silnego, kto ma wystarczające koneksje.
– Kogoś takiego jak Samantha – szepczę, ale on jakimś cudem mnie słyszy.
– Dokładnie. A poza tym, Samantha i ja jesteśmy w sobie zakochani. Nie mam pojęcia, jaki chory żart stroi sobie Bogini, czyniąc cię moją przeznaczoną, ale nie pozwolę, by to się stało – mówi z goryczą.
Jego słowa uderzają mnie niczym sztylet w serce. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że spotkanie z moim przeznaczonym będzie miało taki finał.
Alexa skomle z bólu.
Moje serce zaczyna bić szybciej. Wiem, co on zaraz powie. Mój oddech zwalnia, głowa zaczyna boleć. Nie potrafię wyjaśnić, co czuję, wiem tylko, że moje serce pęka.
– Ja, Dylan Baxter, przyszły Alfa watahy Księżyca Abudży, odrzucam cię, Virginio Miller, jako moją przeznaczoną i przyszłą Lunę mojej watahy – oświadcza chłodno, nie patrząc na mnie ani razu, po czym wsiada z powrotem do samochodu i odjeżdża.
Moja wilczyca wyje i płacze z bólu. Czasami Alexie trudno jest wyczuć atmosferę, ale tym razem doskonale rozumie, co się właśnie stało. Dylan Baxter właśnie odrzucił mnie jako swoją partnerkę.
Chwytam się za pierś i powoli osuwam na ziemię. Dlaczego serce tak bardzo boli? Czekałam osiemnaście lat, by spotkać swojego przeznaczonego. Byłoby mi wszystko jedno, gdyby moim partnerem był ktokolwiek, nawet służący, byle tylko mnie kochał, ale to…
Nigdy wcześniej nie czułam takiego bólu. To uczucie, jakby wyrwał mi serce i deptał po nim wielokrotnie, aż zostało całkowicie zniszczone.
Alexa płacze po raz ostatni, po czym całkowicie milknie.
Ostatnią rzeczą, którą słyszę, jest biegnąca do mnie Hailey, zanim tracę przytomność.
*****
Otwieram powoli oczy. Rozglądam się niespiesznie. Jestem w swojej sypialni.
– Hej. Wszystko w porządku? – pyta mnie Hailey.
Kiwam głową i próbuję usiąść, ale ostry ból przeszywa moją lewą pierś, zmuszając mnie do ponownego położenia się.
– Co się stało? – pyta Hailey, trzymając mnie za rękę. W tym samym momencie wchodzi pani Wilmer.
Po policzku spływa mi łza.
– Mój przeznaczony mnie odrzucił. Dylan mnie odrzucił. – Nie mogę powstrzymać łez. Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że uświadomiłam sobie, jak bardzo jest to realne. Miałam nadzieję, że to nieprawda. Ale niestety, to moja rzeczywistość.
Tysiąc i jedna emocja przebiega przez twarze Hailey i pani Wilmer. Szok, gniew, litość, smutek…
Pani Wilmer podchodzi i przytula mnie. Ostry ból w klatce piersiowej nie ustępuje, a tym razem jest gorzej. Tym razem czuję go też w sercu.
– To tak bardzo boli. Proszę, pomóżcie mi – płaczę i mocno ściskam panią Wilmer.
Ona też zaczyna płakać, tak samo jak Hailey.
– Tak mi przykro, kochanie, nic nie mogę zrobić – mówi przez łzy.
Po czymś, co wydaje się godzinami… w końcu przestaję płakać. Po prostu leżę na łóżku. Nie mam siły nic powiedzieć ani zrobić.
Hailey musiała iść do domu, a pani Wilmer wyszła zrobić kolację dla pozostałych dzieci i sprawdzić parę rzeczy.
Od tamtej pory się nie ruszyłam. Moja poduszka jest mokra od łez. Najgorsze jest to, że nie czuję Alexy. Od tamtej chwili na parkingu jest niezwykle cicha. Nie czuję nawet, czy cierpi, czy ją boli. Czuję tylko jej ciszę i to boli tak bardzo. Ściskam klatkę piersiową i zwijam się w kłębek.
Jeszcze jedna łza spływa mi z oczu. Chyba jednak zostały mi jeszcze jakieś łzy. Wpatruję się w okno i powoli wstaję z łóżka. Odległość od mojego okna do ziemi nie jest duża, ale może jeśli skoczę, odniosę na tyle poważne obrażenia, że przesłonią one ten ból w moim sercu.
Już mam wejść na parapet, gdy drzwi się otwierają. Wchodzi Bella, patrzy w dół, unikając mojego wzroku. Nie winię jej, gdybym była na jej miejscu, też byłabym zdezorientowana i nie wiedziała, jak do mnie podejść.
Odstępuję od okna i próbuję wymusić uśmiech. To zbyt trudne. Zamiast tego z oka spływa mi łza. Bella podbiega do mnie i obejmuje ramieniem.
– Przepraszam, Ginny. Słyszałam, co się stało. Jest głupcem, że cię odrzucił. Jesteś najlepszą siostrą na świecie. On nie wie, co stracił. – Każde słowo mnie porusza. Nie mogę uwierzyć, że byłam o krok od próby samobójczej.
– Dziękuję, Bello – uwalniam się z uścisku i ocieram łzy. Przezwyciężę to.
Muszę.
– A tak przy okazji, pani Wilmer kazała cię zawołać. Jacyś ludzie przyszli się z tobą zobaczyć – wtrąca Bella.
– Kto to? – pytam chrapliwym głosem.
– Nie wiem, ale zostali przysłani przez Alfę.
















