– To twój pokój. Mam nadzieję, że ci się podoba – mówi nasza Luna, otwierając przed nami drzwi. Oczom ukazuje się pięknie urządzony pokój. Jest taki czysty i uporządkowany. Wchodzę za nią. Szczerze mówiąc, podoba mi się. Nigdy nie byłam w tak dużym pokoju, ale nie potrafię się nim cieszyć. Sama świadomość, że Dylan mieszka pod tym samym dachem, zabija we mnie wszelkie źródła radości. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby Alfa nie zagroził zabiciem mojej rodziny.
Dwóch strażników wnosi moje rzeczy i stawia je na podłodze. Kłaniają się Lunie, po czym odchodzą.
– Virginio… – zaczyna Luna.
– Ginny – poprawiam.
Bierze głęboki oddech i kontynuuje.
– Ginny. Wiem, że nie tak spodziewałaś się spędzić swoje osiemnaste urodziny, ale wiedz, że robię to również dla ciebie.
Przerywam jej z sadystycznym zaprzeczeniem kręcąc głową.
– Nie, wcale nie. Robisz to dla Dylana. Myślisz, że jakoś tylko dlatego, że udało ci się zmusić mnie do zamieszkania tutaj, Dylan zakocha się we mnie i zaakceptuje jako swoją partnerkę? On mnie nie chce i nigdy nie będzie chciał. Kocha Samanthę. Ona jest Likanem. Jest silna i ma rozległe koneksje. Czy nie powinnaś się cieszyć, że jest z kimś takim? Zamiast z kimś takim jak ja. Pochodzę znikąd. Nie mam nic. Jestem niczym. Ja…
– Przestań – krzyczy na mnie Luna, całkowicie mnie uciszając.
– Nie znam cię, ale to czuję. Masz w sobie coś, nie umniejszaj sobie. Bogini nigdy nie połączyłaby słabeusza z przyszłym Alfą. Nieważne, dlaczego tu jesteś. Liczy się tylko to, że jesteś tu teraz. Im szybciej zaakceptujesz swoją rzeczywistość, tym lepiej dla ciebie. – Rzuca klucze do pokoju na łóżko i wychodzi.
Po prostu świetnie. Właśnie sprawiłam, że jedyna miła osoba w tym domu jest na mnie wściekła.
Próbuję wyczuć moją wilczycę, ale nic nie czuję. Alexa wciąż milczy. Nigdy nie czułam się tak samotna. Nie tylko dlatego, że jestem w nowym domu. To dlatego, że Alexa nie odpowiada. Nawet gdy byłam sama, dopóki miałam swoją wilczycę, zawsze czułam, że mam kogoś u swego boku.
Rozglądam się po pokoju przez chwilę, po czym decyduję się usiąść na łóżku. Nagle zaczynam czuć znajomy zapach. Jest bardzo silny, jakby ten ktoś był na zewnątrz. Zapach należy do pana Wilmera.
Nie było go w domu, kiedy przenosiłam swoje rzeczy. Musiał przyjść ze mną porozmawiać. Wychodzę z pokoju i idę na zewnątrz.
Pan Wilmer jest odpychany, a niektórzy strażnicy na niego krzyczą. Próbuje im wyjaśnić, ale strażnicy nie chcą go przepuścić. Traktują go jak nikogo. Ciągle blokują mu drogę i popychają do tyłu. Wygląda na wściekłego.
– Przestańcie. To mój tata! – krzyczę w stronę strażników. Pan Wilmer może nie jest moim biologicznym ojcem, ale był dla mnie tatą na wiele sposobów.
Dom, w którym mieszkałam przed przyjściem do Wilmerów, był piekłem na ziemi. Byłam bita tyle razy, że myślałam, iż na to zasłużyłam, ale spotykając pana i panią Wilmer, nauczyłam się, że zasługuję na miłość.
– Przepuśćcie go! – krzyczę ponownie, bo wydaje się, że nie usłyszeli mnie za pierwszym razem.
Natychmiast zostawiają go w spokoju i przepuszczają.
Pan Wilmer idzie w moją stronę pospiesznym krokiem. Jego źrenice mają bursztynowy kolor. Jego oczy były zazwyczaj brązowe, więc to, że teraz są bursztynowe, oznaczało, że jego wilk jest na powierzchni.
– Ginny, pakuj się. Wracamy do domu – mówi, łapiąc mnie za rękę i idąc w stronę drzwi wejściowych.
Zastępuję mu drogę i blokuję przejście.
– Panie Wilmer, proszę się uspokoić.
Przestaje iść.
– Obiecałem ci, że będę się tobą opiekował. Obiecałem cię chronić. Obiecałem być twoim tatą. Nie mogę pozwolić, żeby ci ludzie ci to robili. – Jego oczy nieco łagodnieją. Są przepełnione takim bólem. Kiedy zamieszkałam z nim i jego żoną, złożył mi obietnicę, że zawsze zrobi wszystko, co w jego mocy, by upewnić się, że nigdy więcej nie będę źle traktowana.
Rozumiem, dlaczego jest taki wściekły. Ja też jestem wściekła. To ja zostałam odrzucona, a potem zmuszona do zamieszkania tutaj. Nienawidzę tego, co się dzieje, ale sprzeciwienie się im skutkowałoby fatalnymi konsekwencjami.
– Ci ludzie to Alfa i Luna – mówię do niego.
Zbywa moje słowa wzruszeniem ramion.
– I co z tego? Opuścimy klan i dołączymy do innej watahy.
– Mogą skrzywdzić ciebie i wszystkich w domu.
– To ja powinienem się o to martwić, jestem mężczyzną. Jesteś moją córką, powinnaś być pod moim dachem. Najpierw ich syn cię odrzuca, a potem mają czelność grozić i zmuszać cię do zamieszkania w ich domu. Zabiję ich. – Jego bursztynowe oczy ciemnieją, a pazury zaczynają się wydłużać.
Zaraz się przemieni. Jeśli przemieni się całkowicie, nie będę w stanie go powstrzymać. Nie mogę do tego dopuścić. Nie ma mowy, by uszedł z życiem, jeśli będzie szukał walki.
Natychmiast oplatam go ramionami i mocno przytulam.
– Tatusiu, proszę, uspokój się. – Nazywanie go tatusiem zawsze sprawia mu radość; mam nadzieję, że tym razem to wystarczy, by go uspokoić.
Zaczyna się nieco odprężać.
– Po prostu nie podoba mi się pomysł, że tu jesteś – mówi w końcu spokojnym głosem.
– Wiem, ale muszę tu zostać. Wszyscy macie tu życie. Nawet jeśli uciekniemy, znajdą nas i nie będą mieli litości. To jedyne wyjście. Jestem bezpieczna, obiecuję. Będę przychodzić do domu od czasu do czasu, jeśli będę mogła.
– Bądź bezpieczna, dobrze?
– Tak, tato.
Rzuca mi ostatnie spojrzenie, po czym odchodzi. Macham mu na pożegnanie z kamienną twarzą, ale gdy tylko się odwraca, łzy zaczynają płynąć mi z oczu. Chciałabym móc pójść z nim. Nie chcę tu zostać.
Wracam do swojego pokoju z opuszczoną głową. Nie zadaję sobie trudu, by się rozglądać. Wchodząc do drzwi pokoju, wyczuwam zapach Dylana. Zapach jest bardzo silny i mimo że mnie odrzucił, wciąż czuję przyciąganie przeznaczonych i nienawidzę tego.
Nie widziałam go od tamtej chwili, nie sądzę, bym była na to gotowa.
Nie oglądając się za siebie, otwieram drzwi pokoju i szybko wchodzę. Zamykam je za sobą i zaczynam przygotowywać się do kąpieli.
Po tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło, potrzebuję prysznica.
*****
Wycierając ręcznikiem włosy, wychodzę spod prysznica.
– Aaa!
















