OKLAHOMA CITY, OKLAHOMA
- To co jeszcze kupujemy? – zapytała Sandra, gdy wychodziły z Penn Square Mall, każda dźwigając po dwie torby pełne akcesoriów i niezbędnych rzeczy Ismeny na wakacje.
- Chyba już wszystko. Boże, czuję się jak w niebie! – Ismena uniosła głowę w stronę słońca z szerokim uśmiechem. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na zakupach.
- Ja też nie. Cieszę się, że wróciłaś. Prawie zapomniałam, jak wygląda centrum handlowe. Byłam zbyt zajęta pogonią za newsami. Kto powiedział, że bycie dziennikarzem jest łatwe?
- Wiem, co mówisz. - Gdy zbliżały się do samochodu Ismeny, ta odwróciła się do przyjaciółki. - Jeśli chcesz się dobrze bawić, to teraz jest na to czas, Sandy. Nie czekaj, aż będziesz umierać albo się zestarzejesz. Życie jest zbyt krótkie.
- Kto to mówi? To, że masz teraz trochę wolnego czasu, nie oznacza, że nie jesteś pracoholiczką – droczyła się jej przyjaciółka.
- No dobrze, masz rację, ale... Uff!!! – Ismena nagle złapała powietrze, jakby ktoś wybił jej je z płuc. Wpadła na kogoś, rozmawiając i nie patrząc przed siebie.
- Przepraszam, bardzo przepraszam… - zaczęła natychmiast przepraszać, gdy duża dłoń wyciągnęła się, by pomóc jej odzyskać równowagę. - Bardzo dziękuję, jestem wdzięczna…
- Nic się nie stało. Ja też powinienem być bardziej uważny – przerwał jej mężczyzna głębokim głosem.
Odzyskawszy równowagę, Ismena wpatrywała się w swojego przypadkowego rozmówcę. Nagle straciła głos. Był duży, męski i tak wysoki, że górował nad nią. Miał sylwetkę niebezpiecznego ochroniarza, a okulary przeciwsłoneczne zakrywające jego oczy tylko dodawały mu tajemniczości.
Dreszcz strachu przebiegł jej po kręgosłupie, co już o czymś świadczyło, bo niełatwo ją było przestraszyć. - J-jak już mówiłam, bardzo przepraszam, że wpadłam na pana w ten sposób.
Skinął głową. - W porządku. – Wyciągnął w jej stronę dużą dłoń. - Jestem Alphose, a ty?
- I-Ismena. Jestem Ismena, a to moja przyjaciółka, Sandra – powiedziała, wskazując na przyjaciółkę, gdy uścisnęła jego wyciągniętą dłoń.
- Miło mi poznać. - W przeciwieństwie do Ismeny, Sandra wydawała się niewzruszona. - Bardzo przepraszam za moją przyjaciółkę. Może na to nie wygląda, ale jest chodzącą strefą wypadkową.
- Sandra! – syknęła Ismena, posyłając jej gniewne spojrzenie.
Usta mężczyzny znowu uniosły się w uśmiechu. - Widzę.
- W każdym razie, musimy już iść. Przepraszam jeszcze raz, Alphose. Miło było pana poznać, ale musimy ruszać w drogę – Ismena praktycznie wciągnęła przyjaciółkę do swojego samochodu.
Nie odwróciła się, ale czuła na plecach jego wzrok przez całą drogę do samochodu. Kiedy w końcu się odwróciła… mężczyzny nigdzie nie było.
- Kurczę, ale ten facet jest seksowny! O Boże! – wyszeptała Sandra, gorączkowo szukając wzrokiem nieznajomego. - Niebiosa, nigdy nie widziałam tak seksownego faceta na żywo, a pracowałam z wieloma celebrytami! Wow!
- Mógłby być atrakcyjny, gdyby nie napędził mi takiego strachu – przyznała niechętnie Ismena.
- Mnie wcale nie przestraszył. Biedny człowiek nie zrobił nic przerażającego. To nie jego wina, że został pobłogosławiony przez Boga i Stworzenie. - Jej oczy nabrały marzycielskiego wyrazu. - Na pewno bym się w nim zakochała, gdybym lubiła niegrzecznych chłopców.
- Dobra, starczy tego marzenia. Włóżmy to do bagażnika. Bolą mnie ręce – powiedziała Ismena, idąc w stronę samochodu. Sandra miała rację; mężczyzna nie zrobił nic szczególnie przerażającego.
Miał na sobie czarne okulary przeciwsłoneczne, ale wiedziała, że na nią patrzył. Obserwował ją. Uważnie.
I było coś w sposobie, w jaki na nią patrzył…
Dreszcze przebiegły jej po kręgosłupie, wywołując mrowienie.
.
KING'S TOWER, NATURIAH
- Jak przebiegła podróż, Alphose? Mam nadzieję, że masz dla mnie dobre wieści z oddziału w Oklahomie. – Głęboki głos Wolfariana był spokojny, ale pustka Sali Narad wzmacniała jego echo.
Alphose skierował się w stronę jednego z dwunastu pustych złotych krzeseł, które otaczały kolosalny okrągły stół dominujący w centrum wielkiej Sali Narad. Podczas ogólnych spotkań gatunków, te krzesła zajmowali dwunastu Alf i przywódcy każdego gatunku, podczas gdy masywny tron-krzesło na czele stołu należało do ich Króla, Wolfariana.
Zająwszy miejsce trzy krzesła od Wolfariana, Alphose odchrząknął. - Niestety, nie mam dobrych wieści, Królu Alf. Podczas mojego spotkania z Josiahem i jego stadem, odkryliśmy liczne niepewności na rynku rolnym. Dodatkowo, na rynek kredytowy firmy negatywnie wpływają nowe regulacje. Nasi konkurenci, Nector and Co. Limited Company, szybko zyskują na znaczeniu na rynku międzynarodowym.
- Josiah i jego Pumy mają trudności z odzyskaniem kontroli? To rozczarowujące. – Niezadowolenie Wolfariana było wyraźnie widoczne na jego silnej, wyrzeźbionej twarzy. - A co z naszym oddziałem w Nowym Jorku?
- Niestety, stamtąd również nie ma dobrych wieści, Królu Alf. Cronus i jego stado stają w obliczu wyzwań w odzyskaniu udziału w dolnym rynku. Sprzedaż nowych nawozów do wzrostu roślin stanęła w miejscu, a zaprawy nasienne nadal spadają. Opracowują strategie biznesowe, aby rozwiązać te problemy, ale jak dotąd nie przyniosły one pozytywnych rezultatów. Niemniej jednak, nie poddają się. - Alphose nie lubił przynosić złych wieści, ale nie miał wyboru.
Po jego raporcie zapadła cisza. Nawet bez dźwięku palców wystukujących rytmicznie na podłokietniku jego tronu, Alphose widział, jak koła zębate kręcą się w umyśle Króla Alf.
Czas mijał, a Król Alf nie mógł dłużej usiedzieć w miejscu. Wstał z krzesła i zaczął chodzić powolnymi, zamierzonymi krokami. Nawet ten prosty, nieświadomy gest emanował zabójczą, drapieżną aurą.
Bawiąc się ogromnym diamentowym pierścieniem na palcu środkowym, ozdobionym dwiema złotymi perłami przypominającymi koronę, pierścień Wolfariana lśnił olśniewająco. Oprócz jego wyjątkowej urody, ten pierścień miał dla niego ogromną wartość.
Kiedy przemówił, jego głos nadal niósł ze sobą odcień niezadowolenia. - Wyjaśnijmy to sobie. Mówisz mi, że spośród wszystkich moich firm rozsianych po całym świecie, dwie z pięciu najpotężniejszych, największych i odnoszących największe sukcesy, prowadzonych przez najsilniejszych, najpotężniejszych i najlepszych Alf naszego gatunku, borykają się z poważnymi, nierozwiązanymi problemami biznesowymi?
Teraz albo nigdy. - Niestety, tak, Królu Alf – odpowiedział Alphose. Zatrzymawszy się na chwilę, kontynuował: - Ale wciąż mają czas na rozwiązanie tych problemów. Cronus już…
- Osobiście pojadę do Nowego Jorku. Przygotujcie odrzutowiec i poinformujcie Cronusa o moim zbliżającym się przybyciu – oświadczył Wolfariane z autorytetem.
Alphose był zaskoczony tą decyzją. - Ale nie lubisz opuszczać Naturiah. - I nie bez powodu, jednym z nich jest pogarda Króla Alf dla „normalnych” ludzi.
To niedopowiedzenie. On ich nienawidzi.
- Jestem tego świadomy – stwierdził rzeczowo. - Nie mogę jednak zostawić tych problemów bez opieki. Muszę być obecny, aby się nimi zająć. Najpierw pojadę do Nowego Jorku. Przygotuj odrzutowiec.
- Załatwię to tak szybko, jak to możliwe. - Alphose wstał z krzesła.
Wolfariane wrócił na swój tron, opadając na bogato zdobione siedzenie. Oparł się wygodnie, podniósł pióro i zaczął podpisywać dokumenty, które Alphose przed nim położył.
- Możesz już iść.
Alphose skłonił głowę, odwrócił się w stronę drzwi i zaczął iść. Potem sobie przypomniał…
Jego kroki zachwiały się. Czy Król Alf naprawdę był odpowiednią osobą, aby otrzymać tę wiadomość?
- Co się stało? – zapytał Wolfariane, nie podnosząc głowy.
Alphose odwrócił się. - Dzisiaj, w Oklahomie, wyczułem zapach potencjalnej partnerki.
Brak reakcji. Nic. - Powinieneś poinformować innych samców. Nie interesuje mnie partnerka, Alphose – odpowiedział lekceważąco.
Czy Alphose spodziewał się czegoś innego? Nie, nie spodziewał się.
Inna osoba zareagowałaby podziwem, szczęściem i zdumieniem, ale nie Wolfariane.
Niemniej jednak, Alphose kontynuował: - Nie tylko posiada zapach potencjalnej partnerki, ale ten zapach jest również wyjątkowo silny i wyraźny, zagłuszając jej inne zapachy. Nosi zapach nieodebranej partnerki Alfa.
Odkładając podpisany dokument, Wolfariane podniósł kolejny. - To dobra wiadomość dla ciebie, Josiaha, Cronusa i innych niezwiązanych Alf, Alphose. Możesz ją odebrać, zanim inni ją odkryją i sami złożą roszczenia.
Alphose pragnął niczego więcej, jak tylko to zrobić. - Ona jednak nie jest moja. Zbliżyłem się do niej, nawet wpadłem na nią, żeby się upewnić, ale w najmniejszym stopniu nie przemawia do Pumy we mnie.
- Jej „inny” zapach? – zapytał niechętnie Wolfariane.
- Ona umiera. Smród śmierci jest przytłaczający. Nie zostało jej dużo czasu.
Oczy Wolfariana oderwały się od dokumentu i spojrzały na Alphose. - Szkoda jej i tego, do kogo należy.
Ciekawy lew górski w Alphosie musiał wiedzieć. - A jeśli należy do ciebie?
Wolfariane nie drgnął. - Ona nigdy nie może być moja. A jeśli by była, to cieszyłbym się, że umiera.
