– Nie wyglądasz na zadowolonego, Królu Alfo – odparował Alphose.
Wolfariane Daminor Throne obdarzył go kolejnym spojrzeniem. – Nie muszę wyglądać na zadowolonego, że tu jestem, Alphose.
– Oczywiście, Królu Alfo.
– Jesteś zwolniony.
Skinął lekko głową i odwrócił się w stronę drzwi.
– Och, i Alphose?
– Tak? – Odwrócił się.
Wolfariane odłożył w końcu podpisane dokumenty i spojrzał na niego uważnie. – Jesteś pumą i wydajesz się być poddenerwowany. Jako mężczyzna, który jest zarówno pumą, jak i wilkołakiem, mogę ci powiedzieć, że nie ma dużej różnicy między tymi dwoma gatunkami. Oba gatunki muszą od czasu do czasu wypuścić parę, inaczej zwierzę w środku nie zazna spokoju. – Zaskakująco łagodny wyraz twarzy zastąpił mars, który wcześniej szpecił jego oblicze. – Wiesz, jak niebezpieczne to może być.
Jego Alfa miał rację i on o tym wiedział. – Pójdę pobiegać o zachodzie słońca.
– Bieganie może tylko stępić ostrze. Potrzebujesz seksu – stwierdził bez ogródek. – Gdyby bieganie tak dobrze działało, wilki nie byłyby obciążone pełnią księżyca, która zmusza nas do łączenia się w pary z samicami. Dawno przekroczyłeś termin i czuję niepokój twojego pumy. Wiesz, co to oznacza. Ja potrafię się kontrolować, ale ty musisz coś z tym zrobić, zanim młodzi samce zaczną to odczuwać, stracą kontrolę i zaczną zmuszać samice.
– Oczywiście, Królu Alfo. Zajmę się tym natychmiast.
Wolfariane skinął raz głową w zgodzie. Alphose ponownie skinął głową, zanim wyszedł z sali obrad.
.
OKLAHOMA CITY, OKLAHOMA
Ismena wpatrywała się z przerażeniem w dwie białe i trzy brązowe pigułki na swojej dłoni. Nie lubiła brać pigułek. Gdyby tylko mogła utrzymać idealne bicie serca bez tych leków.
Przełknęła ślinę, by nawilżyć nagle wyschnięte gardło, zamknęła oczy i połknęła pigułki. Bez zwłoki popiła je wodą.
– Ena!? Obiad gotowy! – Głos Valentiny niósł się z salonu.
– Już idę! – Jej odpowiedź była głośna i szybka, aby powstrzymać siostrę przed wejściem do jej sypialni i zobaczeniem jej z butelką pigułek.
A propos butelek z pigułkami, były prawie puste. Musiała zdobyć receptę, ale to kosztowałoby fortunę. Po pokryciu wszystkich wydatków nie miała tyle pieniędzy.
– Cholera. Pomartwię się o ciebie innym razem – powiedziała do butelki z pigułkami, zanim otworzyła szufladę przy łóżku i włożyła ją z powrotem na miejsce.
W salonie podeszła prosto do stołu, gdzie jej rodzina już siedziała, czekając na nią, i zajęła jedyne wolne krzesło.
Jak zwykle wszyscy pochylili głowy, gdy ich matka się modliła. Amelia, jej mama, była głęboko wierzącą kobietą, która robiła wszystko, co w jej mocy, aby wychować je w chrześcijański sposób. Po modlitwie wszyscy zaczęli jeść.
– Jak poszły zakupy? – Zapytała Valentina, z trudem krojąc swój uparty kawałek wołowiny na mniejsze kawałki.
– Poszło dobrze. Sandra mi pomogła. Mam wszystko, czego będę potrzebować – odpowiedziała Ismena z ustami pełnymi zapiekanki z ziemniaczków.
– Tak się cieszę, że wzięłaś wolne z pracy, żeby z nami pomieszkać – powiedziała Amelia. – Nie widujemy cię zbyt często. Te ostatnie trzy tygodnie sprawiły mi naprawdę dużo radości. Teraz po prostu smutno mi, że już wracasz do pracy.
– Nie, mamo, nie wracam do pracy. Wyjeżdżam z Oklahomy. Jadę do Nowego Jorku.
Oczy jej rodziców rozszerzyły się jednocześnie. Spojrzeli na siebie, a następnie skupili uwagę na niej. – Do Nowego Jorku? Dlaczego? – Zapytała jej matka.
– Całe życie byłam w Oklahomie. Chcę zobaczyć nowe miejsca, pooddychać innym powietrzem, poznać nowych ludzi, odkryć nowe rzeczy i trochę się zabawić… – Wzruszyła ramionami. – To jak wakacje, na tydzień lub dwa.
– Wow, jestem zaskoczona. Zawsze mówiłaś, jak bardzo nienawidzisz podróżowania i dalekich podróży. Nigdy nie myśleliśmy, że opuścisz Oklahomę – zauważył jej ojciec, żując sałatkę w ustach.
– Ja też nigdy nie myślałam, że wkrótce umrę – wymamrotała pod nosem.
– Co mówiłaś?
– Nic. – Szybko uspokoiła ojca. – Chodziło mi o to, że myślę, że czas spróbować nowych rzeczy.
– Zdecydowanie cię wspieramy. Kto wie, może znajdziesz młodego mężczyznę – na lekko pomarszczonej, ale bardzo pięknej twarzy Amelii pojawił się tęskny uśmiech – wyjdziesz za mąż i będziesz miała słodkie, piękne dzieci.
Valentina parsknęła. – Niby jak. W każdym razie zgadzam się z mamą. Po raz pierwszy nie zapieprzasz dla tego dupka szefa. Kto wie, może przyciągniesz przystojniaka.
– Cóż, to nie jest pierwsza rzecz, o której myślę, to na pewno. Ale jeśli się zdarzy, to też dobrze – skłamała Ismena, przełykając nagłą gulę w gardle. – W każdym razie to jedzenie jest pyszne, mamo. Tęskniłam za twoim domowym gotowaniem.
Uśmiechnęła się ciepło do matki, która odwzajemniła uśmiech. – Naprawdę się cieszę, że tu jesteś, Ena. Kiedy masz lot?
– Za trzy dni.
Dźwięk upuszczonej łyżki wypełnił powietrze. Amelia sięgnęła przez stół, chwyciła córkę za rękę i delikatnie ją ścisnęła. – W ciągu najbliższych trzech dni ugotuję więcej twoich ulubionych dań.
Umieram. Łzy groziły wylaniem się z jej oczu, ale mocno zamrugała, aby je powstrzymać. – Sprawisz, że utyję, mamo – droczyła się.
– Trochę wagi nie zaszkodzi. Nadal będziesz piękna.
Ismena ścisnęła dłoń matki. – Kocham cię, mamo.
– Ja też cię kocham, moje dziecko. – Amelia uśmiechnęła się do niej z miłością.
••••••
Kilka godzin później Alphose znalazł się w domu Eline, koleżanki z watahy i przyjaciółki. Jak tylko wyczuła jego niepokój, zaoferowała mu z całego serca seks, co było powszechną praktyką wśród ich watah. Zmiennokształtni, jak bliska rodzina, zawsze sobie pomagali, zwłaszcza jeśli chodziło o ich potrzeby jako zmiennokształtnych.
Kontakt seksualny, kiedy jest potrzebny, jest udzielany dobrowolnie z ciepłem i prawdziwą miłością do kolegi z watahy, a samce szanują za to swoje kobiety.
Po oddaniu się intymnemu spotkaniu Alphose wyraził swoją wdzięczność i szacunek, całując Eline w czoło, zanim wstał z łóżka, aby się ubrać. Eline poszła w jego ślady i z ciepłym uśmiechem zaprosiła go na kolację. Przyjął jej ofertę i razem poszli do kuchni, gdzie usiedli i patrzyli, jak przygotowuje omlety. Puma Alphose'a była teraz spokojna i czuł się bardziej zrelaksowany niż od dawna.
Wiedząc, że Eline jest dobrą przyjaciółką, zwierzył jej się ze swojego spotkania z potencjalną partnerką i z tego, co Król Alfa miał do powiedzenia na ten temat.
– Cieszy się, że umiera? – Eline skrzywiła się. – To okrutne, nawet jak na Króla Alfę.
– Może się to wydawać okrutne, ale wiesz, dlaczego ma zastrzeżenia do "normalnych" ludzi. Jego przeszłe doświadczenia z nimi nie były pozytywne – wyjaśnił Alphose.
Eline skinęła głową ze zrozumieniem. – Kiedyś czułam to samo, ale już nie. Nie wszyscy są tacy jak… "oni". Poza tym Kara i Nomah stały się moimi dobrymi przyjaciółkami i bardzo mi na nich zależy.
Alphose uśmiechnął się na wzmiankę o dwóch ludzkich partnerkach ich kolegów z watahy. – Tak, są jak anioły. Wolfariane też je kocha.
– Są rodziną – powtórzyła Eline. – Alfa, którego nazywamy Bogiem, zasłużył na miłość i szacunek wszystkich, ponieważ stawia nasze dobro ponad własne. Kiedy zmiennokształtny samiec łączy się w parę z ludzką samicą, odrzuca swoją wrogość i akceptuje ją jako część watahy – jako rodzinę.
Słowa Eline były prawdziwe. – No cóż, popełniłem błąd, pytając go, co by się stało, gdyby umierająca, niezamężna ludzka samica była jego partnerką, biorąc pod uwagę to, co przeszedł z rąk ludzi. Nie myślałem jasno – wyznał Alphose.
– Twój puma był niespokojny i on to rozumie – uspokoiła go Eline. – Król Alfa posiada niesamowitą siłę. Codziennie zmagamy się z naszymi drugimi połówkami i często tracimy kontrolę. A jednak ma w sobie dwie potężne rasy i rzadko traci nad czymkolwiek kontrolę. – Zadrżała. – Nie mogę się powstrzymać od zastanawiania się, jak on to robi.
– Nikt nie wie, Eline. A kiedy weźmiesz pod uwagę to, co wycierpiał od ludzi, gdy był młodszy… – Alphose urwał, kręcąc głową. – Inne wilki oszalały i stały się renegatami.
– Przeraża mnie, kiedy myślę o wszystkim, co przeszedł, mimo że wiem, że nigdy by mnie nie skrzywdził – przyznała Eline, a uśmiech pojawił się na jej ustach, gdy kontynuowała mieszanie na patelni. – Wyobraź sobie, gdyby jego partnerka była człowiekiem? Jestem pewna, że niebiosa nie zrobiłyby mu tak okrutnego żartu. W ogóle na to nie zasługuje. Cholera, nawet ta ludzka samica na to nie zasługuje.
Alphose parsknął. – To niemożliwe. Pomijając jego legendarną nienawiść do tego gatunku, żadna ludzka samica nie mogłaby mu dorównać. Ani w walce, a zwłaszcza nie w jego apetycie seksualnym. Umarłaby szybciej niż partnerka renegata.
– Skoro mowa o śmierci, powinieneś poinformować innych Alf o umierającej, niezamężnej ludzkiej samicy, którą spotkałeś, aby mogli ocenić jej kompatybilność z nią – powiedziała Eline głosem pełnym smutku i litości. – Naprawdę mam nadzieję, że jej kompatybilność z jej partnerem przekracza średni poziom. W ten sposób jej Alfa może ją podtrzymać swoim własnym życiem.
– To rzadkość, Eline. Tylko dwóch partnerów na setki przekroczyło średni poziom kompatybilności. Ale w jej przypadku jest to kluczowe – odpowiedział Alphose. – Wszyscy mamy szczęście, jeśli możemy osiągnąć nawet niski poziom kompatybilności, jeśli w ogóle.
– To prawda, ale ma to dla niej ogromne znaczenie – ubolewała Eline, wyłączając gaz. – Biedna kobieta… Współczuję jej Alfie, kimkolwiek on by nie był.
Alphose wzruszył ramionami. – To poza naszą kontrolą. Najważniejsze, żeby jej partner ją znalazł i szybko ją przejął. Sam intymny kontakt z jej alfą może zdziałać więcej niż jakiekolwiek leki, które dają jej teraz ci ludzie.
