– Puśćcie mnie! To, co robicie, jest nielegalne!
Nara walczyła zaciekle ze strażnikami, wykręcając nadgarstki w ich żelaznym uścisku.
Podniosła głowę, a jej oczy płonęły, gdy wpatrywała się prosto w Kaelena. Zacisnęła zęby tak mocno, że słychać było ich zgrzyt.
– Kaelen – zażądała – czy naprawdę potrafisz spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, że Shaya to rzeczywiście Aura?
Jej oczy były spuchnięte – czerwone, lśniące, rozdzierająco piękne – ale i niezłomne. Zaciekle niezłomne.
A na jej plecach… te brutalne, postrzępione blizny po batach…
Były jak potężny, ogłuszający policzek wymierzony w sumienie Kaelena.
Jego dłonie zacisnęły się w pięści.
To on opatrywał te rany.
Przez wiele dni warstwa po warstwie owijał jej plecy bandażami.
Kiedyś przysiągł, że nigdy więcej nie pozwoli nikomu jej skrzywdzić.
A jednak…
Instynktownie zrobił krok w jej stronę.
Ale Shaya uwiesiła się na jego ramieniu.
– Kaelen, brzuch… boli mnie… – zakwiliła głosem kruchym i słodkim niczym trucizna.
Lodowata woda spłynęła po kręgosłupie Kaelena.
No tak. Shaya była śmiertelnie chora.
Cóż to za różnica, jeśli odda jej te chwilę sławy? Nara była młoda. Miała czas. Wszystko będzie z nią w porządku.
Zdusił narastające poczucie winy i przemówił chłodnym głosem:
– Ona jest moją projektantką. Wiem to na pewno. Shaya to Aura, główna projektantka Kardos Global.
Shaya rozpromieniła się.
A po policzku Nary spłynęła tylko jedna łza.
Nawet po tym, jak Kaelen potajemnie ożenił się z Shayą za jej plecami…
Nawet po tym, jak postanowiła odejść…
Wciąż chciała chronić te pięć wspólnych lat.
Boże, co za głupiec z niej był.
Kaelen zobaczył tę łzę i coś w jego wnętrzu skręciło się boleśnie.
Przez pięć lat, bez względu na to, jak bardzo cierpiała, Nara nigdy nie płakała.
Ale teraz…
Znów postąpił krok naprzód.
– Nie stójcie tak! – ucięła ostro Shaya. – Rozbierzcie ją. Albo sama muszę to zrobić? Kaelen, prawda?
Wydęła wargi, lgnąc do niego i grając rolę zranionej żony.
Kaelen ciężko przełknął ślinę. Jego wzrok spoczął na Narze.
– Jeśli niczego nie ukradłaś… nie masz nic do ukrycia.
Nara roześmiała się.
Wciąż klęczała na zimnej podłodze. Z rozerwanym ramiączkiem sukni. Z odsłoniętymi, zabliźnionymi plecami. Jej ciało było wygięte pod nienaturalnym kątem.
Jej śmiech – cienki, ostry, rozchwiany – przeciął szemrzący tłum.
– Dość! – warknął Kaelen. – Zabierzcie ją na zaplecze i przeszukajcie.
Nie mógł już na nią patrzeć.
Shaya otworzyła usta, by dodać coś okrutnego, ale lodowate ostrzeżenie w oczach Kaelena skutecznie ją uciszyło.
Strażnicy ruszyli, by wywlec Narę – ale ona wyrwała się gwałtownie.
– Nie trzeba! Skoro pan Kardos uważa, że muszę zostać przeszukana, po co kryć się na zapleczu jak przestępca? Czy to nie wyglądałoby bardziej podejrzanie? – Zakpiła. – Rozebrać mnie, tak? Dobrze – zrobię to sama.
I gwałtownym szarpnięciem zerwała z siebie księżycowobiałą suknię, odrzucając ją na bok.
Przez salę przetoczył się szmer przerażenia.
Ubrana tylko w czarną bieliznę, jej jasna skóra zdawała się lśnić w blasku świateł – ale równie wyraźnie odcinały się na niej ślady po batach, brutalnie wyryte na plecach i nogach.
– Mój Boże… co jej się stało?
– Czy to były… ślady bicia?
Reporterzy ruszyli do przodu, aparaty zaczęły gorączkowo pstrykać.
Nara ignorowała każdy błysk flesza.
Wpatrywała się bezpośrednio w Kaelena i Shayę.
– To wszystko. Nie mam na sobie nic poza bielizną. Jeśli pan Kardos i panna Vance uważają, że wciąż coś ukrywam… – rozłożyła ręce – to podejdźcie i sami mnie przeszukajcie.
Wyraz twarzy Kaelena zmienił się – szok, przerażenie, coś mroczniejszego.
Te blizny.
Pamiętał je.
Tę półżywą dziewczynę, którą pięć lat temu wyniósł z piwnicy Vance’ów. Złamaną. Zakrwawioną.
Spędzał noce, pielęgnując ją i przywracając do życia.
Nigdy nie nosiła sukienek z odkrytymi ramionami.
Nigdy nawet nie byli w pełni intymni – bo nie potrafiła znieść myśli o pokazaniu mu swoich pleców.
Teraz obnażyła się przed całym światem.
I po raz pierwszy… Kaelen poczuł lęk.
Wyraz twarzy Shayi zrzedł, gdy tylko zobaczyła blizny.
Co ta kobieta próbuje ugrać?
Rzuciła szybko: – Nara, nie udawaj tragicznej bohaterki. Wyrzucono cię, bo byłaś zdzirą. Mama i tata nie mogli znieść twojego zachowania. A teraz afiszujesz się z dowodami swojego zepsucia? Obrzydliwe!
– Co? To od sypiania z kim popadnie?
– Ile ona miała lat? Siedemnaście? Osiemnaście? Wow, musiała nieźle szaleć. Nic dziwnego, że ją wyrzucili.
Twarze zgromadzonych wykrzywiły się w odrazie, pogardzie i osądzie.
Usta Shayi wygięły się w triumfalnym uśmiechu.
Cóż z tego, że to ona ją katowała?
To była jej piwnica. Żadnych kamer.
Jej rodzice nie puszczą pary z ust.
To ona kontrolowała tę opowieść.
Nawet jeśli Nara zaprzeczy – kto jej uwierzy?
Kaelen wpatrywał się w Narę szeroko otwartymi oczami.
– Więc stąd wzięły się te rany.
Nara poczuła, jak jej krew lodowacieje.
To jego spojrzenie…
Ta odraza…
Gdyby wzrok mógł zabijać, byłaby już w strzępach.
Przeniosła wzrok na Shayę i dostrzegła dokładnie ten sam wyraz twarzy, który widziała pięć lat temu.
Czyste, radosne okrucieństwo.
Nara zaśmiała się – dźwiękiem tak kruchym, że zdawał się pękać w powietrzu.
– Shaya, to, że nikt nie widział, jak się nade mną znęcałaś, nie oznacza, że możesz pisać historię na nowo. Naprawdę myślisz, że możesz pluć jadem, a oni wszyscy go przełkną?
– Co sugerujesz? – warknęła Shaya, ale w jej głosie pojawił się cień niepewności.
Nara uniosła rękę i pokazała diamentową bransoletkę.
– Mówisz, że ta bransoletka jest częścią linii Devotion. Mówisz, że ją zaprojektowałaś. Powiedz więc wszystkim – co ona robi?
W sali zapadła cisza.
Shaya nie spodziewała się tego.
Prawda była taka, że nawet nie wiedziała, czy bransoletka należy do kolekcji. Potrzebowała po prostu powodu – jakiegokolwiek – by zniszczyć Narę.
Przyparta do muru, rzuciła nerwowe spojrzenie w stronę Kaelena.
Nie odpowiedział.
Jego brwi ściągnęły się jeszcze mocniej.
Coś w tej sytuacji zaczynało mu nie pasować.
Nara to widziała – dostrzegła konsternację i napięcie na jego twarzy.
– Dość tego – uciął ostro Kaelen. – Shaya nie musi niczego udowadniać. Jeśli mówi, że to jej projekt, to tak jest. Oddaj bransoletkę, a pozwolimy ci odejść w spokoju.
Jaki wielkoduszny.
Jaki miłosierny.
Jakby wyświadczał jej łaskę.
Nara wydała z siebie cichy, chłodny śmiech.
– Wy dwoje możecie wybaczyć i zapomnieć. Ale ja nie.
Uniosła nadgarstek i dwukrotnie stuknęła w bransoletkę.
Rozległo się kliknięcie.
Środkowy diament przesunął się na bok, a w górę wystrzeliła delikatna błękitna wiązka światła.
Holograficzna projekcja ożyła, oświetlając ogromny ekran na froncie sali.
Całe pomieszczenie zamarło.
Oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
Ludzie znieruchomieli.
A potem wideo zaczęło się odtwarzać… a tłum patrzył, pogrążony w oniemiałej ciszy.
















