Trzy lata temu~
– Jest doprawdy nieuprzejma. To typ kobiety, której jako kochanki unikałbym jak ognia.
Julian obejrzał się z rękami na biodrach, odprowadzając wzrokiem żółtą taksówkę, która właśnie odjechała spod Urzędu Stanu Cywilnego. To ona na niego wpadła, bo rozmawiała przez telefon, nie patrząc pod nogi, a potem po prostu odeszła, nawet go nie przepraszając. Świetnie!
Pokręcił powoli głową, postanawiając nie zaprzątać sobie głowy zachowaniem tej kobiety. Julian ruszył prosto w stronę recepcji. Zerknął na zegarek i z ulgą stwierdził, że jest pół godziny przed czasem. Celowo chciał poczekać, aż jego przyszła żona wejdzie do budynku urzędu, by przekonać się, czy naprawdę jest tak piękna, jak przez cały ten czas twierdził Charles Kensington.
– W czym możemy panu pomóc?
– Och, czekam na kogoś. Na moją przyszłą żonę.
– Na którą godzinę zaplanowano ceremonię?
– Na dziewiątą. Myślę, że moja przyszła żona pojawi się za pół godziny.
– Czy jest pan narzeczonym panny Kensington? W naszej bazie danych na dziewiątą zaplanowano tylko jeden ślub.
– Umm... Tak. Sądzę, że to właśnie o pannie Kensington mowa.
– Panna Kensington jest tutaj od ósmej. Czeka w sali numer trzy.
– Naprawdę? W takim razie już tam idę. Dziękuję.
Juliana ogarnęła panika, ale starał się jej nie okazywać. Zwłaszcza że zaraz miał stanąć twarzą w twarz ze swoją przyszłą żoną. Był naprawdę głupi, myśląc, że wnuczka Charlesa Kensingtona pojawi się punktualnie o dziewiątej, i ani przez chwilę nie przypuszczając, że może przybyć wcześniej niż on.
– Przepraszam, jestem tutaj, by poślubić Serenę Kensington.
Julian starał się przypomnieć sobie imię wnuczki Charlesa, o którym ten wspomniał mu wczoraj po południu. Miał nadzieję, że się nie pomylił, bo wczoraj nie był zbyt skupiony na słowach Charlesa podczas rozmowy telefonicznej.
– Ach, pan młody. Proszę usiąść.
– Gdzie jest Serena Kensington? – Julian rozejrzał się w prawo i w lewo. Był pewien, że w pokoju znajdował się tylko on i łysy mężczyzna w mundurze z logo urzędu stanu cywilnego. Oprócz nich nie było tam nikogo.
– Pana żona wyszła kilka minut temu. Musi zdążyć na lot do Mediolanu. Podpisała już wszystkie dokumenty we wskazanych miejscach, resztę zostawiając panu do dopełnienia.
Julian próbował pojąć zaistniałą sytuację. Naprawdę nie wiedział, co się dzieje, dopóki pracownik urzędu nie zaczął mu opowiadać o operacji i innych zmyślonych historiach, których on nigdy nie przeprowadził. Julian doszedł do wniosku, że jego przyszła żona – czy też połowiczna żona – właśnie oszukała tego poczciwego urzędnika.
– Rozumiem. Myślałem, że wciąż tu będzie, kiedy przyjdę, bo skończyłem operację wcześniej.
– Bardzo się spieszyła. Przygotowałem dokumenty. Musi pan tylko podpisać swoją część, zanim zostaniecie oficjalnie zarejestrowani jako małżeństwo.
Julian spojrzał na rubrykę obok swojego nazwiska, w której widniał podpis złożony pięknymi, zamaszystymi pociągnięciami pióra. Uśmiechnął się, czytając imię Sereny zapisane złotym atramentem. Wyobraził sobie, że twarz jego żony jest równie piękna jak te ślady, które nakreśliła na białym papierze. Jednak pamiętając, jak przebiegle zmanipulowała urzędnika, zaczął wątpić, czy kobieta jest tak słodka, jak zawsze powtarzał Charles Kensington.
– Gotowe. Podpisałem swoje części.
– Doskonale. Przystawię pieczęć i będzie pan mógł natychmiast zabrać te dokumenty, by pokazać je dziadkowi żony. Współczuję jej dziadkowi, jest umierający. Bardzo chce zobaczyć swoją wnuczkę wychodzącą za mąż za mężczyznę, którego kocha.
Wydawało się, że Serena Kensington nie jest tak słodka, jak mówił Charles. Ta kobieta stworzyła fikcyjną historię nie tylko o nim, ale i o własnym dziadku. Julian był całkowicie rozczarowany jej podstępnym działaniem. Nie powinien był żenić się z taką kobietą i póki miał czas, powinien unieważnić to małżeństwo.
– Przepraszam...
– Tak?
Zamiast powiedzieć urzędnikowi, że chce unieważnić małżeństwo, wzrok Juliana utkwiony był w czymś lśniącym na stole.
– Czy to jej wizytówka?
– Panna Kensington zostawiła swoją wizytówkę na wypadek, gdyby sprawy nie potoczyły się gładko. Ale wszystko poszło dobrze. Nie muszę do niej dzwonić i prosić o ponowne przyjście.
– W takim razie ta wizytówka nie musi tu leżeć.
Julian odchrząknął cicho, gdy pracownik urzędu patrzył, jak chowa srebrną wizytówkę do portfela.
– Jest modelką. Chcę po prostu chronić jej prywatność, nie zostawiając jej wizytówki w tym miejscu.
– Racja. Jest pan doprawdy opiekuńczym mężem. Wygląda na to, że ona naprawdę potrzebuje ochrony kogoś takiego jak pan.
Julian zmarszczył brwi. Był coraz bardziej ciekawy postaci kobiety, która za kilka minut oficjalnie stanie się jego żoną. Wydawała się typem przewidywalnym. Czy jest jak otwarta księga? – zastanawiał się Julian.
Trzydzieści minut później Julian otrzymał wszystkie dokumenty potwierdzające jego małżeństwo z Sereną. Przejrzał ich treść i zaśmiał się sucho. Zdecydowanie nie tak wyobrażał sobie swój ślub.
– Gratulacje dla pana i panny Kensington. Jesteście oficjalnie małżeństwem. Żałuję, że nie ma jej tu z panem. Ale... cóż – mężczyzna powoli wzruszył ramionami.
– Dziękuję.
Z niechęcią Julian uścisnął dłoń mężczyzny. Tylko dla formalności. Uśmiechnął się krótko i natychmiast opuścił budynek urzędu, który wydawał mu się teraz czymś odrażającym. Nienawidził wszystkich kłamstw, które otoczyły go tego ranka.
Małżeństwo to gówno, pomyślał w drodze na parking. Mijając kamienne schody, Julian zatrzymał się i zmrużył oczy, przypominając sobie kobietę, która wpadła na niego, gdy wchodził do urzędu. Jego szczęka zacisnęła się w gniewie. Przynajmniej widział jej włosy i sylwetkę, mimo że nie zdążył przyjrzeć się twarzy. Była to kobieta o złotych włosach do ramion i drobnej budowie ciała, w butach na obcasach tak ostrych, że można by nimi nadziewać steki, i z pupą w kształcie serca, która kołysała się pięknie, gdy kobieta pospiesznie szła w stronę czekającej na nią taksówki.
– To była Serena Kensington. Wyraźnie nie chciała tego małżeństwa. Ja zresztą też nie.
















