Dixon ze złością rozłączył się.
Wsunęłam telefon do torebki i już miałam wychodzić, kiedy zobaczyłam osobę, z którą najmniej chciałam się spotkać.
To była Gwen Worth.
Kobieta, którą Dixon kochał całym sercem.
Stałyśmy naprzeciwko siebie. Posłałam jej delikatny uśmiech i miałam zamiar przejść obok niej, gdy powiedziała cicho: „Czy to pani Gregg?”
Zatrzymałam się i spojrzałam na nią kątem oka. „O co chodzi?”
„Czy jesteś szczęśliwa jako pani Gregg?”
Gwen Worth rzucała mi wyzwanie. Odwróciłam się, by jej się przyjrzeć. Miała wykwintne rysy twarzy. Nałożyła warstwę lekkiego makijażu, ale jej usta były pomalowane na jaskrawoczerwony kolor. Panowała mroźna zima, a ona miała na sobie cienką, różowo-szarą sukienkę i narzucony na nią biały płaszcz.
Była doprawdy bardzo piękna. Nic dziwnego, że Dixonowi się podobała.
Moja miłosna rywalka stała tuż przede mną, a ja byłam zazdrosna. Chciałam ją zignorować, ale ona drwiła ze mnie, mówiąc: „Czy naprawdę możesz czuć się swobodnie na miejscu, które mi ukradłaś? Czy Dixon cię kocha? Czy szepcze ci do ucha czułe słówka? Gotuje dla ciebie? Wybiera dla ciebie prezenty w święta? Nie. Dixon nie zrobi dla ciebie żadnej z tych rzeczy! Caroline Shaw, siłą zajęłaś pozycję pani Gregg tylko dlatego, że jesteś dyrektorem generalnym Shaw Corporations”.
Słowa Gwen uderzyły mnie prosto w serce. Wszystko, o czym mówiła, było tym, co Dixon kiedyś robił dla niej. Skłamałabym, mówiąc, że nie byłam zazdrosna. Ale jaki był teraz sens bycia zazdrosną?
Nie potrafiłam nawet utrzymać swojej pozycji jako pani Gregg…
Uśmiechnęłam się obojętnie i powiedziałam cicho, ale ze stanowczością: „Więc co powiesz o sobie? Trzy lata temu dałam ci szansę. Niezależnie od tego, czy jesteś o tym przekonana, czy nie, ja, Caroline Shaw, jestem teraz panią Gregg. Co więcej, masz rację. Użyłam mojego tytułu dyrektora generalnego Shaw Corporations, by wymusić ruch Dixona, podczas gdy ty…”
Nigdy nie pozwalałam sobą pomiatać.
Nie atakowałam innych, jeśli oni nie atakowali mnie, ale jeśli to robili, zawsze sprawiałam, że słono za to płacili.
Jednakże pozwoliłam, by Dixon Gregg upokarzał mnie przez trzy lata.
Uśmiechnęłam się gorzko, mówiąc: „Jestem bogata i mogę dać rodzinie Greggów wystarczająco dużo pieniędzy. A co z tobą? Ty nie masz nic. Nie masz żadnej władzy ani umiejętności. Czy możesz zostać panią Gregg?”
Słysząc to, Gwen zbladła. Jej oczy napełniły się łzami i wyglądała niezwykle żałośnie. Każdy mężczyzna poczułby do niej współczucie.
Spojrzałam na nią i powiedziałam chłodno: „Nie udawaj przede mną żałosnej. Dixon może się na to nabrać, ale ja nie!”
Zaraz po moich słowach Gwen została popchnięta za czyjeś plecy. Dixon ukrył ją bezpieczną i całą za swoimi szerokimi ramionami. Jego czarny płaszcz sprawiał, że wydawał się jeszcze bardziej zimny i zdystansowany.
Przyglądał mi się chłodno.
Dixon zmarszczył brwi, a jego postawa była wroga, jakby bał się, że zacznę znęcać się nad Gwen.
Musiał słyszeć to, co wcześniej powiedziałam. Jednak Dixon nie należał do osób, które łatwo wpadały w gniew. Zmrużył oczy i odezwał się do mnie obojętnie: „Co ty tu robisz?”
„Właśnie spotkałam znajomą. A o co chodzi?” Spojrzałam na Gwen kryjącą się za nim i zadrwiłam: „Dixon, czyżbyś spotykał się za moimi plecami ze swoją dawną miłością?”
Kiedy Dixon usłyszał, jak nazywam Gwen jego dawną miłością, wyraz jego twarzy spochmurniał. Wydał mi bezpośrednie polecenie, mówiąc: „Wracaj do willi i czekaj na mnie. Wrócę dziś na noc do domu”.
Jego słowa zabrzmiały dziwnie. Zupełnie tak, jakby jego powrót do domu był dla mnie ogromnym darem.
Czy naprawdę byłam aż tak żałosna?
Co więcej, staliśmy w obecności jego byłej.
Drwiąc z samej siebie, powiedziała: „Pójdę do domu. Ale przypominam ci, ja mogę nie przejmować się jej istnieniem, ale twój ojciec jej nie zaakceptuje”.
Dixon zamilkł. Gwen wystąpiła zza jego pleców i chwyciła mnie za nadgarstek. Udawała ofiarę, próbując mi wyjaśnić: „Pani Shaw, proszę mnie źle nie zrozumieć…”
Nie byłam przyzwyczajona do tego, że inni mnie dotykają, i podświadomie odtrąciłam jej dłoń. Dixon w ułamku sekundy uznał, że zamierzam ją uderzyć. Odciągnął ją i objął ramionami.
Był bardzo silny, a ponieważ zostałam zaskoczona, upadłam. Moja twarz z siłą uderzyła w zimną, twardą ziemię.
Zszokowana podniosłam wzrok i zobaczyłam Dixona gładzącego Gwen po głowie. Pocieszał ją cicho: „Wszystko w porządku, Gwen”.
„Wszystko w porządku, Gwen…”
Czy cokolwiek jej się stało?
Na twarzy czułam piekący ból. Przyłożyłam dłoń do obolałego miejsca i nagle zaczęłam się śmiać.
Śmiałam się z tego, jak bardzo byłam głupia, a jeszcze bardziej z tego, w jakich złudzeniach żyłam.
Dixon zobaczył, że się śmieję, i zapytał mnie chłodno: „Z czego się śmiejesz?”
Wyraźnie wypowiedziałam każde słowo, mówiąc: „Dixon, jestem ranna”.
Mówiłam cicho i łagodnie. Dixon zamilkł, po czym odwrócił się i poprosił swojego asystenta, by zabrał mnie do szpitala, a sam odszedł z Gwen.
Przed ich zniknięciem z pola widzenia zdążyłam dostrzec zadowolony uśmieszek Gwen.
Asystent Dixona pomógł mi wstać i chciał zawieźć mnie do szpitala.
Odrzuciłam jego propozycję i pojechałam z powrotem do willi. Napełniłam wannę i wzięłam gorącą kąpiel.
Twarz pulsowała bólem, ale moje serce było odrętwiałe. Wbiłam nawet ostre paznokcie w moją ranę i zawzięcie ją rozdrapałam.
Im lepiej ją traktował, tym bardziej żałośnie wyglądałam ja.
Zamknęłam oczy. Następnie wstałam i spisałam nasze porozumienie rozwodowe. Starannie złożyłam na nim swój podpis i włożyłam dokument do szuflady.
Przez chwilę zastanawiałam się nad sytuacją, po czym weszłam do kuchni, by coś ugotować. Po skończonym sprzątaniu, czekałam na Dixona w salonie.
Powiedział, że będzie dziś w domu.
Dixon był człowiekiem, który dotrzymywał obietnic.
O trzeciej nad ranem rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Powoli odwróciłam głowę, by na nie spojrzeć. Było późno i ciemno. Dixon zapalił światło, a kiedy zobaczył mnie siedzącą na kanapie, był zszokowany. Zapytał: „Jeszcze nie śpisz?”
Wzięłam od niego płaszcz. Wciąż osiadały na nim płatki śniegu. Nosił nawet delikatny zapach Gwen z momentu, gdy przytulił ją wcześniej w ciągu dnia.
„Dixon, jeszcze nie jadłam kolacji”.
Nigdy nie potrafiłam być na niego zła, bez względu na to, jak się nade mną znęcał. Zawsze nazywałam go miękko „Dixon”, ponieważ nie zniosłabym myśli o powiedzeniu czegokolwiek złego Dixonowi Greggowi, który niegdyś był tak ciepły i delikatny.
Nawet jeśli od dawna nie był już tamtym Dixonem.
Dixon stał nieruchomo i przyglądał mi się przenikliwie. Po długiej pauzie powiedział lekko: „Caroline Shaw, od wczoraj zachowujesz się dziwnie!”
„Dixon, muszę ci coś powiedzieć”.
















