14 lutego, w Walentynki, trzydziestojednoletnia Madelyn Jent przegrała walkę z rakiem.
W sali szpitala SereneCare w Ventropolis powietrze przesycone było ostrym zapachem środków odkażających.
[Zach, lekarz wkłuł mi dzisiaj bolesną igłę do dializy.]
[Jestem na skraju śmierci. Czy mógłbyś poświęcić chwilę i mnie odwiedzić?]
[Proszę, Zach...]
Madelyn słabo odwróciła głowę i zerknęła na wiadomości tekstowe w telefonie. Mimo wysłania wielu SMS-ów, nie otrzymała od Zacha żadnej odpowiedzi.
Do jej żył podłączone były kroplówki. Jej twarz była blada, oczy zapadnięte, a ciało wyniszczone. Rak zdewastował jej kończyny, powodując ich zanik. Była całkowicie unieruchomiona, niezdolna do wykonania samodzielnie nawet najprostszych czynności. Pielęgniarka przydzielona do opieki nad nią nie pojawiała się od prawie dwóch tygodni, tłumacząc to brakiem konieczności dalszego leczenia.
Madelyn była wrażliwa na ból, ale w zaawansowanym stadium raka musiała znosić go każdego dnia. Jedyną rzeczą, która trzymała ją przy życiu, była miłość do Zacha.
Ale teraz jej niegdyś obezwładniające uczucie wygasło. Zostało jej tylko kruche i schorowane ciało.
Madelyn wyłączyła telefon i w milczeniu oczekiwała na objęcia śmierci. Ból niemal zamglił jej świadomość. Wspominała osiem lat, które poświęciła na bycie wierną żoną Zacha. Ale co zyskała na końcu? Jeden po drugim, wszyscy wokół ją opuścili, zostawiając ją samotną i ogołoconą ze wszystkiego.
Madelyn nie mogła oprzeć się myśli, że to Zach prawdopodobnie poczuje największą ulgę po jej odejściu. Gdy jej zabraknie, nie będzie już musiał patrzeć na jej twarz. Będzie mógł wreszcie zaspokoić swoje pragnienie sprowadzenia Cecilii Samford do domu jako żony.
Osiem miesięcy temu, w urodziny Zacha, Madelyn siedziała na kanapie, z niepokojem czekając na jego powrót. Było już grubo po drugiej w nocy, a starannie przygotowany posiłek na stole dawno wystygł. Zamiast Zacha, pojawił się jego asystent, niosąc pozew rozwodowy. Asystent przekazał wieści z wahaniem, mówiąc: „Proszę pani, pan Jardin nie miał wyboru. Korporacja Jardin to potężne przedsiębiorstwo, które wymaga dziedzica”.
Madelyn wymusiła blady uśmiech. Kilka lat temu była w ciąży, ale wypadek doprowadził do tragicznego w skutkach poronienia. Od tamtej pory nie mogła zajść w ciążę.
Zach, będący teraz po trzydziestce, rzeczywiście potrzebował dziedzica. Dlatego chciał się z nią rozwieść i znaleźć kobietę, która mogłaby urodzić dzieci.
Madelyn odprawiła asystenta i drżącymi rękami wybrała numer Zacha. Musiała potwierdzić, czy to naprawdę były jego instrukcje. Połączenie zostało odebrane, ale zamiast głosu Zacha, powitał ją głos Cecilii. W tej chwili tępy ból przeszył serce Madelyn.
Po odłożeniu słuchawki, Madelyn zaczęła śmiać się z samej siebie. Śmiech odbijał się echem po pokoju, mieszając się ze łzami, które napłynęły jej do oczu.
Zach był właścicielem Korporacji Jardin, podczas gdy ojciec Madelyn przed śmiercią przekazał mu Korporację Jentów. W ciągu niespełna pięciu lat od przejęcia firmy Jentów, Korporacja Jardin w jakiś sposób gwałtownie urosła, stając się znaczącym konglomeratem w Ventropolis. Zach wyrósł na dominującą postać w świecie biznesu, znaną z rozległych powiązań w półświatku i agencjach rządowych. Jego niezaprzeczalna charyzma bez trudu przyciągała gromadę zachwycających kobiet. Wśród nich Cecilia Samford była tą, która trwała przy jego boku najdłużej.
Cecilia pochodziła ze skromnego środowiska i została asystentką Zacha zaraz po ukończeniu studiów. Jej talent i metody były niezaprzeczalne. Więź między Zachem a Cecilią wydawała się przeznaczeniem; byli najlepiej dopasowanymi bratnimi duszami.
Gdyby nie Madelyn na samym początku, Zach i Cecilia mogliby być razem znacznie wcześniej, zamiast przez wiele lat ukrywać się jako potajemni kochankowie.
Małżeństwo bez miłości było niezaprzeczalnie smutnym losem.
Madelyn podpisała ugodę rozwodową, otrzymała znaczną sumę pieniędzy i została na stałe wygnana z Ventropolis. Nie mogła wrócić bez zgody Zacha. Zaledwie tydzień później otrzymała druzgocącą diagnozę: zaawansowane stadium raka.
BUM!
Były Walentynki i barwne fajerwerki rozświetliły nocne niebo, rzucając magiczny blask.
Madelyn wyrwała się z zamyślenia, a jej zmęczone powieki powoli się uniosły. Przeniosła wzrok w stronę okna i w jednej chwili jej blada twarz zastygła.
Na kolosalnym ekranie LED stał Zach. Jego twarz była uderzająco piękna, zapierająca dech w piersiach. Ubrany w elegancki czarny garnitur, emanował aurą władzy.
Zach trzymał w jednym ramieniu chłopca w wieku około pięciu lub sześciu lat, podczas gdy jego drugie ramię opiekuńczo obejmowało Cecilię. Dziecko było uderzająco podobne do Zacha.
— Panie Jardin, czy to pana dziecko z panią Samford? — zapytał jakiś głos.
— Pani Samford, wygląda pani absolutnie olśniewająco. Czekała pani latami, aż pan Jardin się z panią ożeni. Czy może nam pani zdradzić datę ślubu?
Cecilia podniosła głowę z objęć Zacha, uśmiechając się słodko i czarująco, po czym dumnie zaprezentowała diamentowy pierścionek na swojej delikatnej dłoni. — Od dzisiaj proszę zwracać się do mnie pani Jardin! Oficjalnie zawarliśmy węzeł małżeński — ogłosiła.
Madelyn zamknęła oczy, a łzy popłynęły jej po twarzy. „Zach Jardin, żałuję tego! Gdybym tylko cię nie kochała! Gdybym mogła zacząć od nowa, ja... nigdy więcej bym się w tobie nie zakochała!”
Na zewnątrz, przy akompaniamencie hucznych fajerwerków, zaczęły opadać ciężkie płatki śniegu. Oślepiające błyski oświetlały przez okno twarz Madelyn, a także jej łzy.
W dniu, w którym Zach i Cecilia składali sobie przysięgę, duch Madelyn osłabł i rozpłynął się w eterycznej krainie, opuszczając świat śmiertelników.