Stałam przed imponującym domem, a dreszcze przebiegały mi po plecach. Nie wiedziałam, co myślałam, zgadzając się na przyjęcie zlecenia, które inni porzucili, bo umówienie się na wywiad graniczyło z cudem.
Bracia D'Avenant od blisko dziesięciu lat byli legendą. Byli najbogatszymi ludźmi w całym kraju, a jednak nikt ich nigdy nie widział. Wywiązały się poważne debaty na temat powodów ich odosobnienia.
Ich rodzina istniała od stuleci, ale dopiero dziesięć lat temu pewna dziennikarka odkryła braci.
Choć nie zdobyła o nich żadnych informacji, udało jej się zrobić zdjęcie ich pleców. Przez dziesięć lat różni dziennikarze próbowali dokonać niemożliwego, prosząc o wywiad, ale oni nigdy nie odpowiadali.
Wyobraźcie sobie mój szok, gdy odpisali na moją wiadomość i wyznaczyli datę pierwszego spotkania.
Wszyscy myśleli, że to oszustwo, kiedy im to pokazałam, ale oto byłam tutaj, by udowodnić im, że ta młoda dziennikarka jest zdolna do wielkich rzeczy. Stałam się tym, kim jestem dzisiaj, dzięki pasji do dowiadywania się rzeczy, o których inni nie wiedzieli lub które pomijali bez cienia zainteresowania.
Sprawdziłam zawartość torebki, by upewnić się, że telefon i gaz pieprzowy są na swoim miejscu. Nie chciałabym stać się ofiarą, gdyby to był jakiś rodzaj podstępu.
Zerknęłam na swój strój. Aby ułatwić sobie ewentualną ucieczkę, założyłam czarne, elastyczne spodnie i czerwoną koszulę. Moje blond włosy były idealnie ujarzmione, a jednak jednemu pasmu udało się wysunąć z upięcia.
Westchnęłam.
To jest ten moment, Evelino. Czas, byś pokazała, na co cię stać. Nie, cofnij to. Czas, byś dokonała niemożliwego.
Zdobyłam zaproszenie, czym nie mógł się pochwalić żaden z dziennikarzy, którzy porzucili to zlecenie.
Ręce mi drżały, gdy szłam w stronę drzwi. Od ogromnej bramy aż po same drzwi nie było widać żywej duszy. Mimo to całe miejsce było nienagannie utrzymane.
Rezydencja była w stylu wiktoriańskim. Wyglądała jak każdy inny dom w tym stylu, a jednak wydawała się inna. Kolor złamanej bieli gryzł się ze srebrną blachą, sprawiając, że budynek wydawał się nieco… dziwny.
Podeszłam do drzwi i zapukałam, ponieważ nie było dzwonka. Takie domy widywałam tylko w filmach. Byłam przyzwyczajona do nowoczesnych budynków, gdzie naciska się dzwonek, zamiast pukać.
Nie doczekałam się odpowiedzi, więc zapukałam jeszcze raz.
Po ostatnim puknięciu rozległ się skrzyp i drzwi się otworzyły.
„Dzień dobry, jestem Evelina. Przyszłam…” Urwałam, wpatrując się w pusty próg, wstrząśnięta faktem, że za drzwiami nikogo nie było.
Mrugnęłam. „Halo?” – zawołałam, wciąż stojąc na schodach.
Serce waliło mi w piersi tak głośno, że słyszałam je we własnych uszach. Przełknęłam ślinę, zaglądając do środka, by sprawdzić, czy to jakiś żart, czy coś w tym rodzaju.
Nie dość, że przy drzwiach nikogo nie było, to w domu panowały egipskie ciemności. Powietrze wokół mnie wydawało się ciężkie.
„Halo!” – krzyknęłam z nadzieją na odpowiedź od kogokolwiek, kto otworzył drzwi.
Kiedy nie usłyszałam żadnego dźwięku, odwróciłam się z zamiarem odejścia. Jednak myśl o triumfującym uśmiechu na twarzy Vivienne, gdy dowiedziałaby się o mojej porażce, sprawiła, że podjęłam pochopną decyzję.
Weszłam do środka. „Ha… lo!” – wrzasnęłam akurat w momencie, gdy drzwi za moimi plecami zatrzasnęły się z hukiem. Z sercem w gardle rzuciłam się z powrotem i szarpnęłam za klamkę, tylko po to, by odkryć, że drzwi są zamknięte.
Cholera!
Przeszukałam torebkę w poszukiwaniu gazu pieprzowego i zacisnęłam go w dłoni, wpatrując się w ciemność, gotowa na spotkanie z kimkolwiek, kto stroił sobie ze mnie żarty.
Moje serce biło tak głośno, jakby zaraz miało wyskoczyć mi z piersi. Przełknęłam ślinę, modląc się w duchu, by to nie zamieniło się w horror.
Pisnęłam, gdy całe miejsce nagle zalało światło. Musiałam mrugać, by oczy przyzwyczaiły się do jasności po pobycie w mroku.
„Kto tam jest?” – zawołałam, rozglądając się dookoła. Byłam śmiertelnie przerażona, ale wciąż ściskałam gaz pieprzowy, jakby mógł mnie uratować przed czymkolwiek, co czaiło się w cieniu.
Nie otrzymałam odpowiedzi.
Stałam w holu, mając drzwi po obu stronach, ale nie odważyłam się ruszyć. Nogi mi drżały, a zęby dzwoniły, choć wokół panowała cisza.
Wyglądało to tak, jakbym była jedyną osobą w całym domu. Zerknęłam na drzwi, by odkryć, że nie mają dziurki od klucza ani żadnej widocznej zasuwy.
W milczeniu rozejrzałam się, modląc się, by to był tylko żart. Wyciągnęłam telefon, ale okazało się, że nie ma tu zasięgu.
Co?
Co tu się, do diabła, dzieje? Czy to nie miał być dom najbogatszych, najmłodszych miliarderów? Dlaczego ja —
„Panno Vance” – odezwał się czyjś głos.
Na ten dźwięk serce niemal przebiło mi żebra. Słyszałam w życiu wiele głosów, ale żaden nie mógł się równać z tym.
Brzmiał jak trzask ognia połączony z łoskotem zderzających się pociągów. Chrapliwy, potężny i budzący grozę.
Moje ciało nie przestawało drżeć. Zacisnęłam dłoń na gazie, upuszczając telefon na podłogę.
Zamiast go podnieść, rozejrzałam się, próbując zlokalizować źródło głosu.
„Panno Vance?”
Głos zapytał ponownie. Tym razem brzmiał na poirytowany.
„Tak!” – pisnęłam z przerażenia.
Boże.
Gdyby osoba o takim głosie została detektywem, ludzie przyznawaliby się do zbrodni, których nie popełnili.
„Straszysz ją, bracie” – odezwał się inny głos.
W przeciwieństwie do pierwszego, ten brzmiał jak roztopiona czekolada. Westchnęłam, czując potrzebę usłyszenia go ponownie. Na chwilę zapomniałam, gdzie jestem, gdy wezbrało we mnie pragnienie, by dalej go słuchać.
„Podejdź bliżej” – rozkazał pierwszy głos.
Tym razem jego ton brzmiał jak ryk fal podczas sztormowej nocy.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi zrobiłam pierwszy krok. Czułam się, jakbym była pod czyjąś kontrolą. Gaz pieprzowy i torebka upadły na ziemię, gdy je puściłam, wiedziona nagłą potrzebą spełnienia jego rozkazu.
Przy czwartym kroku wyrwałam się z tego dziwnego odrętwienia. Stanęłam w miejscu, zastanawiając się, co się właśnie stało.
Usłyszałam głośny wdech, a potem stłumione: „Niemożliwe”.