Trojacza pułapka magnata: Miliardowa zemsta

Trojacza pułapka magnata: Miliardowa zemsta

Autor: iiiiiiris

Przysługa miliardera
Autor: iiiiiiris
11 sie 2026
Poranne słońce przedarło się przez sięgające od podłogi do sufitu okna biura zarządu Obsidian, rzucając jasny blask na biurko Gideona Rothwella. Na jego tablecie internet wrzał. Nowo opublikowane zdjęcia promocyjne marki "Junior Styles" szturmem zdobyły media społecznościowe, w ciągu kilku godzin wspinając się na trzecie miejsce listy trendów wyszukiwania. Użytkownicy zalewali sekcję komentarzy pochwałami, wywołując ogromną falę ekscytacji na wszystkich platformach. – Te dzieciaki są przepiękne! – Wyglądają, jakby pobłogosławił je sam Bóg. Tak bardzo im zazdroszczę. – Kim są ich rodzice? Ich geny muszą być obłędne. – To tylko ubrania dla dzieci, ale na nich wyglądają jak luksusowa moda z najwyższej półki. Czy to zasługa ich buzi? Sekcja komentarzy pod postami tętniła życiem. Prawie wszyscy rozmawiali o oszałamiającym wyglądzie i naturalnym uroku dzieci. Gideon siedział przy biurku, ze wzrokiem utkwionym w trendach wyszukiwania. Rzadko zwracał uwagę na kampanie marketingowe, ale te dwie twarze przykuły jego spojrzenie. Chłopiec i dziewczynka na zdjęciach nie okazywali tremy. Współpracowali z niewymuszoną gracją, a ich naturalny urok bił z ekranu. W ich wyrazach twarzy kryło się wrodzone wyrafinowanie, które wydawało mu się dziwnie znajome, choć nie potrafił pojąć, dlaczego tak bardzo go do nich ciągnęło. Czuł się tak, jakby ci dwoje nieznajomych pociągało za struny w jego sercu. Pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Do gabinetu wszedł Wyatt, trzymając własny tablet z wyrazem zaskoczenia na twarzy. – Proszę pana, wyniki sprzedaży marki "Junior Styles" szybują w górę. Kampania to ogromny sukces. Wybór tych dzieci na naszych modeli był strzałem w dziesiątkę. Gideon skinął powoli głową, nie odrywając wzroku od ekranu. – I? – Otrzymaliśmy dziś również telefon z Sovereign Peak Entertainment – kontynuował Wyatt, przekładając dokumenty. – Chcą podpisać z obojgiem dzieci kontrakty na wyłączność. Sovereign Peak było największą agencją rozrywkową w Crownhaven, działającą pod parasolem Obsidian Group. Podpisanie z nimi kontraktu gwarantowało drogę do sławy. Wszyscy wybrani przez nich artyści mieli wyjątkowy potencjał i świetlaną przyszłość. Powieki Gideona lekko opadły. – Najpierw poproś o zgodę ich rodziców. Są jeszcze za małe. Nie możemy podjąć tej decyzji za nich. Wyatt zawahał się, przestępując z nogi na nogę. – W tym problem, proszę pana. W ich dokumentacji brakuje jakichkolwiek danych kontaktowych do rodziców i adresu domowego. Jedyne, co zostawili, to jeden, niezweryfikowany numer telefonu komórkowego. Gideon podniósł wzrok, marszcząc brwi. – Żadnych danych rodziców? – Żadnych – potwierdził Wyatt, przeglądając trzymane w dłoni dokumenty. – Tylko ten numer. Nawet nie mam pewności, czy jest prawdziwy. Gideon wpatrywał się w zapisane na kartce cyfry. Nagle ogarnęła go niewytłumaczalna ciekawość. Podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego. – Sam do nich zadzwonię. *** W Oceanfront Villa panował gwar. Vivienne krzątała się po salonie w pośpiechu, chwytając torebkę i wsuwając na stopy szpilki. – Skarby, mamusia wychodzi teraz do pracy – zawołała, zatrzymując się w drzwiach, by spojrzeć na trójkę swoich dzieci. – Bądźcie grzeczni, zostańcie w domu i zadzwońcie do cioci, jeśli będziecie czegoś potrzebować, dobrze? – Do widzenia, mamusiu! – odpowiedziała chórem trójka dzieci, machając małymi rączkami. Vivienne uśmiechnęła się i posłała im całusa, po czym wybiegła, by zdążyć na swój transport. Zaledwie kilka minut po tym, jak zamek w drzwiach wejściowych zatrzasnął się z cichym kliknięciem, zadzwonił telefon stacjonarny na stoliku. Troje dzieci zgromadziło się wokół migającego ekranu. Rozpoznały numer. To był ten sam, który wpisały w formularzu zgłoszeniowym do Obsidian Group. Chloe stanęła na palcach, sięgając po słuchawkę. Przyłożyła ją do ucha, mówiąc swoim najbardziej promiennym, radosnym głosem. – Halo! Tu rezydencja Jej Królewskiej Wysokości. Kto mówi? Po drugiej stronie zapadła cisza. Słodki, dziecięcy głos sprawił, że chłód w piersi Gideona nieco stopniał. – Cześć. Tu... wujek, który cię ostatnio niósł. Oczy Chloe rozbłysły. – Pan Przystojniak! To pan! – Czy twoi rodzice są w domu? – zapytał Gideon, a jego ton złagodniał. – Mamusia poszła do pracy – powiedziała Chloe, opierając brodę na dłoni, siedząc na stołku. – Dlaczego pan dzwoni, panie Przystojniak? Gideon uśmiechnął się, a w jego głosie zabrzmiało rzadkie ciepło. – Gdzie teraz jesteście? Przyjadę po was. Wyatt, stojący w pobliżu biurka Gideona, wpatrywał się w swojego szefa w całkowitym szoku. Surowy, nieustępliwy miliarder wyrzucał do kosza cały swój korporacyjny harmonogram i wysoki status. Zamierzał osobiście odebrać dwójkę dzieci? Gideon zakończył rozmowę i chwycił z biurka kluczyki do samochodu. – Proszę pana, niech ja pojadę – zaoferował pośpiesznie Wyatt, wciąż próbując przetworzyć sytuację. – Ma pan zaplanowane spotkania. Gideon rzucił kluczyki Wyattowi. – Ty prowadzisz. Wyatt złapał kluczyki, zupełnie oniemiały. *** Wyatt zatrzymał eleganckiego, luksusowego sedana przy krawężniku przed domem numer siedem w Oceanfront Villa. Przez przednią szybę zobaczył dwoje radośnie czekających dzieci. Chloe miała na sobie jaskrawożółtą spódniczkę tutu z motywem słoneczników, a jej włosy były splecione w równe warkoczyki. Obok niej stał Jaxon. Miał na sobie identyczny markowy strój, idealnie pasujący do stylu Maddoxa. Bezbłędnie naśladował swojego brata, by chronić siostrę. – Z daleka, proszę pana, wygląda to tak, jakbyśmy porywali komuś dzieci – mruknął Wyatt pod nosem, gdy maluchy podbiegły do samochodu. Gideon zignorował ten komentarz. Tylne drzwi otworzyły się i dzieci wdrapały się na przestronną tylną kanapę. Chloe natychmiast się przesunęła, siadając tuż obok Gideona z promiennym uśmiechem. – Dokąd jedziemy, proszę pana? – zapytał Jaxon, utrzymując pewny głos, spoglądając na Gideona. Gideon odwrócił głowę, jego bystre oczy uważnie taksowały chłopca. Zauważył malutki pieprzyk w kąciku oka Jaxona. Jego brew lekko drgnęła. Poczuł subtelną różnicę w zachowaniu chłopca w porównaniu do wrogiego, zaciekle opiekuńczego dzieciaka, którego poznał dzień wcześniej. Chłopiec wydawał się spokojniejszy, choć wciąż czujny. Być może po prostu nabrał do niego zaufania po ich ostatnim spotkaniu. – Jedliście już obiad? – zapytał Gideon. – Jeszcze nie – odpowiedział Jaxon, mrugając niewinnie. – Kupi nam pan coś do jedzenia? Gideon wyciągnął rękę, a jego długie palce delikatnie spoczęły na głowie Jaxona, mierzwiąc mu włosy. – Wczoraj wydawało się, że bardzo mnie nie lubisz. Skąd ta nagła zmiana? Jaxon podrapał się po policzku, wystawiając język z psotnym uśmiechem. – To dlatego, że myślałem, że jest pan złym człowiekiem. – Mój brat staje się supergroźny, kiedy uważa kogoś za niebezpiecznego – wyjaśniła szybko Chloe, popierając przykrywkę Jaxona. Kąciki ust Gideona uniosły się w rzadkim, szczerym uśmiechu. Spojrzał przed siebie w lusterko wsteczne. – Wyatt, jedź do hotelu Majestic Atrium. *** W restauracji dla zarządu hotelu Majestic Atrium panowała cisza. Reprezentacyjna sala, zazwyczaj tętniąca życiem śmietanki towarzyskiej, była pusta, z wyjątkiem personelu stojącego na baczność. Gideon wykorzystał swoje wpływy, by zarezerwować cały lokal na ich prywatny obiad. – Zamówcie, na co tylko macie ochotę – powiedział Gideon, wskazując na oprawione w skórę menu leżące przed dziećmi. Chloe i Jaxon otworzyli karty dań. Ceny były astronomiczne, przyprawiające przeciętnego człowieka o zawrót głowy, ale Chloe nie wahała się ani chwili. Wskazała małym palcem na najdroższe danie na stronie. – Maddox, chcę to! – Jasne, weźmiemy to – powiedział Jaxon, kiwając niedbale głową. – I to też! I tamto! – dodała Chloe, a jej oczy błyszczały. – Jesteś świnią? – mruknął Jaxon, przewracając oczami. Chloe parsknęła i odwróciła głowę. Gdyby był tu prawdziwy Maddox, pozwoliłby jej zamówić całe menu bez słowa skargi. Gideon obserwował ich sprzeczkę z cichym rozbawieniem, biorąc powolny łyk wody. Zdał sobie sprawę, że cieszy go ich towarzystwo, a w jego piersi zagościło nieznane uczucie ciepła. Menedżer restauracji stał z boku, pocąc się lekko, gdy notował zamówienia. Kiedy zobaczył palec Chloe spoczywający na australijskim homarze, jego twarz zrzedła. Skłonił się przepraszająco. – Najmocniej przepraszam, panienko, ale dzisiaj nie mamy australijskich homarów. Właściwie z powodu opóźnień w dostawach, żaden z ekskluzywnych hoteli w tej dzielnicy ich nie ma. Ramiona Chloe opadły, a na jej twarzy odmalował się głęboki zawód. – Och... ale homar jest moim ulubionym. Był to również ulubiony przysmak jej matki i dziewczynka miała nadzieję, że później opisze jego smak Vivienne. Gideon spojrzał na menedżera z chłodnym, acz władczym wyrazem twarzy. – Ile czasu zajęłoby dostarczenie tu samolotem transportu świeżych homarów z nadmorskiego miasta? Wyatt, stojący w kącie, poczuł, jak opada mu szczęka. Czy jego szef naprawdę sugerował transport lotniczy owoców morza tylko po to, by te dzieci mogły skosztować australijskiego homara? Koszty byłyby absurdalne. Był to poziom rozpieszczania, jakiego Gideon nigdy nikomu nie okazywał – nawet Camilli. Menedżer przełknął ślinę, kłaniając się niżej. – Panie Rothwell, jeśli zorganizujemy prywatny transport, zajęłoby to około dwóch godzin. – Proszę to zorganizować – rozkazał Gideon, nie mrugnąwszy okiem. – Niech natychmiast przylecą helikopterem. – Tak jest. Natychmiast. – Menedżer pośpiesznie oddalił się, by wykonać telefony. Chloe i Jaxon wpatrywali się w Gideona szeroko otwartymi, zdumionymi oczami. – Proszę pana, jest pan niesamowicie bogaty – wyszeptała z podziwem Chloe. Wyatt w milczeniu potarł nasadę nosa. *Trwoni dla was pieniądze, jakby to była woda*, pomyślał. Gideon pochylił się lekko, z delikatnym uśmiechem na ustach. – Czy wy dwoje myśleliście kiedyś o formalnym debiucie w branży rozrywkowej? *** Chloe przekrzywiła głowę, a jej zaplecione warkoczyki zafalowały. – Czy jakaś agencja chce z nami podpisać kontrakt, proszę pana? – Tak – odpowiedział łagodnie Gideon. – Ale tylko jeśli tego chcecie. Do niczego was nie zmuszę, jeśli wasi rodzice nie wyrażą zgody. Był szczerze ciekaw ludzi, którzy wychowali te wyjątkowe dzieci. – Chcę to zrobić! – powiedziała z zapałem Chloe. W jej głowie już kalkulowały się liczby. Show-biznes dobrze płacił. Gdyby mogły zarabiać własne pieniądze, pomogłyby matce. Gideona zaskoczyła jej natychmiastowa zgoda. – Jesteś pewna? Czy wasi rodzice nie będą mieli nic przeciwko, żebyście pracowali w tak młodym wieku? Jasne oczy Chloe złagodniały, przemknął przez nie cień smutku. – Nie mamy taty. Mamy tylko Jej Królewską Wysokość. Gideon poczuł w piersi nagły bezruch. – Jej Królewską Wysokość? – To nasza mamusia – wyjaśniła Chloe, a jej głos przeszedł w czuły, szczery ton. – Mamusia tak ciężko pracuje, żeby zarobić pieniądze, by samotnie nas wychować. Jest jej naprawdę trudno. Jeśli będziemy sami zarabiać pieniądze, zdejmiemy z niej ten ciężar i ułatwimy jej życie. Słysząc jej słowa, w piersi Gideona zakwitł ostry, opiekuńczy ból. Jego bursztynowe oczy pociemniały od nagłych, silnych emocji. Te bystre, piękne dzieci dorastały bez ojca, niosąc dojrzałość wykraczającą daleko poza ich wiek, by chronić swoją samotną matkę. Myśl o ich zmaganiach poruszyła coś głęboko w jego wnętrzu. – Czym zajmuje się wasza mamusia? – zapytał Gideon, a jego ciekawość została całkowicie rozbudzona. Jaxon oparł małą brodę na dłoniach, spoglądając na Gideona z dołu. Kiedy się uśmiechnął, w głębi jego oczu błysnął jasny, wyrachowany blask. – Nasza mamusia jest niesamowita. Jest projektantką!

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Przysługa miliardera – Trojacza pułapka magnata: Miliardowa zemsta | Czytaj powieści online na beletrystyka