Nyxine:
Kilka miesięcy… w "Piekle"!
Niedługo zajęło mi odnalezienie wejścia do "Zaginionej Domeny Wiwern", podekscytowanej faktem, że mogłam wrócić do moich przeznaczonych i zająć należne nam miejsce wśród naszego gatunku.
Wejściem była wysoka góra z płaskim szczytem, rozłupana, jakby Thor z potężnym rozmachem uderzył w nią swoim "Stormbreakerem", zrzucając majestatyczny welon na zamarznięte góry odległych kanadyjskich wysp.
Jak bardzo się myliłam?
Wielki, szkarłatny smok z czarnymi kulami zamiast oczu, przebił się przez barierę, gdy tylko podeszłam wystarczająco blisko, by ją aktywować. Jego zabójcze, ostre jak brzytwa zęby rozerwały moje skrzydło, posyłając mnie z ogłuszającym hukiem zamarzniętych odłamków i skał na kamienistą ziemię w dole.
Byłam zamroczona po zderzeniu, gdy zbliżył się do mnie wielki, majestatyczny mężczyzna o długich, prostych blond włosach, zimnych szarych oczach i ciele potężnym jak pociąg towarowy.
– Cóż, czyż to nie "balsam dla moich oczu" – zaśmiał się mrocznie, z gracją opadając na jedno kolano, podczas gdy jego długie, blond kosmyki opadły miękko na jego męskość.
– Dzięki Bogom! – wiwatowałam w duchu, gdy moje ciało powoli przybierało z powrotem moją drobną, krągłą postać, a ja ciężko dyszałam z twarzą przy ziemi.
Uniósł brew ze złowieszczym uśmieszkiem, a jego wielkie, muskularne ramiona przerzuciły mnie przez ramię. Gęsta mgła zawirowała mrocznie i poczułam dziwne mrowienie, gdy przekroczyliśmy jakąś niewidzialną barierę.
Ciemne chmury kłębiły się ciężko na niebie, rzucając cień na niegdyś majestatyczny las, zmieniając go w posępny, zimny krajobraz.
– Nefrytowa Strażniczka. Hah. – Mężczyzna odezwał się ponuro, a jego groźny śmiech wibrował mrocznie o moje wiotkie ciało, sprawiając, że przerażenie ciężko osiadło w moich myślach.
Przewróciłam oczami na arogancję tego człowieka, po czym moje ciało gwałtownie szarpnęło się pod dotykiem jego palca; poczułam potężną falę elektryczności przepływającą przez mój organizm.
Pogrążając mój zamroczony tyłek w ciemności.
Plip… plunk… plip… "Poranny loch" – jęknęłam w duchu, gdy moje ciało z bólem obudziło się do życia, pokryte siniakami, ranami i zaschniętą, lepką krwią. Otwierając opuchnięte oczy, ujrzałam tę samą ponurą, cuchnącą zgniłym zapachem celę, którą nazywałam "Piekłem" przez ostatnie kilka miesięcy.
Zwiesiłam głowę między kolanami, gdy z korytarza lochów dobiegł głuchy, cichy tupot łap.
– Nyxine, nie śpisz? – Cichy kobiecy głos zabrzmiał w mojej głowie ostrożnym tonem.
Zaśmiałam się lekko, gdy dwa małe, białe lisy wślizgnęły się przez zakratowane drzwi, pokryte grubymi warstwami błota i Bóg wie czym jeszcze, sprawiając, że i tak cuchnący loch powitał przyprawiający o mdłości aromat.
– Junia, Dashiell. W czym wyście się tarzali? – zaśmiałam się cicho, gdy ich maleńkie ciała zmieniły się w bliźnięta z mocno zmarszczonymi nosami.
– Ty też nie powinnaś mówić o "zapachu" – Dashiell posłał mi swój mroczny uśmieszek, za co otrzymał mocny cios w głowę od Junii.
– Dobra – syknął cicho Dashiell, gdy otworzyli zawiązane paczuszki z materiałem i leczniczymi maściami.
Junia była drobną dziewczyną o srebrzystobiałych włosach, poszarzałą od tego całego brudu zalegającego na jej pięknym białym futrze, podczas gdy Dashiell był klasycznym "aroganckim" bratem z tymi samymi włosami, ale gdyby nie był niedożywiony, byłby z niego całkiem przystojny młody mężczyzna.
Oboje mieli najjaśniejsze kobaltowe oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.
A potem te nawiedzające, żółtawo-zielone oczy, które dręczyły mnie za każdym razem, gdy zamykałam powieki, budząc mnie do głębokiego pulsowania w moim wnętrzu, co było gorsze niż jakiekolwiek tortury zadawane mi przez Vane'a i jego bezmózgich zbirów.
Tak, Vane, mój osobisty "złoczyńca w rezerwie", który wyrwał mnie z zimnego, kanadyjskiego nieba, siłą sprowadzając mnie z powrotem do "Zaginionej Dziczy Drakonii".
– Pieprzeni idioci! – mruknęłam ponuro, podczas gdy Junia i Dashiell pracowali nad oczyszczeniem moich najświeższych ran zadanych kiedyś zeszłej nocy, po tym, jak Vane znów wściekł się na moje milczenie.
Nawet po tym, jak Zephyrin, jego prawy zbir i zwalisty kawał Smoka, wspomniał Vane'owi, że jestem "niemową". Vane odmówił zaakceptowania faktu, że byłam jakąś "niemową", a zamiast tego "podniecał się", patrząc, jak jego banda "nie-takiej-wesołej-kompanii" bije mnie niemal na śmierć.
Zatrzymując i wznawiając bicie mojego serca korzeniem Czarciego Kła, a następnie zwalniając je Smoczym oddechem.
Rzeczy stały się nieco "zakręcone", że tak powiem, mając halucynacje z tymi wspaniałymi, żółtawo-zielonymi kulami należącymi do trzech wspaniałych "Bogów" o ciemnooliwkowej skórze.
Burczenie wymsknęło się z moich ust, przewróciłam oczami z ciężkim westchnieniem.
– Dziewczyno, musisz się uspokoić – zaśmiała się lekko Junia, odchylając moją twarz na bok i przykładając chłodną szmatkę do mojej mocno opuchniętej prawej brwi.
Dashiell uśmiechnął się swoim klasycznym uśmiechem typu "żryj gówno", po cichu oczyszczając ranę na mojej nodze, podczas gdy z moich zaciśniętych zębów wyrwał się mroczny syk.
Jego smukłe palce nacisnęły zaognione ciało, wyciskając obrzydliwą, zainfekowaną krew z rany z mrocznym drgnięciem w kąciku ust.
Nawet pomimo tak złowrogiego spojrzenia, jego palce były delikatne, gdy ścierały zainfekowaną wydzielinę, nakładając leczniczą maść z triumfalnym uśmieszkiem.
– Gotowe – zaśmiał się mrocznie, podczas gdy Junia z niedowierzaniem pokręciła głową z delikatnym uśmieszkiem.
Głośne brzęki rozległy się na korytarzu, a bliźniaki wzdrygnęły się ze strachu, zbierając zakrwawione szmatki i maści.
Szybko związując paczuszki z materiałem, cicho zmieniły się w swoje szarawe, zmatowiałe białe lisy, wślizgując się bezszelestnie przez zakratowane drzwi, podczas gdy ciche pomruki mrocznych, głębokich głosów echem odbijały się upiornie w kamiennym korytarzu.
– Pobudka. Prin! – Zephyrin warknął cicho pod nosem, a jego wielkie, muskularne palce pobrzękiwały kluczami, które głucho stukały o zamek.
Zakratowane drzwi otworzyły się z głośnym sykiem, z hukiem uderzając w kamienną ścianę; lekko wzdrygnęłam się na ten głośny dźwięk, który zadzwonił w mojej pulsującej czaszce.
Zwęziłam spojrzenie, gdy Zephyrin wkroczył do celi, niosąc ciężkie żelazne łańcuchy i "pieprzoną" obrożę.
– Do kurwy nędzy, jestem Smokiem! – Warknęłam w myślach mrocznie, gdy zbliżał się do mojego ospałego ciała, nafaszerowanego Smoczym oddechem.
Jego cienkie różowe usta wykrzywiły się w złowieszczy uśmiech, gdy jego gigantyczna pięść chwyciła garść moich splątanych, fioletowych loków. Przekręciłam ciało resztką sił, jakie mi pozostały, gwałtownie drapiąc go po klatce piersiowej, gdy obroża zatrzasnęła się głośno wokół mojej szyi. Padłam na kolana z dodatkowym ciężarem żelaznych łańcuchów, które wyglądały, jakby pochodziły z ciężarówki.
– Vane czeka – mruknął ponuro Zephyrin, chwytając potężny łańcuch w jedną rękę, jakby to była skakanka.
Siłą ciągnąc moje słabe ciało za sobą, kopałam stopami o śliski kamienny ładunek, gdy obroża dusiła powietrze w moich płucach. Ledwie rejestrowałam moje zabrudzone ziemią pazury, drapiące ciało za obrożą, gdy moje palce walczyły, by uwolnić się z żelaznej pętli.
– ZACHOWUJ SIĘ! – Zephyrin warknął mrocznie, a moje ciało zostało gwałtownie szarpnięte do kolejnego pomieszczenia, wypełnionego urządzeniami do tortur i narzędziami równo zawieszonymi wzdłuż odległej, tylnej ściany.
Upadłam z siłą na prawy bok, gdy Vane siedział niczym król, obracając kolczastą maczugę między pazurem a stołem z mrocznym, złowieszczym uśmiechem. Jego zimne, szare oczy spoglądały na mnie z mrocznym blaskiem złośliwości, gdy wstał i uklęknął przede mną.
Oderwałam gwałtownie twarz, gdy jego długie palce powędrowały w dół mojego policzka, siłą chwytając mój podbródek, bym spojrzała na jego ostre, rzeźbione rysy twarzy.
– Czy Prin ma zamiar dzisiaj przemówić? – Vane zakpił ponuro, patrząc, jak moja ręka unosi się z kamiennej podłogi, pokazując klasyczne "pierdol się" ze sporą porcją śliny spluniętą na jego twarz.
Ta gigantyczna ręka, która wcześniej obracała maczugę, opadła z miażdżącą siłą na moją szczękę, powalając mnie do tyłu z głuchym uderzeniem o kamienną podłogę. Gorzki, metaliczny posmak pokrył mój język, gdy kolejna wielka dłoń zderzyła się z moim brzuchem, wywołując gwałtowny atak suchych odruchów wymiotnych i mroczny, gardłowy kaszel.
– DLACZEGO… NIE… MÓWISZ? – Z każdym słowem spadał kolejny potężny cios, podczas gdy Zephyrin stał z tyłu z ponurym wyrazem twarzy.
Wzdrygałam się pod wpływem każdego wstrząsającego kośćmi ciosu, łapiąc powietrze, które siłą zostało wyrwane z moich płonących płuc.
– Ta uparta kobieta, śmie ze mnie kpić – warknął mrocznie Vane, a jego oddech stał się bardziej urywany, dziko krążąc w tę i we w tę; te zimne szare oczy śledziły mnie z niebezpieczną aurą.
– Zobaczymy, co będzie miała do powiedzenia, kiedy uczynię ją moją narzeczoną – Vane zaśmiał się mrocznie, wycierając krew z pięści i klatki piersiowej za pomocą brudnego, poplamionego na brązowo ręcznika, który Zephyrin rzucił mu z tyłu.
– Narzeczoną. Hah! – Ten potwór chce zrobić ze mnie swoją narzeczoną, kiedy ja mam przeznaczonych partnerów czekających na mój powrót.
– Moi partnerzy. – Ten cichy sztylet przebił moje trzepoczące serce, gdy Vane stał twardo przed poobijanym, roztrzaskanym stołem pokrytym zaschniętą krwią i Bóg wie czym jeszcze.
Wpatrywałam się w wilgotny, słabo oświetlony sufit, a moje płuca krzyczały w proteście przy każdym wdechu, czułam ciepłą, lepką ciecz swobodnie spływającą po mojej twarzy i brzuchu. Zephyrin pochylił się z bezdusznym uśmieszkiem, gdy obroża mocno zacisnęła się na mojej szyi, poczułam odrętwiające mrowienie nerwów.
– UPEWNIJ SIĘ, ŻE LISY PORZĄDNIE JĄ POSPRZĄTAJĄ! – Głos Vane'a dryfował mrocznie, gdy korytarz mijał mnie we mgle; słabo zaciskałam dłonie na obroży, by zachować świadomość.