Junia:
„Czas sprowadzić „moją oblubienicę” do domu”.
Ten protekcjonalny, mroczny śmiech odbijał się echem w mojej głowie. Kołysałam się w przód i w tył, tuląc kolana na przykurzonym, niebieskim zamszowym fotelu, skąpanym w miękkim blasku księżyca.
Zatoka była pokryta upiorną poświatą, gdy bryły lodu przesuwały się i zderzały ze sobą, a moje serce podskakiwało i zamierało przy każdym rozdzierającym
















