Trzy lata temu Seraphina Vance była „bezwilczym dziwadłem” w Watasze Vance'ów. Po tym, jak została brutalnie odrzucona przez swojego przeznaczonego partnera i wygnana do świata ludzi, wszyscy myśleli, że nie żyje – albo, co gorsza, że została ostatecznie złamana. Ale się mylili. W cieniach cyfrowego podziemia Seraphina przeszła ewolucję. Nie jest już tylko wilkiem; jest Astraeą, budzącą największą grozę hakerką w dark webie, duchem, który potrafi obalać imperia jednym naciśnięciem klawisza. Gdy wysoce ryzykowna misja zmusza ją do włamania się do Imperium Sterlingów, staje twarzą w twarz z Declanem Sterlingiem – chłodnym, bezlitosnym Alfą Watahy Żelaznej Krwi i najpotężniejszym miliarderem w mieście. On szuka hakera i szuka partnerki. Nie zdaje sobie tylko sprawy, że to jedna i ta sama osoba. Declan nie uznaje „słabości”. Pragnie Luny, która stanie u jego boku w nadciągającej wojnie między starożytnymi watahami. Wyczuwa od Seraphiny wilczy zapach, ale widzi jedynie niepokorną, ludzką dziewczynę, która odmawia uległości. Gdy dawni wrogowie zaciskają wokół niej pętlę, a Wataha Vance'ów błaga o powrót „geniusza”, którego niegdyś odrzuciła, Seraphina musi zdecydować: czy zachowa swoje sekrety i pozostanie duchem? Czy może zajmie miejsce u boku mężczyzny, który sprawia, że po raz pierwszy od lat jej wewnętrzny wilk zaczyna wyć? On pragnie jej uległości. Ona pragnie jego serwerów. Ale przeznaczenie... przeznaczenie chce ich obojga.

Pierwszy Rozdział

Seraphina "Trzask!" Porcelana eksplodowała na podłodze kawiarni w postaci białego rozbryzgu wyszczerbionych zębów. Cisza zapadła w ułamku sekundy — widelce zatrzymały się w połowie drogi do ust, oddech zamarł, jakby samo pomieszczenie bało się poruszyć. Moje palce wciąż unosiły się w powietrzu, bezużyteczne, drżące. Idealnie. Kolejny bałagan. Kolejne przypomnienie, że nigdzie nie pasuję, nawet wśród ludzi udających, że życie jest proste. "Vance." Głos menadżera ciął jak ostrze. "Co. Z. Tobą. Nie. Tak?" Przełknęłam odpowiedź, której nie miałam. "Zajmę się tym." Zimne odłamki wpijały się w moje dłonie, gdy klęczałam, a krew perliła się w postaci zgrabnych, czerwonych znaków przestankowych. Ból sprowadził mnie na ziemię. Lepsze to pieczenie niż to drugie — pusty ból w klatce piersiowej, tam, gdzie powinien żyć wilk. Udawaj. Oddychaj. Nie rozsyp się tutaj. "Posprzątaj to," warknął. "I nie zmuszaj mnie, żebym tu wracał." Nie podniosłam wzroku. Nie dałam im satysfakcji z oglądania wstydu rozkwitającego na mojej twarzy. Trzy lata od wygnania, a ja wciąż, nawet tutaj, byłam duchem we własnej skórze. Wyrzuciłam odłamki, zerwałam z siebie fartuch i wyszłam, zanim menadżer zdążył wypluć z siebie kolejne słowo w moje plecy. Na zewnątrz neony rozmazywały się na mokrej od deszczu ulicy jak siniaki. Wiatr przenikał przez moją kurtkę. Przetrwałam gorsze rzeczy. Zawsze dawałam radę. Nawet bez wilka. Ruszyłam w stronę motocykla, z dłońmi wsuniętymi głęboko w kieszenie kurtki, gdy zza rogu wyszedł pijak i zagrodził mi drogę. "Cześć, dzikusko," wybełkotał, sięgając w stronę mojej talii. "Skończyłaś zmianę? Pozwól, że postawię ci drinka." Cofnęłam się, a serce zabiło mi szybciej. "Nie jestem zainteresowana." Jego palce zacisnęły się na moim nadgarstku. "No weź, złotko. Obserwowałem cię przez całą noc. Jest w tobie coś... innego. Niebezpiecznego." Pochylił się, a jego gorący oddech owiał moją twarz. "Lubię niebezpieczeństwo." "Puszczaj." Mój głos obniżył się o oktawę, obcy nawet dla mnie samej. "To mnie zmuś," zakpił. Więc to zrobiłam. Moja pięść uderzyła w jego klatkę piersiową, posyłając go na stół. Szkło roztrzaskało się, gdy upadł z łoskotem na ziemię. "Zaatakowała mnie!" krzyknął, przyciągając uwagę wszystkich. "Ta szalona suka mnie zaatakowała!" Ludzie cofnęli się. W górę powędrowały telefony, a ekrany zalśniły, gdy zaczęli nagrywać. W drzwiach pojawiła się twarz mojego menadżera, blada z wściekłości. "Policja!" ktoś krzyknął. Kilka minut później zostałam wepchnięta na tylne siedzenie radiowozu, a pijak uśmiechał się szeroko, jakby już wygrał. Pokój przesłuchań pachniał wybielaczem i zwietrzałą kawą. Siedziałam naprzeciwko oficera Davisa, z nadgarstkami otartymi do krwi od kajdanek. "Masz dwadzieścia jeden lat?" zapytał po raz trzeci. "Tak." "Brak opiekuna?" "Brak." "Brak rodziny?" "Brak." Powtarzałam to kłamstwo tak długo, że pasowało mi lepiej niż prawda. Drzwi się otworzyły. Stukot obcasów — ostry, drogi, ostateczny. Veronica Vance. Moja matka. Podpisała dokumenty zwalniające, nie patrząc mi w oczy. Dopiero gdy wyszłyśmy na zewnątrz, zadała sobie trud, by na mnie spojrzeć — a potem jej dłoń trzasnęła mnie w policzek. "Trzy lata," syknęła. "Trzy lata milczenia, i tak właśnie znowu pokazujesz swoją twarz? Wyciągnięta z ludzkiego komisariatu jak pospolity zbir?" Dotknęłam policzka, oszołomiona. "To nie było..." "Zamilcz." Jej oczy przewiercały mnie jak ostrza. "Zostałaś wydalona nie bez powodu. Nie myśl, że wygnanie uczyniło cię mądrzejszą. Wciąż jesteś skazą. A skazy... trzyma się w ukryciu." Spojrzała na zegarek, już znudzona. "Twój dziadek chce, żebyś wróciła do domu. Nie zmuszaj mnie do tracenia więcej czasu na sprzątanie twojego bałaganu." Prawda we mnie uderzyła. "Więc dlatego tu jesteś. Winston cię przysłał." Jej wyraz twarzy nie uległ zmianie. "Zamknij się dziś na noc," powiedziała. "Dzisiaj jest pełnia." Prychnęłam śmiechem. "Doskonale wiesz, że mój wilk opuścił mnie trzy lata temu." Wróciłam, by znaleźć moje Ducati. Silnik zawarczał, gdy go uruchomiłam. Zostawiłam ją na chodniku i pędziłam na motocyklu, aż światła miasta rozmyły się w jedną plamę żółci i czerwieni. Droga na obrzeża przypominała otwartą gardziel. Jechałam ostro, a wiatr targał moją kurtką. Księżyc wisiał ciężki i biały nad drzewami. Trzy lata. Przez trzy lata znosiłam tę pustkę. Każdej pełni czekałam na powrót mojego wilka, zdesperowana, by udowodnić, że białe wilki nie są przeklęte, jak wszyscy wierzyli. Ale za każdym razem nic się nie działo. Dodałam gazu i gnałam przed siebie, próbując uciec przed własnymi myślami — wtedy go zobaczyłam. Ciało na poboczu drogi. Śliskie od krwi, księżyc rzucał srebrne cięcia na jego skórę. Dwie sylwetki z bronią. Błysk srebra. Łowcy. Mój puls przyspieszył. Powinnam była odjechać. Ale jego oddech — płytki, uparty — ciągnął mnie naprzód. Zgasiłam silnik, wślizgnęłam się między drzewa. "Kto tam?" Łowca się odwrócił. Zobaczył mnie. Uśmiechnął się. "Nie powinnaś była tego widzieć." Srebrny strzał syknął mi koło ucha. Instynkt — nie wilka, już nie, po prostu przetrwania — przejął kontrolę. Wpadłam na niego, wyrwałam mu broń, powaliłam na ziemię. To samo gówno, które wpajali mi na tamtej wyspie trzy lata temu. Zabij albo daj się zabić. Ciężko dysząc, odwróciłam się do rannego mężczyzny. "Obyś był tego wart," mruknęłam. Był wysoki, barczysty, z rodzajem prezencji, która sprawiała, że powietrze wydawało się cięższe. Zdecydowanie nie był człowiekiem. Uderzył mnie zapach — żywicy sosnowej, wilgotnej ziemi i czegoś żywego, ostrego. Przycisnęłam palce do jego boku, by zlokalizować ranę. Drgnął. Jego dłoń wystrzeliła w górę i zacisnęła się na moim nadgarstku. Oślepiająco gorący puls przeszył moje ramię, jakby ktoś potarł zapałką o moją kość. Nie. Nie, nie, nie... Wyrwałam dłoń instynktownie, ale było już za późno — moje paznokcie pękły i rozdzieliły się. Skóra napięła się, gdy szorstkie futro przebiło się w mgnieniu oka. Byłam zbyt oszołomiona, by wykrztusić słowo. Nagle oczy mężczyzny — burzowo szare mimo krwi — otworzyły się i wbiły we mnie. Jego głos był ledwie ludzki, zdarty do żywego: "Moja." Ledwie zarejestrowałam jego słowa, zahipnotyzowana białym futrem, które wybuchało na mojej skórze jak pożar. Trzy lata. Liczyłam każdy jeden dzień. Trzy lata bycia połową człowieka, przytakiwania, gdy mówili, że może tak będzie najlepiej, że może w ten sposób jestem bezpieczniejsza. Trzy lata gryzienia się w język aż do krwi, zamiast krzyczeć na niesprawiedliwość tego wszystkiego. Ale teraz mój wilk się poruszył, przeciągając się, jakby budziła się z długiego snu. A wraz z nią wróciło wspomnienie tego, kim kiedyś byłam. Mylili się w tak wielu kwestiach. A ja skończyłam z byciem ich ofiarą.

Odkryj więcej niesamowitych treści