Pierwszy Rozdział
Perspektywa Sofii
Starłam łzy z kącika oka, mając nadzieję, że nikt nie widział, jak płaczę, i że tusz się nie rozmazał przez moje niekończące się łzy. Byłam nieszczęśliwa, wciąż nie mogłam uwierzyć, że pierwszy raz zobaczę mojego przyszłego męża, gdy będę szła do ołtarza, a on będzie na mnie czekał na jego końcu.
Przynajmniej miałam nadzieję, że tam będzie i że nie ucieknie. Nie dlatego, że szczególnie chciałam go poślubić, ale dlatego, że wystawienie mnie do wiatru przed ołtarzem na oczach całego świata byłoby bardzo upokarzające.
– Panno Baker? – Kiedy po raz ostatni poprawiłam tę suknię ślubną w stylu księżniczki od Versace, zawołała mnie jedna z trzech kobiet, które podążały za mną od momentu, gdy weszłam do tej rezydencji, i spojrzałam na nią.
– Tak?
– Pana dziadek czeka na panią na zewnątrz. Czas.
Czas. Czas wyjść za mąż za mężczyznę, którego nie znasz.
Przytakując, spojrzałam na siebie w lustrze po raz ostatni, upewniając się, że żadna łza nie zniszczyła mojego makijażu, a następnie wyszłam z pokoju i zeszłam po schodach do długich drewnianych drzwi, z których miałam wyjść. Suknia ciągnęła się za mną, a czterocalowe obcasy, które miałam na sobie, były niewygodne.
Czułam się osaczona, jakbym miała znowu za chwilę się rozkleić.
– Sofio! – Oczy mojego dziadka rozjaśniły się, kiedy mnie zobaczył, a moje zmiękły, patrząc na niego w jego niebieskim smokingu. To wszystko dla niego, przypomniałam sobie, potrzebował pieniędzy.
– Dziadku – uśmiechnęłam się do niego łagodnie, spiesząc się, by do niego dotrzeć, zanim on podejdzie do mnie. Kiedyś był wysoki i wysportowany, ale lata chemioterapii wyssały z niego siłę.
– Och! Wyglądasz pięknie! – W jego oczach zalśniły łzy. – Szkoda, że twoi rodzice nie mogą cię takiej zobaczyć.
Przełknęłam gulę, która uformowała się w moim gardle, gdy złapałam go za rękę, kiedy do niego dotarłam. – Jesteś szczęśliwy, dziadku?
– Bardzo – rozpromienił się. – Będziesz miała zapewnioną opiekę, kiedy mnie zabraknie. Gabriel to dobry człowiek.
Przytaknęłam. Nie byłam szczęśliwa, ale on nie musiał o tym wiedzieć.
– Jesteś gotowa? – zapytał szeptem, gdy objęłam go ramieniem i stanęliśmy przed zamkniętymi drzwiami.
– Tak gotowa, jak tylko mogę być.
Na znak drzwi się otworzyły. Ludzie stali po obu moich stronach, gdy wyszłam na alejkę, wszystkie oczy zwrócone na mnie. Kilka stłumionych szeptów. Błyski fleszy.
Głęboki wdech. Głęboki wydech.
Spojrzałam w górę. Pomimo starannie zaplanowanej ekstrawagancji, na którą rodzina Whitlocków wydała setki tysięcy dolarów, osobą, która przykuła mój wzrok, był mężczyzna stojący na końcu alejki.
Gabriel Whitlock.
Wyszukałam go w Google. Wiedziałam o jego brązowych oczach i ciemnych włosach, jego krzywym uśmiechu, jego szerokich, muskularnych ramionach i jego pełnej gracji postawie, ale moje serce wciąż zabiło mocniej, gdy nasze oczy się spotkały.
Och, tak bardzo pragnęłam, żeby to była bajka, która się spełniła, a nie koszmar małżeństwa, w którym miałam zostać uwięziona.
Patrzył na swój zegarek i zmarszczył brwi, kiedy spojrzał w górę, co zmieniło się, gdy mnie zobaczył. Emocja, której nie mogłam rozszyfrować, przemknęła przez nie, a ja skręciłam się pod jego badawczym spojrzeniem.
Zszedł, kiedy dotarłam do końca, wyciągając do mnie rękę w doskonale wyćwiczonym geście, a flesze aparatów błyskały bardziej niż kiedykolwiek, gdy mój dziadek położył moją rękę w jego, jakby tradycyjnie powierzając mnie jemu.
Jego dłoń była szorstka i duża, a moja wydawała się taka mała w jego. Och, co za niedopasowanie.
– Hej – wymamrotałam ponad słowami księdza, zaskakując samą siebie. Nie planowałam tego. Mój głos był tak cichy, że nie byłam pewna, czy mnie usłyszał, ale usłyszał. Jego oczy skierowały się ku mnie, zatrzymując się na mnie na krótkie kilka sekund.
Jego szczęka się zacisnęła, a potem odwrócił wzrok.
Nie spojrzał na mnie przez resztę czasu, a moje policzki wciąż płonęły ze wstydu, gdy wtrąciły się te okropne słowa: – Czy ty, Gabrielu Whitlocku, bierzesz Sofię Baker za swoją prawowitą żonę?
– Tak – w końcu się do mnie odwrócił, a ja przygryzłam dolną wargę.
– A czy ty, Sofio Baker, bierzesz Gabriela Whitlocka za swojego prawowitego męża?
To było duszące. Strój, który miałam na sobie, kosztował więcej niż moje mieszkanie. – Tak – odpowiedziałam.
– Gabrielu, możesz pocałować swoją żonę – ogłosił celebrans, a cały świat zniknął, gdy podszedł do mnie, górując nade mną pomimo wysokich obcasów, które miałam na sobie. Jedna z jego rąk odgarnęła moje luźne kosmyki i przytrzymała mój policzek, gdy pochylił się, by delikatnie złożyć usta na moich.
To było ledwie muśnięcie.
I równie szybko się odsunął, jakby w ogóle nie powinien mnie całować.
* * *
Nie uczestniczyliśmy w przyjęciu weselnym.
Po ślubie zostałam z powrotem wprowadzona do środka przez mojego dziadka.
– Wygląda na to, że Gabriel nie może się doczekać, żeby cię poznać – zaśmiał się cicho mój dziadek, a ja rozważałam chęć przewrócenia oczami.
– Absolutnie nie mogę – głos Gabriela rozległ się z tyłu, a na jego ustach pojawił się uroczy, ale formalny uśmiech.
– Zaopiekuj się dobrze moją Sofią, dobrze?
– Nie będzie miała okazji narzekać – nawet na mnie nie spojrzał. – Ale teraz ci ją ukradnę.
Dziadek uśmiechnął się smutno, a ja mocno go uściskałam. – Odwiedzę cię jutro – obiecałam mu. – Nie zapomnij o lekach.
Przytaknął. Miał spędzić kilka następnych dni z dziadkami Gabriela, którzy przypadkiem byli jego przyjaciółmi z college'u. Spotkałam ich już kilka razy. Odwiedzali nas dość często po usłyszeniu o chorobie dziadka.
– Uśmiechnij się – szepnął Gabriel, gdy zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz, zmuszając mnie do spojrzenia na niego.
– Co?
– Powiedziałem... uśmiechnij się.
Zmarszczyłam brwi jeszcze bardziej, zdezorientowana, ale gdy tylko wyszłam na zewnątrz, dziesiątki świateł aparatów błysnęły mi w oczy. Wszędzie byli reporterzy, zadający nakładające się na siebie pytania, których nie mogłam usłyszeć.
– Czy to prawda, że to zaaranżowane małżeństwo?
– Czy to prawda, że to pierwszy raz, kiedy się spotykacie?
– Panie Whitlock, co się stało z pana związkiem z panną Grant?
Niewiele z tego rozumiałam, tylko Gabriela. Owinął jedno ramię wokół moich pleców, przechylając ciało na bok, jakby chciał mnie osłonić przed błyskami fleszy, gdy prowadził nas do limuzyny na końcu ścieżki, i szybko pomógł mi wejść do środka.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, łagodność, z jaką rozmawiał z moim dziadkiem i okazywał przed kamerami, zniknęła, a jego szczęka się zacisnęła, a oczy znów spoczęły na zegarku.
Odkaszlnęłam. – Czy to u ciebie normalne?
– Tak.
Spojrzał na zewnątrz, gdy kierowca odjeżdżał od chaosu, ledwie rzucając mi spojrzenie.
Znowu się odezwałam. – Jestem Sofia... Baker.
Tym razem spojrzał na mnie, jakbym była głupia. – Wiem – powiedział beznamiętnie.
Po tym zamknęłam się.
Najwyraźniej nie był zainteresowany rozmową ze mną. Poczułam się zawstydzona, że próbowałam w kółko, i powróciła chęć płaczu. Zawsze wiedziałam, że to nie będzie nierealistyczna bajka, w której on patrzy na mnie po raz pierwszy i szaleńczo się zakochuje, ale miałam nadzieję, że przynajmniej na mnie spojrzy. I porozmawia ze mną. Albo zgodzi się być przyjacielem. Albo coś.
Ale z tym, jak się ze mną zachowywał, równie dobrze mogłam poślubić robota.
Po dwudziestu minutach ciszy, bez muzyki, z podniesionymi oknami i zapachem lekkiego odświeżacza powietrza zmieszanego z klimatyzacją samochodu, który mnie dusił, znowu się odezwałam. – Czy cię jakoś uraziłam?
– Cóż, tak – uniósł do góry brew. – Wyszłaś za mnie.






