Alfa Gideon po raz kolejny stanowczo odesłał mnie do moich pokoi, podczas gdy sam poszedł pocieszyć córkę, prawdopodobnie chcąc zapytać ją bez świadków o to, co się stało. Teraz, będąc w pokoju, wciąż nie mogłam przestać myśleć o tym spotkaniu. Nie o Gideonie czy Blair, ale o niej.
Maisie.
Musiała być bystrą dziewczynką, skoro potrafiła wymyślić tak zawiłą historię o byciu córką pokojówki, podczas gdy w rzeczywistości była córką Alfy.
Blair nie potraktowała córki Alfy zbyt dobrze podczas tej wymiany zdań. Zastanawiałam się, czy udawałaby większe zachwyty nad nią, gdyby wiedziała, kim jest. Nawet jeśli tak, ta fasada i tak nie trwałaby długo, bo ona niespecjalnie przepadała za dziećmi.
Z kolei ja już tęskniłam za tą pełną życia małą istotką. Pomyślałam o jej wieku – musiała mieć około sześciu lub siedmiu lat. Dokładnie tyle samo, ile miałaby moja córeczka.
Gdyby moje dziecko wciąż było ze mną, czy byłoby tak słodkie i żywiołowe jak Maisie? – zastanawiałam się.
Często myślałam o tym, jaka by była. Czy urosłyby jej długie, ciemne włosy jak moje? Czy miałaby zadarty nosek? Czy kochałaby śpiewać i tańczyć?
Ostatni raz widziałam ją jako niemowlę. Urodziła się przedwcześnie i kiedy przebywała na oddziale intensywnej terapii noworodka, została skradziona.
Przez dwa lata jej szukałam. Jeździłam wszędzie, gdzie tylko mogłam, rozwieszałam plakaty, spędzałam noce błąkając się po lasach, poboczach autostrad i parkingach dla ciężarówek, próbując ją odnaleźć. Władze twierdziły, że robią, co w ich mocy, ale… nie czułam, by to wystarczyło.
A potem, pod koniec tych dwóch lat, przyszła wiadomość.
„Przykro nam. Uznajemy pani córkę za zmarłą”.
Mówili, że zaginione niemowlęta rzadko przeżywają tak długo. Że nie mogą dalej marnować zasobów na sprawę bez wyjścia.
Był pogrzeb, mała pusta trumna. Ale ja wiedziałam, że ona nie umarła.
Nigdy nie przestałam szukać. Nigdy. Nawet gdy wszyscy myśleli, że kompletnie mi odbiło. A teraz po prostu musiałam spłacić ten dług medyczny, żeby móc wrócić do poszukiwań, bo praca zabierała mi cały czas.
Nagle rozległo się pukanie do moich drzwi. Otworzyłam je i ujrzałam uprzejmie uśmiechniętą pokojówkę.
– Obecność wszystkich uczestniczek próby jest wymagana w salonie – powiedziała oschle. Zastanawiałam się, czy to oznacza, że pozwolono mi zostać, ale zanim zdążyłam zapytać, odeszła zapukać do następnych drzwi. Niemniej jednak udałam się do salonu i zajęłam miejsce w jednym z pluszowych foteli przy oknie.
Pozostałe uczestniczki wchodziły jedna po drugiej, rzucając mi albo mordercze spojrzenia, albo pełne zaciekawienia miny, zajmując miejsca w pokoju. Kilka minut po tym, jak wszyscy się zebrali, do sali wszedł czarujący mężczyzna o krótkich brązowych włosach i zielonych oczach.
– Witam panie. Jestem Beta Brooks, zastępca Alfy Gideona. Zebrałem was tutaj, by ogłosić bal piękności, którego gospodarzem będzie Alfa. – Lustrował pokój, gdy mówił. Dziewczyny zareagowały radosnym świergotem na te nowiny, ale ja tylko zastanawiałam się, czy to oznacza, że nie zostanę wyrzucona.
– Oczywiście – kontynuował Beta Brooks – bal jest częścią prób, podczas których każda z was zostanie wzięta pod uwagę jako potencjalna partnerka Alfy, ale to wydarzenie niesie ze sobą jeszcze jedną korzyść. Podczas wieczoru będziecie oceniane pod kątem mody, wyglądu i wdzięku, a pięć najlepszych uczestniczek otrzyma nagrody pieniężne, przy czym dla zwyciężczyni przewidziana jest pokaźna suma stu tysięcy dolarów.
Otworzyłam oczy szeroko z szoku. Ta kwota zdecydowanie podniosła stawkę – pozwoliłaby mi całkowicie spłacić dług medyczny i jeszcze trochę by zostało, abym mogła skupić się na odnalezieniu córki, nie musząc przez jakiś czas pracować.
Musiałam wygrać te pieniądze. Za wszelką cenę.
– A teraz. – Beta klasnął w dłonie i do sali wbiegła grupa pokojówek. – Zostaniecie zaprowadzone do garderoby, gdzie będziecie mogły wybrać coś z szerokiej gamy sukni. Wybierajcie mądrze. – Uśmiechnął się do nas i wyszedł, podczas gdy pokojówki zaczęły kierować dziewczyny do garderoby.
Wybór sukien był ogromny, obejmował kreacje w każdym możliwym fasonie, długości, kolorze i rozmiarze. Z boku, na jednym ze stojaków, znajdował się też wybór tkanin, na wypadek gdyby któraś chciała coś uszytego na zamówienie – z tym zastrzeżeniem, że musiałaby stworzyć tę suknię sama.
Oczywiście Blair i jej klika natychmiast znalazły najdroższe markowe suknie i rzucały złośliwe uwagi każdemu, kto się do nich zbliżył. Byłam zaskoczona, że ona w ogóle jeszcze tu jest po tym popisie z córką Alfy. Może Gideon chciał dać jej szansę, by zrobiła z siebie kompletną idiotkę przed wszystkimi.
Zignorowałam przyrodnią siostrę i zdecydowałam się wziąć trochę materiałów: prostą czarną sukienkę o ołówkowym kroju oraz inne dodatki, których potrzebowałam do stworzenia własnej kreacji, po czym cicho wróciłam do swojego pokoju. Ta prosta sukienka miała być moją bazą, którą zamierzałam poddać poważnym modyfikacjom.
Moja zmarła matka była krawcową, a umiejętność tę przekazała mi. Jako dziecko siadałam u jej stóp, gdy własnoręcznie szyła garnitury i suknie dla elit naszego społeczeństwa; czasem zostawała całą noc, by skończyć dany model, a ja zasypiałam zaplątana w spódnice i bele materiału.
Umiejętność szycia była jedyną rzeczą, jaka mi po niej została po jej śmierci. Teraz często w wolnym czasie szyłam własne ubrania, wykorzystując rzeczy z lumpeksów i skrawki materiałów, by stworzyć coś wspaniałego.
To zadanie było proste w porównaniu z tym, zwłaszcza mając do dyspozycji wszystkie te zasoby.
Po dwóch dniach pracy wreszcie ją skończyłam. Suknia była przepiękna – to, co niegdyś było zwykłą czarną sukienką, teraz stało się długą, zwiewną kreacją z koronkowymi rękawami i haftowanym gorsetem. Przez gorset przetykane były srebrne i złote nici, tworzące subtelne różane wzory.
Dodałam ten ostatni element w ostatniej chwili, przypominając sobie krzew róży, który narysowała Maisie. Nie byłam pewna dlaczego, po prostu pomyślałam, że będzie to miły akcent.
Gdy cofnęłam się o krok, by podziwiać swoje dzieło, nie mogłam być szczęśliwsza z efektu końcowego. Wiedziałam, że gdyby mama tu była, też byłaby ze mnie dumna.
Jednak przez ostatnie dwa dni siedziałam zamknięta w pokoju, pracując nad suknią, a mój żołądek zaczął burczeć z niezadowolenia, więc poszłam do wspólnej kuchni, by znaleźć coś do jedzenia. Chwyciłam gotową kanapkę i sok pomarańczowy, po czym skierowałam się z powrotem do pokoju.
Nie udeszłam daleko, gdy na korytarzu minęła mnie Blair z triumfującą miną. W ręku trzymała nożyczki. – Ładna suknia. – Kłapnęła nożyczkami w moją stronę z obłąkańczym uśmiechem, śmiejąc się, gdy mnie mijala.
Moje oczy się rozszerzyły i pobiegłam do pokoju.
Jęknęłam z przerażenia na widok, który zastałam. Strzępy koronek i czarnej tkaniny były rozrzucone po całym pokoju, a nitki wisiały i kołysały się na przeciągu. Pocięła moją pracę na kawałki, niszcząc ją całkowicie, bez możliwości naprawy.
Jęknęłam i upuściłam jedzenie, a w moich oczach stanęły łzy.
Wściekłość na to, co zrobiła Blair, zaczęła kotłować się w moim żołądku, ale bardziej niż to, czułam… beznadzieję.
Nie było już czasu, by to naprawić – bal był dzisiaj wieczorem. Będę musiała błagać personel o cokolwiek innego do ubrania, a pewnie zostały tylko najbrzydsze suknie.
Z fuknięciem wzięłam jedzenie i wyszłam do ogrodów. W tej chwili nie mogłam znieść przebywania we własnym pokoju.
Siedziałam i żułam kanapkę w kompletnym przygnębieniu. Straciłam szansę na nagrodę. Nie było sensu nawet tam iść dzisiaj wieczorem.
Nagle usłyszałam odgłos małych kroków. Podniosłam wzrok, mając pełne usta jedzenia, i zobaczyłam Maisie podskakującą w moją stronę. Uśmiechnęła się szeroko, widząc mnie, i podbiegła, ale zwolniła, gdy zauważyła łzy w moich oczach.
– Co się stało?
Westchnęłam, niepewna, ile mogę jej wyjawić. Była przecież tylko dzieckiem. Ale było w niej coś takiego… Coś, co sprawiało, że czułam się swobodnie.
– Moja suknia na bal została zniszczona – przyznałam. – Pamiętasz tę niemiłą panią sprzed kilku dni? Pocięła ją całą. – Zrobiłam palcami ruch naśladujący nożyczki, na co Maisie wzdrygnęła się.
Przez chwilę stuknęła się w podbródek, po czym nagle złapała mnie za rękę. – Chodź – ponagliła mnie, a ja nie miałam innego wyjścia, jak pójść za nią. Była silna jak na sześciolatkę.
Po kilku minutach ciągnięcia mnie przez kręte korytarze i wąskie schody, zaprowadziła mnie do pokoju na górze. Położyła palec na ustach i uśmiechnęła się, wyjmując klucz spod pobliskiego wazonu, po czym przekręciła go w zamku.
Gdy pchnęła drzwi, uderzył mnie zapach stęchlizny i pajęczyn. Zakaszlałam, machając ręką przed twarzą. Ale potem moje oczy się rozszerzyły.
Wewnątrz pokoju znajdowała się wielka szklana gablota. A w tej gablocie… była olśniewająca suknia balowa.
Ale nie byle jaka suknia.
– To dzieło mojej matki – szepnęłam. Podeszłam bliżej szklanej gabloty, podziwiając ją.
Rozpoznałabym kunszt mojej matki wszędzie, ale ta suknia zapierała dech w piersiach w szczególny sposób. Mieniła się w blasku wbudowanych świateł gabloty, a koraliki łapały poświatę niczym tysiące małych, tańczących pereł. Ogromna spódnica rozszerzała się niczym wielka, lśniąca kopuła, a długie rękawy, bufiaste przy ramionach, zwężały się, tworząc smukłe mankiety zachodzące na wierzch dłoni.
Pamiętałam, jak moja matka szyła tę suknię i mogłam śmiało powiedzieć, że nigdy nie spodziewałam się zobaczyć jej ponownie.
Mama otrzymała zamówienie na tę suknię, gdy miałam zaledwie pięć lat, i był to jeden z pierwszych projektów, o których narysowanie mnie poprosiła. Z dumą pokazałam jej rysunek, a po kilku poprawkach moja mama zamieniła mój dziecięcy szkic sukienki księżniczki w idealną suknię balową.
To był jeden z naszych najbardziej dumnych wspólnych momentów – nasze pierwsze wspólne dzieło.
– Nie mów tatusiowi – szepnęła konspiracyjnie Maisie, wyciągając z kieszeni pęk kluczy i brzęcząc nimi w powietrzu.
















