„Bip”
„Bip”
„Bip”
„Bip”
„Bip”
Moje uszy zarejestrowały irytujący dźwięk, gdy z trudem próbowałam otworzyć oczy. Zajęło mi kilka minut, zanim wzrok przyzwyczaił się do otoczenia. Początkowo byłam zdezorientowana, nie wiedząc, gdzie się znajduję.
Stopniowo pamięć zaczęła wracać. Powoli przypominałam sobie miejsce i powód, dla którego czułam się tak słaba i odrętwiała.
Prawie natychmiast weszła pielęgniarka. Gdy mnie zobaczyła, jej oczy rozbłysły, jakby zupełnie nie spodziewała się, że będę przytomna.
Podeszła do mojego łóżka i sprawdziła parametry.
– Dzień dobry, jak się pani czuje? – zapytała łagodnie.
Próbowałam coś powiedzieć, ale z mojego gardła wydobył się jedynie chrapliwy dźwięk.
Kobieta wybiegła z sali i wróciła po chwili ze szklanką wody.
Wypiłam ją łapczywie, zdając sobie sprawę, jak bardzo byłam spragniona.
Odchrząknęłam i spróbowałam ponownie.
– Dobrze… Co się ze mną stało? – zapytałam cichym, ochrypłym głosem.
– Już myśleliśmy, że panią straciliśmy – odparła.
– Proszę poczekać, muszę dać znać lekarzowi, że się pani w końcu obudziła – dodała i pośpiesznie wyszła.
Prawie natychmiast pojawił się lekarz. Podszedł do mnie, wykonał kilka badań i w końcu przemówił:
– Jak się pani czuje? – przyglądał mi się uważnie.
– Jestem słaba i odrętwiała – odpowiedziałam, brzmiąc już nieco lepiej.
– Co się wydarzyło?
– Po operacji nie chciała się pani obudzić. Próbowaliśmy różnych metod, ale nie było żadnej reakcji. Była pani w śpiączce przez trzy miesiące. Myśleliśmy, że to koniec – poinformował mnie.
– Trzy miesiące… – powtórzyłam, próbując poskładać fakty, bo moje wspomnienia były mgliste. Po kilku sekundach wszystko do mnie dotarło.
– Julian – powiedziałam, rozejrzawszy się po sali.
– Gdzie jest Julian? Jak on się czuje? – zapytałam lekarza.
– Och, z nim wszystko w porządku. Przeszczep się udał, został wypisany dawno temu, jakieś dwa miesiące temu – wyjaśnił.
Odetchnęłam z ulgą. Cieszyłam się, że wyzdrowiał.
– Kiedy przyjdzie mnie odwiedzić? – zapytałam podekscytowana.
– Eee… – lekarz podrapał się po głowie.
– Kiedy przyjdzie? – powtórzyłam, tym razem już zdenerwowana.
– On nie przyjdzie, kochana. Nie postawił tu nogi, odkąd wyszedł ze szpitala.
– Co?! – krzyknęłam, co wywołało ostry ból w brzuchu. Przez moment nie mogłam złapać tchu.
– Hej, spokojnie, pani rany wcale się jeszcze nie zagoiły – powiedział, doskakując do łóżka.
– Nie rozumiem. Proszę mi powiedzieć, kiedy mój chłopak mnie odwiedzi – mówiłam, podczas gdy gorące łzy spływały mi po policzkach.
– On nie wróci, dziecko. Słyszałem, że rodzice wywieźli go z kraju natychmiast po wypisie – dodał lekarz.
– To nieprawda! – zdołałam jeszcze krzyknąć, znów czując przeszywający ból w podbrzuszu.
– Musi pani przestać krzyczeć, robi pani sobie krzywdę – próbował mnie uspokajać.
Nie dbałam o to. Chciałam po prostu zobaczyć mojego chłopaka, dla którego wylądowałam w szpitalu. Żaden ból fizyczny nie mógł równać się z tym, który czułam w sercu.
Płakałam, widząc przed oczami tylko jego twarz i błagając w duchu, by przyszedł, by okazało się, że ta gorzka wiadomość to tylko jakiś okrutny żart.
– Hm, to nie wszystko, proszę pani – powiedział lekarz, odchrząkując.
– Wszystkie rachunki muszą zostać opłacone przez panią. Zarówno pani koszty, które narosły przez trzy miesiące nieprzytomności, jak i rachunki Juliana od dnia przyjęcia do dnia wypisu, a także koszt samego przeszczepu nerki. Poinformowano mnie, że wyraziła pani na to zgodę, składając podpis pod umową.
W głowie zaczęło mi szumieć na sam dźwięk jego imienia.
– O jakich rachunkach i podpisach pan mówi? – wykrztusiłam.
– Wszystkie rachunki… Pani podpis widnieje na zobowiązaniu do pokrycia wszelkich kosztów – dodał lekarz.
– Ach… – westchnęłam, czując, że powoli tracę przytomność.
– O nie! – usłyszałam krzyk lekarza.
– Pielęgniarka! – zawołał ponownie. Uśmiechnęłam się, bo prawie nie czułam już bólu. Żadnego bólu serca, żadnego bólu brzucha. Tylko błoga nicość.
„Bip”
„Bip”
„Bip”
„Bip”
„Bip”
Obudziłam się z jękiem na dźwięk tego irytującego pikania, powoli otwierając oczy.
Rozejrzałam się. Byłam sama w szpitalnym łóżku.
Próbowałam usiąść, ale opadłam z powrotem z grymasem bólu. Głowa mi pękała, czułam się, jakby przejechała po mnie ciężarówka.
Wkrótce weszła pielęgniarka, mruknęła: „W końcu się pani obudziła”, przeprowadziła badania i zapytała, czy czegoś potrzebuję. Nie trudziłam się, by o cokolwiek pytać. Po chwili wyszła.
Czułam, jak kręci mi się w głowie, gdy przypominałam sobie informacje, którymi mnie uraczono przed utratą przytomności.
Wciąż pod wpływem leków, powoli znów zapadłam w drzemkę.
*
Minęły trzy dni, odkąd ostatecznie się wybudziłam, i wciąż żałowałam, że to nastąpiło.
Na szafce nocnej leżała kartka z listą wszystkich skumulowanych rachunków z ostatnich miesięcy – moich i jego – z moim podpisem na dole, potwierdzającym zobowiązanie do spłaty.
Podpis mnie nie zdziwił. Julian wiedział o mnie wszystko, znał mój charakter pisma i kody PIN. Nie można mnie winić – wyobraźcie sobie, że spotykacie się z kimś ponad trzy lata i myślicie, że to ten jedyny „na zawsze”. Dzieliłam z nim dosłownie wszystko. Zaśmiałam się gorzko, przypominając sobie, że opróżnił też moje konta bankowe.
Zaśmiałam się ponownie, spoglądając na papier, który leżał tam jakby po to, by ze mnie drwić. Nie dość, że byłam nędzarzem, to jeszcze byłam winna szpitalowi 30 000 dolarów i nie wypuszczą mnie, dopóki dług nie zostanie uregulowany. Najgorsze, że rachunki rosły z każdym dniem mojego pobytu. Mogłabym spróbować zadzwonić do rodziców, ale nie rozmawialiśmy od lat i wiedziałam na pewno, że nie mają takiej kwoty.
Czwartego dnia uknułam plan. Zamierzałam uciec ze szpitala w nocy.
Mogłam już chodzić – co prawda niezbyt szybko, ale nie potrzebowałam pomocy. Zaplanowałam wszystko i cierpliwie czekała na zmrok.
Kiedy w końcu nastała noc, cicho opuściłam łóżko i zaczęłam ucieczkę. Wolałabym mieć normalne ubrania, ale szpitalna koszula musiała wystarczyć.
Ostrożnie sprawdziłam korytarz, zanim wyszłam z sali.
Mój plan był prosty. Wyjść pewnym krokiem, jakbym szła na spacer, potem skręcić na tyły budynku i wydostać się przez płot. Był wysoki, ale wierzyłam, że mi się uda.
Kiedy dotarłam do części budynku, gdzie nikogo nie było, zaczęłam się wspinać. Robiłam to ostrożnie i mocno trzymałam się ramy, bo zależało od tego moje życie.
Ręce i nogi trzęsły mi się z wysiłku, ale nie dbałam o to. Uśmiechnęłam się, będąc już prawie w połowie – niemal czułam smak wolności.
– Co ty sobie wyobrażasz, że co robisz? – usłyszałam stanowczy głos.
















