Amica.
Budzę się z ostrym wdechem, gwałtownie odwracając głowę w lewo, potem w prawo. To nie jest mój pokój.
Mrugam szybko, próbując się uziemić, ale nic tutaj nie jest znajome – łóżko, meble, nawet powietrze jest inne. To nie Ironclaw.
Zrzucam z siebie pościel, odrzucając ją w pośpiechu na bok, aż moje stopy uderzają o podłogę – jest twardsza, niż się spodziewam. Wyskakuję z łóżka. Niemal natychmiast zaczynam krążyć po pokoju, desperacko szukając czegoś – czegokolwiek – co miałoby sens. Mój wzrok pada na mały zegar, którego cyfry wpatrują się we mnie, potwierdzając moje obawy.
Sześć godzin. Spałam przez sześć godzin!
Dane... Czy on naprawdę mnie tu zostawił?
Nie, to nie może być prawda. Nie może. Mój oddech przyspiesza, klatka piersiowa się zaciska, gdy wiruję, szukając gorączkowo wyjścia z tego obcego pokoju. Łzy pieką mnie w oczy, mocząc policzki mimo mojej woli, by je powstrzymać i wymyślić drogę ucieczki. Pędzę korytarzami – musi być jakieś wyjście. Korytarz sypialny ciągnie się w nieskończoność, każdy zakręt prowadzi do kolejnej nieznanej przestrzeni. Gdzie jest to cholerne wyjście?
Nagle zatrzymuję się – wpatrując się w swoje odbicie w lustrze w jednym z pokoi. Mój oddech znów się zacina. Jest tam. Ugryzienie. Głębokie i ciemne, wyryte w mojej skórze jak klątwa. Wciągam powietrze, moje drżące palce sięgają, by je prześledzić. Jak...? Dlaczego?
Dlaczego mi to zrobił?
– Ezra? – wołam, trzęsąc się, desperacko pragnąc odpowiedzi od mojej wilczycy.
– Ezra?! – wrzeszczę, tym razem głośniej, ale ona nie odpowiada.
– Wiem, że mnie słyszysz – szepczę, bardziej do siebie niż do niej.
Mimo to ona mnie ignoruje.
Wybiegam z pokoju, który wydaje się być garderobą. Zaczynam uciekać i wreszcie, na końcu sypialni, są większe drzwi – wyjście. Otwieram je z rozmachem, wpadając do głównego korytarza. Przestrzeń rozciąga się przede mną, wyłożona wieloma drzwiami prowadzącymi do kolejnych nieznanych pokoi. Zatrzymuję się, przygryzając wargę, myśląc.
Nie mogę użyć głównych drzwi. Gammy – widziałam ich wcześniej. Złapaliby mnie w mgnieniu oka, gdybym spróbowała tak uciec. Nie. Potrzebuję innej drogi.
Jedne po drugich, zaczynam otwierać drzwi w korytarzu, szukając czegoś – dużego okna, szczeliny, wyjścia – czegokolwiek, co mogłoby mnie wyprowadzić. Moje ręce drżą, gdy naciskam każdą klamkę, ale nie ujawniają niczego użytecznego. Aż w końcu – tam. Okno. Wystarczająco duże, by się przez nie prześlizgnąć.
Wchodzę do pokoju i pędzę do okna. Chłodna szyba napiera na moje palce, gdy wyjrzę na zewnątrz, desperacko szukając ucieczki. Ale kiedy patrzę w dół, żołądek mi się ściska. Nie ma na czym stanąć, żadnego gzymsu, żadnego oparcia – tylko nieskończona przepaść. Jestem w jakiejś wieży rezydencji, znacznie wyżej, niż sobie wyobrażałam. To miejsce, ten dom Bloodbane, jest potężniejszy niż jakakolwiek rezydencja, którą kiedykolwiek widziałam.
Gorączkowo skanuję otoczenie, aż mój wzrok na czymś się zatrzymuje – po lewej stronie rośnie ogromne drzewo blisko zewnętrznej ściany. Jego grube gałęzie wyglądają na wystarczająco solidne, by się po nich wspiąć. Gdybym tylko mogła dostać się do okna bliżej niego, miałabym szansę.
Noc spowija świat na zewnątrz, oferując pewną osłonę. Gammy nie zauważą mnie łatwo w ciemności. Z tą myślą odrywam się od okna i wybiegam z tego, co wydaje się być częścią wypoczynkową. Pomieszczenie pachnie miętą i skórą, ale ledwo to rejestruję.
Gdy wchodzę do wyciszonego korytarza, zatrzymuję się. Z początku jest cichy, ale z każdym krokiem staje się wyraźniejszy – jęk. Niewątpliwe odgłosy intymności.
– Ah, tak… bierz mnie…
Kobiecy głos przecina ciszę. Następnie słychać głębokie, gardłowe jęki mężczyzny. Zastygam, przerażona, moje ciało instynktownie przywiera do ściany. Wypełnia mnie ciekawość – a może panika – jedno z nich popycha mnie do przodu. Przesuwam się bliżej, zaglądając przez lekko uchylone drzwi.
W środku widzę ją – siedzącą na nim okrakiem. Jej ciało porusza się w powolnym, trącym rytmie nad nim, głowa odrzucona do tyłu, jęcząca w ekstazie. Jego dłonie zaciskają się na jej udach, oczy ma zamknięte, gdy ona go ujeżdża.
Wciągam powietrze, zbyt głośno.
Oczy mężczyzny otwierają się gwałtownie i przez sekundę wszystko zamiera. To on, Deckard! Panika zalewa mnie i zanim się orientuję, pędzę przed siebie, tak szybko, jak niosą mnie nogi.
W mgnieniu oka czuję go tuż za sobą. Sama świadomość, że jest gdzieś z tyłu, sprawia, że włosy stają mi dęba na karku. Zanim zdążę zrobić kolejny krok, ręka Deckarda zaciska się na mnie – silniejsza niż cokolwiek, co kiedykolwiek czułam.
Zastygam, wpatrując się w niego w górę, zastanawiając się, jak, do diabła, złapał mnie tak szybko. Jak zdołał założyć spodnie w te kilka sekund?
– Nie… nie dotykaj mnie – skamlam, cofając się. Przeczesuje dłonią swoje potargane włosy, wyzbyty z jakichkolwiek prawdziwych emocji.
– Nie przejmuj się – mówi z ponurym ostrzem w głosie. – Nawet nie zaczęliśmy…
Czy mam poczuć się lepiej, że on i ta kobieta w pokoju jeszcze nie zaczęli swoich aktów?
Patrzę, jak zapina pasek; jego tytaniczna klatka piersiowa wciąż jest odsłonięta. Jego ciało jest naznaczone bliznami – dowodami walk, śmiertelnych ran i nie tylko. Poszarpane linie przecinają jego klatkę piersiową i brzuch, każda z nich jest przypomnieniem o jego brutalnej naturze, o której krążą legendy.
– Naznaczyłeś mnie! – Mój głos jest surowy.
Jego spojrzenie wyostrza się. – Jesteśmy partnerami. Mam ci odświeżyć pamięć? – W jego tonie jest gorzka kpina, jakby bawił go mój opór.
– Nie potrzebuję ani nie chcę partnera z drugiej szansy! Nie możesz mnie tu trzymać i zmuszać, bym stała się tym, czego chcesz! – pękam.
Jego uśmiech zmienia się w coś mroczniejszego, gdy staję w swojej obronie. – Wieść rozniosła się szeroko i daleko, że zdradziłaś swojego… byłego męża i że zostałaś pozbawiona tytułu Luny watahy Ironclaw. Nie sądzę, byś tam jeszcze należała. Powiedz mi, jaki jest twój plan? – Jego głos jest zimny, rzeczowy, jakby omawiał pogodę.
Wbija palce w swoje uda i podchodzi bliżej mnie, by kontynuować swoim dymnym, sardonicznym warknięciem.
– Jeśli nie chcesz mnie jako swojego partnera drugiej szansy, odrzuć mnie. – Jego oko płonie nieświętym bursztynowym ogniem, mimo że w głębi jest srebrne, trzymając mnie w spojrzeniu, które bardziej pasuje do piekła.
Gdy wpatruję się w niego, moja odwaga słabnie, a wzrok ucieka. Chcę uciec. Chcę krzyczeć. On jest bestią.
Deckard przesuwa kpiącą dłonią po swoim ciele, z ustami wykrzywionymi w niesmaku. – Jestem pewien, że nie chcesz wiązać się z chodzącym koszmarem takim jak ja. Więc podnieś rękę i wypowiedz te słowa.
Z drżącym oddechem unoszę ręce, ale moja wilczyca krzyczy wewnątrz.
„Nie. Nie odrzucaj go! Amico, potrzebujemy go, by nas chronił”.
„On jest wszystkim, co mamy. Potrzebujesz go”.
Nie potrzebuję nikogo, by mnie chronił. Protestuję w myślach, zaciskając zęby i przełykając gulę w gardle.
Bez względu na to, co mówi moja wilczyca, nie zaakceptuję tego. Nie znam tego mężczyzny. A z tego, co widzę, on też mnie nie chce. Jak mogę czuć się chroniona, skoro nawet nie czuję się przy nim bezpieczna? Może Ezra myli się co do tego. Może to dlatego, że czuje się tak załamana z powodu Dane’a – musi przemawiać przez nią ból, nie logika. Jak to możliwe, że dostaję partnera drugiej szansy, skoro nie minęły nawet 24 godziny od mojego odrzucenia? Czy to jakiś okrutny los, by być rzucaną od jednego wilka do drugiego?
Moje ręce drżą niekontrolowanie, ale zmuszam je do spokoju, gdy je unoszę. Deckard czeka, obserwując mnie uważnie, niemal wyczekująco. Właśnie gdy rozchylam usta, gotowa go odrzucić, głos z tyłu zatrzymuje mnie w miejscu.
– Amico, czekaj!
Odwracam się gwałtownie i widzę starszą kobietę, którą rozpoznaję – jedną ze starszych, którzy zdecydowali o moim losie. Instynktownie robię krok w tył. Nikomu tutaj nie ufam.
– Nie daj mu się zwieść! Popełniasz błąd – mówi, jej głos jest pełen troski, mimo że jest z watahy Bloodbane.
Może, tylko może, mogłabym jej uwierzyć, gdyby nie była jedną z nich.
– To… to wszystko to pomyłka – pulsuję emocjami.
– Wiem, jak się czujesz – kontynuuje łagodnie. – Czujesz się, jakby odebrano ci wybór. Przeciągnięta od jednego partnera do drugiego, bez prawa głosu, a teraz jesteś uwięziona. Ale obiecuję ci, jest tu więcej wolności, niż możesz sobie wyobrazić – jeśli pozwolisz mi to pokazać.
– Brio, wystarczy! – warczy Deckard. Jego wyraz twarzy się nie zmienia, zimnokrwisty.
– Dlaczego miałabyś odrzucić szansę zostania Luną watahy Bloodbane? – pyta, całkowicie ignorując rozkaz Deckarda. – Jeśli odejdziesz, zostaniesz napiętnowana jako była partnerka Alfy Dane’a, a świat będzie kpił z twoich błędów. Ale tutaj będziesz wielbiona, mimo swoich błędów.
Jej słowa uderzają mocniej, niż bym chciała. Po raz pierwszy się waham. Myślę o kłamstwach, które Dane rozpuścił na mój temat, i rzeczywistość do mnie dociera. Zostałam napiętnowana jako hańba, wyrzutek. Dane już zadbał o to, bym nie mogła postawić stopy w pobliżu domu mojej rodziny. Wataha odwracała się ode mnie, zanim odeszłam. Teraz nie mam tam już miejsca.
– Bycie Luną watahy Bloodbane oznacza rządzenie, nie tylko nad miastem Blackwater, ale nad całym krajem. Twoje słowo może stać się prawem.
Sięga po moje drżące dłonie, opuszczając je delikatnie. Jej spojrzenie trzyma moje i w tym momencie staje się dla mnie jasne. To jedyny wybór, jaki mam. Mogłabym tarzać się w swoim bólu, dąsać i pozwolić rozpaczy mnie pochłonąć. Ale co by to dało?
Czy nie lepiej czuć się zdruzgotaną, a jednak dzierżyć władzę – ten rodzaj władzy, który zapewni, że nigdy więcej nie będę traktowana tak jak wcześniej? Nigdy upokorzona, nigdy więcej odrzucona na bok.
Czy jednak potrafię to zrobić? Czy potrafię związać się z partnerem drugiej szansy – mężczyzną, o którego nie prosiłam, mężczyzną, który nie żywi do mnie miłości? Mężczyzną, którego spojrzenie wypala dziurę w mojej piersi. Nawet teraz, gdy o tym myślę, czuję na sobie jego cień, skradającego się bezszelestnie w swojej potężnej posturze, uważnie badającego decyzję, którą podejmę.
Wybrałam. Tym razem nie obchodzi mnie miłość. Chciałam tylko być chroniona.
– Ja… zostanę. – Wybieram.
















