Perspektywa Caspiana
Przez cały dzień byłem w rozsypce. Nie byłem w stanie nic przełknąć. Przeleżałem tu niemal całą dobę, gapiąc się w jeden głupi punkt na ścianie.
To, że wciąż jestem w tym domu, a nie pobiegłem tam, żeby go powstrzymać, kosztuje mnie wszystkie siły, jakie mi zostały.
Dzisiaj jest ten dzień... On wyjeżdża.
Wszystko we mnie krzyczy, by biec, zatrzymać Zephyrina i błagać go, żeby został.
Obracam głowę, spoglądam na zegar i serce mi zamiera. Na widok godziny wydaję z siebie cichy skowyt. Nie mogąc dłużej tak bezczynnie leżeć, wypadłem z domu. Nie idę do domu watahy; zamiast tego kieruję się ku drodze prowadzącej do głównej bramy, poza nasze terytorium.
Zatrzymałem się za drzewem, zrzuciłem ubrania, po czym zmieniłem postać i wciągnąłem je z powrotem.
Zdążyłem w ostatniej chwili. Słysząc nadjeżdżające samochody, czuję, jak łzy już płyną mi po policzkach. Wychodzę zza drzewa, opierając się o nie dla wsparcia. Widzę nadjeżdżające auto, a serce łomocze mi w piersi.
Na siedzeniu pasażera dostrzegam jego piękne, białe włosy. Obraca głowę i nasze spojrzenia się spotykają. Robię krok naprzód, zalewając się łzami, wyciągam ku niemu rękę i wykrzykuję jego imię.
— ZEPHYRIN!... Proszę, nie odjeżdżaj! — wrzeszczę i jak głupiec biegnę za samochodem. Wołam go, ignorując wszystkie pojazdy jadące za nim. Nie zwracam uwagi na ludzi, którzy – o czym wiem – gapią się na mnie, jakbym postradał zmysły.
Napieram na naszą więź, ale on jej nie otwiera. Widzę, jak samochód oddala się coraz bardziej. Czuję się zdruzgotany; upadam na ziemię i wybucham szlochem. Rozpaczliwie próbuję przebić się przez więź.
Chcę go błagać, żeby został, żeby wrócił... Ale on nie otwiera połączenia, i to boli chyba najbardziej. Bo wiem, że on wie, że to ja. Próbuję tak długo, aż przestaję czuć jego obecność w więzi, co oznacza, że wyjechał już daleko poza terytorium i jest zbyt daleko, by połączenie mogło działać. Pochylam się do przodu i krzyczę tak głośno, jak tylko potrafię, raz po raz uderzając pięściami w ziemię.
Tak trudno mi oddychać. Mam wrażenie, jakby całe powietrze wokół mnie zostało wyssane; walczę o każdy oddech. Nie wiem, co się dzieje. Drapie się po gardle, desperacko próbując zaczerpnąć tchu, aż nagle czuję, jak Nyko siłą wyrywa się na powierzchnię i przejmuje kontrolę.
Czuję początek przemiany, gdy on wymusza ją na mnie, spychając moją świadomość w głąb umysłu...
....
Tamtego dnia Nyko wymusił na mnie przemianę. Powiedział, że miałem atak paniki i nie reagowałem na niego. Przejął stery, żebym mógł oddychać.
Pozostał w wilczej postaci aż do następnego dnia. Uznał, że wcześniej mój powrót nie byłby bezpieczny.
Nie byłem w stanie trenować, więc wziąłem tydzień wolnego.
To było po prostu zbyt trudne. Za każdym razem, gdy patrzyłem na pole, widziałem go, choć go tam nie było.
Wciąż jest ciężko. Nadal widzę go na polu treningowym, mimo że go tu nie ma.
Tydzień po jego wyjeździe, pewnego popołudnia, usłyszałem pukanie do drzwi. Byłem zszokowany i zdenerwowany, gdy po otwarciu ujrzałem siedzącego tam Alfę.
Martwił się o mnie, co mnie zaskoczyło. Usiadłem na ganku i rozmawiałem z nim przez co najmniej godzinę.
Od tamtej pory odwiedza mnie raz w tygodniu. Przynosi lunch albo obiad, zależnie od pory dnia.
Xayden przyszedł i zbudował na moim ganku podjazd, specjalnie dla wózka Alfy. To dopiero dziwne. Nie sam fakt podjazdu, ale to, że zrobili to Alfowie. Zadali sobie tyle trudu tylko po to, by Alfa mógł mnie odwiedzać raz w tygodniu.
Na początku byłem strasznie spięty. W końcu to Alfa! Najpotężniejszy, jakiego widziałem w całym swoim życiu! Nigdy nie czułem u nikogo tak silnej aury, a przecież ten człowiek nawet jej nie używa. Sama obecność przy nim sprawia, że chcesz się podporządkować.
Ale kiedy przychodzi, ma uśmiech na twarzy. Prawie wygląda to tak, jakby naprawdę chciał tu być. Jakby faktycznie interesował się mną i o mnie dbał. Pierwszy raz od tak dawna komuś na mnie zależy.
Z początku nie rozumiałem, dlaczego to robi. Jedyne logiczne wyjaśnienie to takie, że Zephyrin musiał mu o mnie powiedzieć. Musiał wyznać ojcu, co do niego czuję.
Thorne musiał wiedzieć, jak trudne to dla mnie było i że potrzebuję kogoś blisko. I nie będę kłamał – to wspaniałe uczucie mieć tu kogoś. Nawet jeśli to tylko raz w tygodniu przez godzinę czy dwie. Przyłapuję się na tym, że wyczekuję tych wizyt i cieszę się, gdy nadchodzi ich czas.
A jedzenie jest pyszne! Nie jestem najlepszym kucharzem i zazwyczaj nie mam w domu zapasów. Zwykle żyję na maśle orzechowym z dżemem, kanapkach albo misce płatków.
Ale teraz raz w tygodniu mam zagwarantowany przynajmniej jeden ciepły posiłek, co jest całkiem miłe.
— Widzę, że uprzątasz ten kawałek ziemi. Co zamierzasz posadzić? — zapytał Alfa Thorne, spoglądając znad piknikowego stołu i wskazując na miejsce, które oczyściłem wczoraj.
— O, tak, pracowałem nad tym wczoraj. Chcę posadzić trochę warzyw. Zawsze marzyłem o własnym ogrodzie. Nie wiem, dlaczego nigdy wcześniej tego nie zrobiłem — odparłem, biorąc kolejny kęs.
— Mogę cię o coś zapytać? — rzekł Thorne, a ja skinąłem głową, bo akurat miałem pełne usta.
— Nigdy nie widuję cię w domu watahy ani na żadnych wydarzeniach. Nigdy nie widziałem cię z nikim... Czy ty masz jakichś przyjaciół? — zapytał Thorne, a ja na chwilę spuściłem wzrok na talerz i pokręciłem głową.
— Nie — szepnąłem, nie podnosząc oczu. Z jakiegoś powodu po prostu nie mogłem na niego patrzeć, odpowiadając na to pytanie.
— Czyli jesteś tu całkiem sam, co? — powiedział Thorne, wiedząc już doskonale, że nie mam rodziny. Wciąż pamiętam dzień, w którym się tu zjawiłem.
Uciekłem od wuja. Miałem go w końcu dość i zwiałem, gdy miałem 14 lat. Sytuacja stawała się tak zła, że bałem się, iż jeśli nie odejdę, on mnie w końcu zgwałci.
Byłem samotnikiem, zdany tylko na siebie. Przez dwa lata sam o siebie dbałem. Żyłem w lasach. Pierwsze półtora roku było najtrudniejsze, bo nie mogłem się przemieniać. To utrudniało polowanie, zwłaszcza że nie miałem żadnej broni ani narzędzi.
Ciągle byłem głodny. Trafiłem na tę watahę kilka miesięcy przed moimi szesnastymi urodzinami. Mają największe pole uprawne, jakie kiedykolwiek widziałem. Było tam tyle różnych rzeczy do jedzenia, że mój młody umysł nie mógł tego ogarnąć.
Skradałem się wcześnie rano, pakowałem w koszulkę tyle jedzenia, by starczyło na cały dzień, a potem przemykałem z powrotem do krzaka, w którym mieszkałem.
To była duża grupa krzewów z wolnym miejscem w środku, wystarczająco dużym dla mnie. To było najprzytulniejsze miejsce, jakie znalazłem przez te dwa lata, i nie narzekałem.
Kiedy miałem 16 lat i nadeszła zima, wszystko się zmieniło. Było mi zimno, a uprawy zniknęły. Nie wziąłem pod uwagę, że żyjąc z ich farmy, zimą nie będę miał co jeść.
Byłem tak głodny, że przymierałem głodem, z każdym dniem słabnąc. Byłem zdesperowany, więc podszedłem bliżej miasta, szukając pożywienia. Niestety, zauważyła mnie mała dziewczynka, która zaczęła wykrzykiwać to pełne nienawiści słowo: „samotnik”.
Mój mały, chudy wilk próbował biec tak szybko, jak tylko mógł, podczas gdy mnie ścigano. Tak bardzo się bałem; byłem pewien, że mnie zabiją, zwłaszcza gdy nagle znikąd pojawił się niesamowicie wielki czarny wilk i mnie powalił.
Pamiętam, jak skomlałem i płakałem, gdy chwycił mnie zębami za kark, a potem siłą wtłoczył słowa do mojej głowy: „Zmień postać!”. Nie mogąc oprzeć się jego rozkazowi, przemieniłem się na miejscu. Zwinięty w kłębek, płakałem i błagałem, żeby mnie nie krzywdzili.
****
Retrospekcja:
Perspektywa trzecioosobowa
— Co tu robisz? — zapytał głęboki, władczy głos.
— J-ja przepraszam, proszę, nie krzywdźcie mnie. Chciałem tylko znaleźć coś do jedzenia. Przepraszam, już odchodzę. Byłem tylko głodny, nie chciałem nic złego.
Thorne westchnął, współczując małemu wilkowi. Był chudy, o wiele za chudy. Trząsł się z zimna na mroźnym śniegu.
Alfa sięgnął po koc od Xaydena, a chłopiec krzyknął i wzdrygnął się, gdy Thorne go dotknął. Jego przerażone oczy spoglądały na Thorne’a z konsternacją, gdy ten okrył go kocem i podniósł ze śniegu.
— W porządku, nie skrzywdzę cię. Zamarzasz. Xayden, zanieś go do domu.
Koniec retrospekcji
****
Perspektywa Caspiana
Tak właśnie trafiłem do Watahy Obsydianowego Księżyca. Minął zaledwie miesiąc od moich szesnastych urodzin, gdy Thorne mnie znalazł. Mieszkałem w sierocińcu przez nieco ponad rok, zanim dostałem ten mały domek.
Sierociniec był w porządku, ale nie lubiłem przebywać wśród tylu ludzi. Po prostu nie byłem do tego przyzwyczajony. Zawsze byliśmy tylko ja i mój wuj; nigdy nie wolno mi było wychodzić z domu przez to, kim jestem. Musiałem pozostawać w ukryciu, żeby nikt mnie nie znalazł.
— Tak, ale jest w porządku. Nie przeszkadza mi samotność — powiedziałem, przesuwając widelcem jedzenie po talerzu.
— Mówisz, że ci nie przeszkadza, ale każdy kogoś potrzebuje.
— Jest dobrze, mam Nyko.
— Wiesz, co mam na myśli. Oczywiście, nasze wilki dotrzymują nam towarzystwa, ale potrzebujesz też fizycznej obecności drugiego człowieka...
Powiem ci tak: będę tu przychodził raz w tygodniu, ale byłoby mi miło, gdybyś ty odwiedzał mnie w domu watahy przynajmniej raz na dwa tygodnie, zaczynając od tego piątku. W każdy piątek mamy małe spotkanie. Grillujemy w ogrodzie, robimy małe ognisko. Chciałbym, żebyś do nas dołączył. Co ty na to? — zapytał Thorne, a ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Jak mógłbym odmówić?
— Dobrze, będę — obiecałem, a Thorne się uśmiechnął.
....
Przygryzałem wargę, chodząc tam i z powrotem. Przystaję i wyglądam przez okno. Widzę Alfę, Xaydena i Marka stojących na zewnątrz i spoglądających na podjazd, wyczekując nadjeżdżających samochodów, które są jeszcze kawałek stąd.
Znów zaczynam krążyć, walcząc z pokusą, by wybiec z domu watahy i popędzić drogą na spotkanie aut. Ale Alfa kazał mi czekać tutaj, żeby oni mogli go powitać jako pierwsi.
Minęło sześć miesięcy... Sześć bardzo długich miesięcy, odkąd widziałem go po raz ostatni. Wiem, że Zephyrin miał nadzieję, iż czas spędzony z dala ode mnie sprawi, że moje uczucia do niego wygasną. Ale tak się nie stało. Wciąż tu są i są równie silne. Tęskniłem za nim potwornie i umieram z pragnienia, by go zobaczyć. Mijam okno, zatrzymuję się, a potem szybko podchodzę bliżej, gdy widzę samochód podjeżdżający przed budynek.
Serce łomocze mi w piersi, gdy patrzę, jak otwierają się tylne drzwi. Oddech zamiera mi w gardle na widok jego białych włosów, gdy zaczyna wysiadać z auta.
Patrzę, jak biegnie i wskakuje w ramiona Alfy – swojego ojca. Jestem niemal pewien, że ściska go w morderczym uścisku. A może to ojciec tak mocno go trzyma. Obaj się obejmują i widać wyraźnie, jak bardzo za sobą tęsknili.
Widzę, jak po kolei ściska Xaydena i Marka, zanim kolejna mała postać wyłania się zza Serephine. Chłopiec kurczowo trzyma się Zephyrina i widzę, że jest przerażony naszym Alfą.
Nie wiem, kim on jest, ale wygląda na nie więcej niż czternaście lat. Jest bardzo mały i chudy, i sprawia wrażenie sterroryzowanego.
Serce mi drży, gdy Zephyrin spogląda w górę, w stronę domu watahy. Czy to mnie szuka?
Serce zaczyna walić mi w piersi, obijając się o żebra, gdy on idzie w stronę drzwi.
Czuję się sparaliżowany, jakby moje nogi odmówiły posłuszeństwa, a stopy przykleiły się do podłogi. Oczy zachodzą mi łzami, gdy słyszę otwierane drzwi – on naprawdę tu jest.
Nie mogłem przestać się zastanawiać, czy nie będzie zły, że tu jestem.
Usłyszałem jego kroki, gdy wszedł do pokoju i zamknął drzwi. Obracam głowę i wzrok spoczywa na jego pięknej twarzy.
Wygląda na smutnego; robi niepewny krok naprzód. Moje nogi nagle odzyskują sprawność – rzucam się ku Zephyrinowi, zarzucając mu ramiona na szyję i ściskając go mocno.
Słyszę, jak Zephyrin wypuszcza powietrze, powoli się we mnie wtula i obejmuje mnie ramionami. Poczułem jego twarz przyciśniętą do mojej szyi. Kosztowało mnie to mnóstwo sił, by się nie rozpłakać.
Zalał mnie jego niesamowity zapach, którego nie czułem od pół roku. Zamknąłem oczy, przytulając Zephyrina i ściskając go z całych sił. Tak dobrze było znów mieć go w ramionach.
Poczułem, że coś upada między nas, a on szybko po to sięgnął. Odsunąłem się i spojrzałem w dół, by zobaczyć, co to było.
— Co to? — zapytałem i dostąpiłem tej rzadkiej chwili, gdy Zephyrin się zarumienił, patrząc na to, co trzyma.
Podniósł małego pluszaka, który wyglądał jak ptak.
— Caspian, poznaj Ptaśka! — powiedział Zephyrin z promiennym uśmiechem. Nie mogłem powstrzymać śmiechu. To było urocze. Sięgnąłem po małego pluszowego ptaka, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Gdy tylko zbliżyłem go do twarzy, poczułem dziwny zapach, który sprawił, że gwałtownie wciągnąłem powietrze, zszokowany.
Mój nos zadrżał, gdy próbowałem namierzyć ten zapach i poczuć go wyraźniej. Przyłożyłem ptaka do nosa i wziąłem głęboki wdech. Moje oczy rozszerzyły się, gdy najbardziej niesamowity aromat zaatakował moje zmysły. Szybko odsunąłem pluszaka i spojrzałem na niego, a potem na Zephyrina.
— Kto to miał? Kto tego dotykał? — zapytałem, czując, jak mój wilk podekscytowany biega w mojej głowie.
















