Pierwszy Rozdział
Las tętnił ciszą zupełnie innego rodzaju. Nie była to cisza, która cię osaczała czy wpędzała w samotność. Sprawiała, że czułeś się jej częścią, przyzywała cię, byś w nią wrósł. Wiatr przemykający przez drzewa i trawy, nawoływania ptaków, owady sygnalizujące sobie nawzajem swoją obecność. Było to miejsce, w którym można było po prostu oddychać świeżym powietrzem. Dla nas, wilkołaków, las znaczył tak wiele. Uosabiał wolność i spokój, którymi się upajaliśmy. Przebywanie wśród drzew, bycie blisko natury, było po prostu naszym naturalnym stanem bytu.
– Auri!
Wzięłam kolejny głęboki oddech. To było bezpieczne miejsce, azyl, gdzie nikt cię nie niepokoił, gdzie mogłaś po prostu być bezpieczna w jego…
– AURI!
Westchnęłam. – Tak, Maddie, jestem tutaj.
Nie wiedziałam, jak długo nie było mnie w domu, ale najwyraźniej wystarczająco długo, by moja przyrodnia siostra zdążyła wrócić ze szkoły i zaczęła mnie szukać.
– Mama już wróciła i jest wściekła. Nie przygotowałaś nic na dzisiejszą kolację.
Madison, lub Maddie, jak wolała być nazywana, była o cztery lata młodsza, właśnie kończyła piętnaście lat. Choć biorąc pod uwagę ilość makijażu i kuse szorty, które nosiła, można by ją pomylić z moją rówieśniczką. Była typową księżniczką, jakiej spodziewalibyście się po najpopularniejszej dziewczynie w szkole. Jej energia i tryskający optymizm bywały momentami przyprawiające o mdłości. Ale mimo naszych rodziców, wyrosła na kogoś porządnego. Rozpuszczona, owszem, ale nie na tyle, by trzeba było martwić się o jej przyszłego partnera.
Skończyłam 19 lat kilka miesięcy temu i byłam dowodem miłości, jaką mój ojciec darzył moją matkę. Nie byli sobie przeznaczeni, lecz wybrali siebie nawzajem. Tak było, dopóki na horyzoncie nie pojawiła się Melissa. Melissa była przeznaczoną parą mojego ojca, co zaowocowało kilkoma niezręcznymi latami. Aż do momentu, gdy moja matka zginęła w ataku łowców, kiedy miałam cztery lata. My, matka i ja, zostałyśmy schwytane i torturowane przez łowców. Moja wataha znalazła mnie kilka dni później, błąkającą się po lesie. Zostałam trwale naznaczona bliznami. Ciało mojej matki odnaleziono kilka dni później.
Niemal natychmiast ciężarna Melissa i Tyler, mój dwuletni przyrodni brat, wprowadzili się do naszego domu. Wtedy się zaczęło. Ja, będąc przypomnieniem „niedyskrecji” mojego taty, jak nazywała to Melissa, dowiedziałam się, jak bardzo jestem niechciana w tej rodzinie. Nigdy nie omieszkali mi przypomnieć, że jestem zepsuta, niepożądana i do niczego w życiu nie dojdę. Że nawet jeśli gdzieś tam czeka na mnie partner, odrzuci kogoś tak uszkodzonego jak ja. Niezależnie od tego, czy przypomnienie miało formę słowną, czy fizyczną.
– Zostawiłam zapiekankę w piekarniku, trzeba ją tylko włączyć, a sałatka jest w lodówce. W zamrażarce są też lodowe kanapki, gdyby ktoś miał ochotę. – Mówiłam ściszonym głosem, by nie niósł się zbyt daleko w las.
– Och. Cóż, jest wściekła. Może lepiej wyjaśnij to, zanim powie tacie. – Słyszałam smutny uśmiech w jej głosie.
Skinęłam głową i podniosłam się z korzeni drzewa, pomiędzy którymi siedziałam. Kroki Maddie dudniły twardo o ziemię i słyszałam, jak kilka razy prawie się potknęła. Za jednym razem wyciągnęłam rękę, by ją złapać.
– JAK ty to robisz? – Fuknęła na mnie, a ja zachichotałam.
Jedną z gorszych blizn, jakie mi pozostały, były moje oczy. Według lekarzy watahy łowcy wstrzyknęli płynny tojad, truciznę czy coś w tym rodzaju, bezpośrednio w moje gałki oczne. To mnie oślepiło. Cóż, oślepiło moją ludzką stronę. Moja wilczyca, Kai, wciąż widziała, a my stałyśmy się biegłe w wykorzystywaniu jej oczu, bym mogła widzieć. Ale tu, w lesie, w moim lesie, nie potrzebowałam wzroku, by wiedzieć, dokąd idę.
– To łatwe, gdy zapamiętasz każdą część lasu.
– Taa, jasne. Pewnego dnia, Auri. Pewnego dnia będziesz musiała wyjawić wszystkie swoje sekrety. Włącznie z tym cholernym przepisem na ciasto. Jeśli znajdę swojego partnera i nie będę miała tego przepisu, postradam zmysły.
Zaśmiałam się. – Patrzysz mi na ręce za każdym razem, gdy je robię! Znasz wszystkie składniki.
– Tak! Ale ty nigdy NICZEGO nie odmierzasz. I po prostu wrzucasz to gówno, kiedy ci pasuje. – Zaśmiała się również, otwierając tylne drzwi do domu.
Nasz dom był skromnym, piętrowym budynkiem. Przypominano nam o jego skromności za każdym razem, gdy Melissa kupowała nową parę butów lub nową torebkę. Był zbyt skromny jak na jej gust. Mój ojciec pracował w firmie Alfy jako księgowy, ale nie zarabiał wystarczająco dużo, by uszczęśliwić Melissę. Mawiał, że przeprowadzimy się do większego i lepszego domu, gdy tylko awansuje na Głównego Księgowego. Ale ja lubiłam nasz dom. Kuchnia wciąż miała wystarczająco dużo miejsca do pracy, a nawet wyspę z barkiem. Były trzy sypialnie, biuro, gabinet i salon. Wystarczająco dużo miejsca dla pięcioosobowej rodziny, jak sądziłam.
Wchodząc za Maddie, usłyszałam, jak Melissa podchodzi do mnie sprężystym krokiem i wiedziałam, co się święci. Dźwięk uderzenia poniósł się na zewnątrz, mimo że nie zdążyłam jeszcze zamknąć drzwi. Zajęło mi chwilę zebranie roztrzęsionych myśli, by zrozumieć, że do mnie mówi.
– …suko. Nic tylko bezużyteczny darmozjad, nawet nic nie robisz…
– Mamusiu! Auri zrobiła obiad! – Trzeba przyznać Maddie, że czasami próbowała pomóc. Ale nigdy nie sprzeciwiała się im otwarcie. Ty był nieco bardziej głośny, czując, że jestem w jakiś sposób jego odpowiedzialnością, ale mój ojciec był kolejnym Betą obecnego Alfy. A Ty był w kolejce, by również zostać Betą. Więc jego możliwości były ograniczone.
– Jest w piekarniku, muszę go tylko włączyć. A sałatka jest w lodówce, w czerwonym pojemniku – wydusiłam z siebie kaszel, gdy pieczenie nieco ustąpiło.
– Mówiono ci wielokrotnie, żebyś nigdy nie wychodziła z tego domu. Madison musiała po ciebie iść. Jak często wychodzisz? A co, jeśli ktoś cię zobaczy?
Westchnęłam. – Zajmę się obiadem.
– Lepiej, żebyś to zrobiła. Twój ojciec się o tym dowie.
Weszłam do kuchni i zaczęłam przygotowywać sałatkę, jednocześnie włączając piekarnik. Maddie wciąż próbowała mnie bronić, ale Melissa szybko ją uciszyła. Melissa przeszła w inne miejsce w domu, a Maddie weszła do kuchni, siadając na jednym ze stołków przy wyspie.
– Przepraszam Auri, próbowałam.
Uśmiechnęłam się. – Próba została doceniona. Chociaż można by pomyśleć, że będzie zbyt zajęta planowaniem Balu Zgromadzenia, żeby wrócić wcześniej do domu.
– Nigdy w życiu nie byłam tak podekscytowana. A co, jeśli znajdę swojego partnera za pierwszym razem?
Zachichotałam. – Wtedy musiałabym ci dać mój przepis na ciasto.
– Czy ja też go dostanę, jeśli znajdę swoją parę? – Ty zszedł z góry i pochylił się nad wyspą.
Pacnęłam go w rękę, odganiając od grzanek, które zrobiłam do sałatki. – Żadnego podjadania. Czekaj na obiad. I teraz ty też chcesz mój przepis?
Ty prychnął. – To, że nie śledzę każdego twojego ruchu, nie znaczy, że go nie chcę. Bo chcę. – Przerwał. – Bardzo.
Zaśmiałam się z nich. Prawdopodobnie byli moim jedynym ratunkiem w tym domu. Nawet jeśli musieli przymykać oko. Nigdy nie skrzywdzili mnie bezpośrednio i starali się włączać mnie w swoje bratersko-siostrzane relacje.
Frontowe drzwi otworzyły się i zamknęły. Wszyscy zesztywnieliśmy. Ojciec wrócił do domu, a Melissa już do niego dopadła, rozmawiając przyciszonym głosem.
– Lepiej idźcie – szepnęłam do nich, odwracając się szybko, by wziąć szklankę i napełnić ją piwem z puszki wyjętej z lodówki.
– Niewdzięcznica! – Głos mojego ojca zagrzmiał w całym domu. Wszedł zamaszystym krokiem do kuchni, gdzie podałam mu już szklankę. Czuć było od niego alkohol i lekki bełkot w mowie. Odkąd w zeszłym miesiącu pominięto go przy awansie, każdego dnia zaczynał pachnieć bardziej jak alkohol niż wilk.
– Obiad jest prawie gotowy, jest w piekarniku i możemy jeść, jak tylko…
– Matka powiedziała mi, że byłaś dzisiaj na zewnątrz, kiedy wróciła do domu. Że Maddie musiała cię szukać.
Przełknęłam ślinę. – Tak, ojcze. Siedziałam między drzewami, tuż za domem.
Chwycił mnie za ramię i wlókł przez dom. Ciskając mną na podłogę w gabinecie, warknął: – Ile razy mam ci powtarzać, że nie wolno ci wychodzić na zewnątrz.
– Po prostu potrzebowałam…
– Czy przemieniłaś się?
– Nie, ojcze, nigdy bym tego nie zrobiła.
– CZY PRZEMIENIŁAŚ SIĘ?! – Krzyknął i kopnął mnie w brzuch, gdy leżałam na ziemi.
Wykaszlałam: – Nigdy.
– Dlaczego nie uwolnili mnie od ciebie? Dlaczego ZAWSZE sprawiasz mi PROBLEMY?! – Wrzeszczał, kopiąc mnie ponownie.
Zawyłam cicho, zwijając się w kłębek. W takich chwilach Kai, moja wilczyca, próbowała pomóc mi się uspokoić. Nigdy nie prosiła o wypuszczenie w domu, nie po naszej pierwszej przemianie. Bała się o moje bezpieczeństwo, dopóki byłam w tym domu. Czasami namawiała mnie do walki, by pokazać im, kim naprawdę jestem. Ale to skończyłoby się dla mnie tylko gorzej. Najpierw chciałam zobaczyć Ty'a i Maddie wolnych. Czekałam na kolejne ciosy, ale nie nadeszły. Timer na piekarniku piszczał.
– Maddie, zajmij się tym i postaw na stole. – Podniósł mnie za koszulkę, niemal mnie dusząc i zdzierając ją ze mnie. – Ty idziesz do swojego pokoju. Żadnego jedzenia. Żadnej wody. Nic. Zobaczymy, jak długo wytrzymasz tym razem.
W zasadzie wrzucił mnie do mojej garderoby na pościel, która została przerobiona na moją sypialnię. Wylądowałam na łóżku, uderzając głową o ścianę i wydając z siebie cichy okrzyk. Ojciec zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz. Trzymając się za głowę, pomyślałam, że tym razem mi się upiekło. Prawdopodobnie dlatego, że jutro był bal, ale nie zamierzałam zaglądać darowanemu koniowi w zęby. Czekałam tylko, aż ból głowy minie.
