*Elie*
Obudził mnie dźwięk głośnego pikania. Moje zmysły wypełnił zapach „czystości”. Był antyseptyczny, nieco gorzki, z lekką nutą sztucznego aromatu zawartego w mydłach i środkach czyszczących.
W sekundzie, w której otworzyłam oczy, pożałowałam tego.
Mrugnęłam, próbując złapać ostrość. Głowa pulsowała mi tak, jakby uderzyła we mnie ciężarówka. Jasne światła nade mną sprawiały, że obraz mi się rozmywał, zanim w końcu zdałam sobie sprawę, gdzie jestem — w izbie chorych.
Co u licha się stało?
Wspomnienia były mgliste, myśli ociężałe, ale wtedy — poczułam to. Przemiana wewnątrz mnie. Obecność, której nie czułam tak długo, że niemal jej nie rozpoznałam.
Poruszyła się jak cień w zakamarkach mojego umysłu, powolna, cicha — ale przebudzona.
Gwałtownie wciągnęłam powietrze.
Moja wilczyca.
Serce podeszło mi do gardła. Ostatni raz czułam ją — tak naprawdę czułam — w noc moich szesnastych urodzin, kiedy obudziła się po raz pierwszy. Ale ledwo miałam okazję ją poznać, zanim ojciec wlał mi „lekarstwo” do gardła i zmusił ją do powrotu w mrok.
Teraz, po dwóch długich latach ciszy, poruszyła się.
Po raz pierwszy od wieków poczułam się... kompletna.
Sapnęłam, gdy wspomnienia zaczęły napływać — omdlenie w stołówce, to jedno olśnienie, które uderzyło mnie tuż przed utratą przytomności.
Moje usta rozchyliły się, gdy próbowałam do niej dotrzeć, a mój umysł nieśmiało musnął jej jaźń.
„Witaj?”
Nic.
Spróbowałam ponownie. „Jesteś tam?”
Jedyną odpowiedzią było niskie, lekceważące prychnięcie.
Mrugnęłam z zaskoczenia. Była zła.
„Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać?” — zapytałam niepewnie.
Nie odpowiedziała, ale czułam kipiącą pod powierzchnią niechęć, powolny gniew, który narastał w niej latami.
I wtedy mnie olśniło.
Nie była po prostu zła. Była wściekła.
Na mnie.
„Nie miałam wyboru!” — błagałam, desperacko próbując się wytłumaczyć. „Nie wiedziałam... myślałam, że to lekarstwo trzyma mnie przy życiu! Zemdlałam dzisiaj, bo o nim zapomniałam! Czy to nie oznacza, że go potrzebuję?”
Nie odpowiedziała.
Westchnęłam, czując, jak czas ucieka, myśląc o tym, co się stanie, gdy dowiedzą się, że się obudziłam. Bez wątpienia ojciec wkrótce wciśnie mi kolejną fiolkę do gardła.
„Jak masz na imię?” — zapytałam rozpaczliwie. „Ja jestem Elowen. Ale wszyscy nazywają mnie Elie”.
Znów odpowiedziała mi cisza.
Potem w końcu przemówiła — jej głos był niski i ostry jak lód pękający na zamarzniętym jeziorze.
„Kallisto. Mam na imię Kallisto” — powiedziała, a ja aż sapnęłam. „I wiem, kim jesteś, Elowen”.
Kallisto.
Zaparło mi dech. „To piękne imię. A twój głos...” Był jak melodia — tak dojrzały i silny, pełen mocy i autorytetu. Mogłabym jej słuchać w mojej głowie przez cały dzień.
Boże, tak bardzo chciałam jej słuchać przez cały dzień.
Nie zareagowała.
Przełknęłam ślinę, a moje palce zacisnęły się na cienkim kocu narzuconym na moje ciało, gdy zbierałam myśli.
„Kallisto... czy to prawda? Czy Kael naprawdę jest naszym towarzyszem?”
Zapadła długa cisza. Potem cicho —
„Tak”.
Fala emocji przelała się przeze mnie. Dezorientacja. Ulga. Dziwna, irracjonalna nadzieja.
Jeśli był moim towarzyszem, to... byliśmy sobie przeznaczeni. Prawda?
Ledwo zdążyłam to przetworzyć, gdy drzwi izby chorych otworzyły się z głośnym hukiem.
Wzdrygnęłam się.
W wejściu stał mój ojciec, twarz miał jak wykutą w kamieniu, ale jego ciemne oczy płonęły gniewem. Za nim stała Vada, z troską malującą się na twarzy.
Rozczarowanie uderzyło mnie jak policzek, gdy zdałam sobie sprawę, że nie ma z nimi Kaela.
— Elie. — Głos ojca był ostry, tnący. — Celowo pominęłaś lekarstwo, prawda?
Usiadłam, choć w głowie wciąż mi wirowało, a serce waliło od samej siły jego gniewu.
— Nie, tato! Ja po prostu... zapomniałam go z domu Kaela, przysięgam!
Jego usta zacisnęły się w wąską linię, gdy postąpił krok naprzód, wyciągając z kieszeni małą szklaną fiolkę — w środku wirował znajomy ciemny płyn.
Widok ten sprawił, że dreszcz przeszedł mi po plecach.
— Więc weź je teraz — rozkazał.
Głos Kallisto rozbrzmiał w mojej głowie: „Nie. Proszę, nie rób tego”.
To był pierwszy raz, odkąd do mnie przemówiła, kiedy naprawdę usłyszałam emocje w jej głosie. Była przerażona.
Po raz pierwszy się zawahałam.
— Nie, tato. — Mój głos drżał, ale zmusiłam się, by usiąść prosto. — Poznałam moją wilczycę. Jest cudowna.
Krew odpłynęła mu z twarzy.
— Co właśnie powiedziałaś? — zapytał niebezpiecznie cichym głosem.
Przełknęłam ślinę. — Poznałam moją wilczycę. Ma na imię Kallisto. Ona nie jest niebezpieczna, tato, przysięgam! Dlaczego muszę brać to lekarstwo? Co zabiło mamę? Proszę, powiedz mi! Może znajdziemy jakieś rozwiązanie, żeby nie musieć jej tłumić!
Jego twarz wykrzywiła się w czymś na kształt... paniki.
Potem, bez słowa, chwycił mnie za podbródek, zmuszając do otwarcia ust i wlał całą zawartość fiolki do mojego gardła.
W chwili, gdy gęsty, gorzki płyn dotknął mojego języka, Kallisto wydała z siebie zdławiony, pełen bólu warkot, po czym zniknęła.
To było jak zdmuchnięcie świecy.
Ogarniająca mnie pustka, która nastąpiła potem, była tak nie do zniesienia, tak niewłaściwa, że pojedyncza łza spłynęła mi po policzku.
Dopiero co ją odzyskałam. A teraz znów odeszła.
— Będziesz to brać codziennie — warknął mój ojciec, cofając się, gdy zaczęłam gwałtownie kaszleć, a lekarstwo paliło mnie w gardle. — Wyznaczyłem kogoś, kto dopilnuje, żebyś nie zapomniała. Jeśli przestaniesz je brać, umrzesz.
Potem, nie zaszczyciwszy mnie kolejnym spojrzeniem, odwrócił się i wyszedł.
Vada, zazwyczaj pyskata i pewna siebie, patrzyła na mnie z czymś bliskim litości.
— Twoje lekarstwo tłumi twoją wilczycę? — zapytała cicho.
Skinęłam głową, a w gardle wciąż czułam pieczenie.
Westchnęła, pocierając skroń. — Cholera. Nie miałam pojęcia.
Ja też nie. Cóż, poniekąd wiedziałam. Wiedziałam, że to z tego powodu jej nie znałam, ale nie miałam pojęcia, że ona naprawdę wróci, gdy przestanę brać lek choćby na jeden dzień.
Oczy zaszły mi łzami na myśl o tej pustce — ciszy wewnątrz mnie. Odeszła. Znowu.
— To takie podłe. — Vada usiadła na brzegu mojego łóżka. — Co twój ojciec miał na myśli, mówiąc o umieraniu?
Powoli wypuściłam powietrze. — Nie wiem. Powiedział mi tylko, że mam w sobie coś, co miała moja matka. To dziedziczne i ma związek z naszymi wilkami. Twierdzi, że to ją powoli zabiło, więc od minuty, w której zyskałam wilczycę, podaje mi to lekarstwo. Ale jeśli teraz przestanę, zabije mnie to natychmiast, bo moje ciało jest już do tego przyzwyczajone.
— Chyba... w takim razie miał rację — powiedziała Vada z grymasem. — Wspomniałaś tylko, że zapomniałaś dzisiaj dawki i zemdlałaś. Pielęgniarki mówiły, że gdybyśmy spóźnili się o minutę, stabilizacja byłaby niemożliwa. — Gwałtownie wciągnęła powietrze. — Omal nie umarłaś.
Skinęłam głową, a w piersi poczułam narastający smutek. — Może. Ale poznałam ją, Vada. Nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy, więc nic o niej nie wiem, ale nic w niej nie wydawało się niebezpieczne.
Vada westchnęła. — W takim razie znajdziemy na to jakiś sposób.
Uśmiechnęłam się blado. Ale wtedy ona zawahała się, a w jej oczach błysnęło coś nieczytelnego.
— Nigdy nie chciałam tego mówić, Elie, ale to wyjaśnia, dlaczego nie masz zapachu.
Mrugnęłam. — Zapachu?
— Twojej wilczycy — przyznała. — Twój zapach różni się od wszystkich innych. Czujemy, że jesteś wilkiem o krwi alfy, ale pachniesz... jak człowiek. Nie masz wyraźnego wilczego zapachu.
Coś we mnie drgnęło.
Uświadomienie sobie tego było jak cios w żołądek.
Każdy wilk miał swój zapach — unikalną, wyraźną woń. W ten sposób towarzysze rozpoznawali się nawzajem. Ale jeśli nie miałam wilczego zapachu, to znaczyło —
To znaczyło, że Kael nigdy nie poczuł we mnie swojej towarzyszki.
Dlatego nie wiedział.
Rozpaczliwa myśl przemknęła mi przez głowę. — Czy tuż przed tym, jak zemdlałam, poczułaś choć cień zapachu mojej wilczycy?
Vada zmarszczyła brwi w namyśle. — Tak, odrobinę, ale to dlatego, że niosłam cię tutaj. Nie był to zapach na tyle silny, by rzucał się w oczy, ale był tam. I był piękny, Elie. Nie potrafię go dokładnie określić, ale był piękny.
Serce mi podskoczyło. — Może Kael...
— Kael? — Vada parsknęła, wywracając oczami. — Nawet nie chciał cię tu sam przynieść. Nie obchodzi mnie, że to mój przyszły alfa — to kawał drania.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z hukiem. Znowu.
Kael wpadł do środka, a jego twarz była wykrzywiona wściekłością. Zdaje się, że to zaraźliwe dzisiaj.
— Masz brać lekarstwo, a tego nie zrobiłaś?
Wzdrygnęłam się. — To był tylko jeden dzień! Tak bardzo skupiłam się na przeprowadzce do akademika, że zapomniałam. Ale Kael, musisz posłuchać...
Cieszyłam się, że mu powiem. Wyjaśnię. Naprawię to.
Ale on mi przerwał.
— Nie, ty posłuchaj mnie, ty mała morderczyni.
Jego słowa były jak uderzenie w twarz.
— Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie, ale nie możesz umrzeć. Zależy od tego moja przyszłość. Zależy od tego moja wataha. Jeśli ty umrzesz, przepadnie moja szansa na przejęcie Watahy Borealnej wraz z Watahą Jadeitu.
Coś we mnie pękło.
— Więc bierz to pieprzone lekarstwo i nie pozwól, żeby to się powtórzyło. — Jego płonące oczy spoczęły na Vadzie, która nie odwróciła wzroku, niezależnie od tego, kim on był. — A ty pilnuj, żeby je brała.
Po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.
Nie obchodziłam go.
Ani trochę.
To wszystko tylko przez układ, który przypieczętowało nasze małżeństwo. Kiedy podbiegł do mnie, gdy potknęłam się w stołówce, nie zrobił tego dla mnie. Nie dbał o mnie.
Nie chciał mnie. I nigdy nie będzie chciał.
Dla niego byłam morderczynią jego ukochanej i irytującą młodszą siostrą, z którą musiał się niefortunnie ożenić.
Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku, chciało mi się płakać. Ale powstrzymałam się, a moja szczęka się zacisnęła.
Wiesz co? Chrzanić go.
I tak nie chciałam kogoś tak okrutnego za swojego towarzysza.
Nigdy się nie dowie.
I nigdy mu nie powiem.
Może iść prosto do piekła.
















