[Ostrzeżenie: Poniższy rozdział zawiera wzmianki o napaści na tle seksualnym, co może być trudne dla niektórych czytelników.]
Sadie
Biegłam resztkami sił. Tego, co robiłam, nie można było nazwać biegiem, ale w mojej głowie nim był. On miał rację. Musiałam uciec, jeśli nie chciałam, by dopadli mnie wojownicy Aleca. Wtedy skończyłoby się to jeszcze gorzej niż wcześniej.
Wszystko we mnie było zdruzgotane. Moje serce, moja dusza i moje kości. Roztrzaskali mnie w drobny mak. Ból, który mi zadali, zniszczył nie tylko moje ciało, ale i moją wiarę w nich.
Wataha Krwawego Księżyca była jedyną rodziną, jaką znałam przez dziesięć lat, odkąd zmarli moi rodzice. Dziesięć pieprzonych lat, a mimo to zwrócili się przeciwko mnie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie zadawali pytań, dlaczego miałabym to zrobić Alecowi. Nie zastanawiali się, czy może istnieje inne wyjaśnienie. Jakiś inny spisek. Po prostu przypięli mi łatkę niszczycielki rodzin i pokazali, jak niewiele dla nich znaczę.
Ich zdrada nie boli jednak tak bardzo, jak zdrada Aleca i Piper. Oboje znali mnie od dziecka. Pipe była moją pieprzoną najlepszą przyjaciółką. Moi rodzice byli głównymi służącymi rodziny Alfy. Byłyśmy ze sobą blisko, odkąd nosiłyśmy pieluchy.
Jasne, Alec nigdy mnie specjalnie nie lubił z powodu mojego zauroczenia nim, a także dlatego, że – według niego – byłam zbyt głośna, zbyt energiczna i brakowało mi elegancji. Nie byłam w jego typie. Zanim znalazł Lolę, sypiał z kobietami, które bardziej dbały o swój wygląd. Kobietami, które były stoickie, opanowane, z klasą i chude jak modelki, z nogami do nieba. Ja byłam tego całkowitym przeciwieństwem. Kochałam wygodę, więc nosiłam luźne ubrania. Moje długie włosy były zawsze spięte w kok i nie nosiłam makijażu. Do tego byłam drobna, z krągłościami we właściwych miejscach (według Piper i moich innych przyjaciół).
Chodzi o to, że znaliśmy się tak długo. Czy nie powinni już znać mojego charakteru? Czy nie powinno być oczywiste, że nigdy nie zrobiłabym niczego, by kogoś skrzywdzić lub pozbawić go partnerki? Zwłaszcza Aleca?
Zdołali zabić miłość, którą do nich żywiłam. Szacunek, którym ich darzyłam, spłynął w ścieku. Z każdą torturą. Z każdym bólem, jaki mi zadawali. Moje serce nauczyło się nienawiści. Pogardy. Nie jestem złym człowiekiem i nigdy nie życzyłabym nikomu krzywdy, ale mam nadzieję, że Alec i jego wataha zgniją w piekle.
Wszyscy oprócz Niego. On jest jedynym, który mi uwierzył. Jedynym, który zadawał pytania i pomógł mi uciec. Mam nadzieję, że Alec nigdy nie dowie się, jaką rolę odegrał w mojej ucieczce.
Słysząc w oddali krzyki, odsuwam myśli na bok i zmuszam się do większego wysiłku. Nie mogłam pozwolić, by mnie złapali.
Biegnę, idę, potykam się, ale prę naprzód. Robię to tak długo, aż nie mogę już więcej. Aż moje ciało zastyga, a kości odmawiają posłuszeństwa.
Nie wiem, jak daleko uciekłam, ale mam nadzieję, że wystarczająco daleko.
Jedyną przewagą, jaką mam, jest tojad i srebro w moim organizmie; napompowali moje ciało tak dużą ich ilością, że zamaskuje to mój zapach, utrudniając im znalezienie mnie.
Dostrzegając małą jaskinię, wczołguję się do niej. Jestem tak zmęczona i wycieńczona. Jedyne, czego pragnę, to spać, ale wiem, że będzie to trudne. Za każdym razem, gdy zamykam oczy, w moim umyśle pojawia się jego obraz. Ciągle widzę, jak mnie torturuje. Rani. Zabija powoli. Jego oczy są najgorszą częścią wspomnień, które wyryły się w mojej pamięci. Są zimne, martwe i mają w sobie złowieszczy błysk. Za każdym razem przechodzą mnie dreszcze.
Inne watahy bały się Aleca. Nazywali go potworem. Nigdy nie wiedziałam, jak bardzo było to prawdziwe. Dopóki nie stał się nim wobec mnie.
Moje oczy napełniają się łzami i tym razem pozwalam im płynąć. To tak, jakby tama, która je powstrzymywała, w końcu pękła. To rozdzierające uczucie, jakby ból był wyciągany z najgłębszych zakamarków mojej duszy. Rozrywał mnie na kawałki, a ja nie miałam nikogo, kto by mnie przytulił lub pocieszył. Nikogo, kto powiedziałby mi, że wszystko będzie dobrze.
Dlaczego to wszystko spotkało mnie? Czy Bogini Księżyca nie jest sprawiedliwa? Dlaczego więc pozwoliła mi cierpieć za coś, co nawet nie było moją winą?
Pytania zalewają moją głowę. Czuję się, jakbym była obdarta ze skóry. Jakby nic we mnie nie zostało. Nic, co kotwiczyłoby mnie jeszcze na tym świecie. Jeśli nigdy się nie obudzę, nie będę miała nic przeciwko. To lepsze niż bycie wygnanym wilkiem.
Żadna wataha by mnie nie chciała, a gdybym została złapana w pobliżu granicy jakiejkolwiek watahy, zostałabym zabita na miejscu. Nie miałam żadnych szans na przeżycie. Chyba że stałabym się zdziczałym, co jest znacznie gorsze.
Płaczę, dopóki nie wypłaczę wszystkich łez. Wtedy zamykam oczy. Nie miałam już energii, by trzymać je otwarte.
Potrzebowałam tylko chwili odpoczynku, żeby nabrać sił do dalszej drogi.
********
Mój sen nie jest spokojny. Ciągle tracę i odzyskuję przytomność. Gdzieś w tyle głowy wiedziałam, że to nie tylko z powodu trucizny pływającej w mojej krwi, ale także dlatego, że prawdopodobnie miałam gorączkę z powodu infekcji.
Mój umysł jest zamglony, gdy próbuję wrócić do snu. Chciałam tylko, żeby ból ustał. Kiedy jestem nieprzytomna, nie czuję bólu. Jestem całkowicie odrętwiała. Kiedy odpływam, nie czuję żadnego bólu w różnych częściach mojego ciała.
Zostaję brutalnie wyrwana do pełnej świadomości, gdy ktoś chwyta mnie za kostkę i bezceremonialnie wywleka z kryjówki. Boli jak cholera, gdy ostre kamienie drapią i wbijają się w moje rany.
Próbuję krzyczeć, ale nie wydobywa się żaden dźwięk. Myślałam, że mnie znaleźli, ale się myliłam.
Patrząc w rozczochrane i zwierzęce oczy, które mnie otaczały, nie wiedziałam, czy być wdzięczną, że to nie Wataha Krwawego Księżyca, czy przeklinać Boginię Księżyca za skrzyżowanie moich ścieżek ze Zdziczałymi.
Zdziczali byli znani z bycia niezrównoważonymi. Stracili wszelkie ślady człowieczeństwa i byli bardziej bestiami niż ludźmi. Dlatego byli tak niebezpieczni.
– Patrzcie, co my tu mamy? – Mężczyzna, który chyba jest przywódcą, szydzi, oceniając mój stan. – Chyba znaleźliśmy sobie zabawkę.
Próbuję się szarpać, ale na próżno. Mężczyzna mocno trzymał moją nogę.
– Nie wygląda na zbyt wiele, ale może zabawimy się z nią? – Inny uśmiecha się nikczemnie. – Minęło sporo czasu, odkąd miałem kobietę pod sobą.
Moje serce zaczyna bić nieregularnie. Było dość oczywiste, co sugerował.
Znowu pytam: Dlaczego ja? Jakby nie wystarczyło, że byłam bita i torturowana, teraz miałam zostać zbiorowo zgwałcona przez bandę Zdziczałych?
– Chcę być pierwszy – mówi inny, wpatrując się we mnie i oblizując usta.
Zaczynają walczyć między sobą, jakbym była kawałkiem mięsa, o który trzeba się bić.
Wznawiam walkę i zaczynam powoli czołgać się w dal. Poruszenie mojego zmęczonego i obolałego ciała kosztowało mnie wszystko. Nie zaszłam nawet daleko, gdy ktoś mnie złapał i obrócił twarzą do siebie, po czym wspiął się na mnie.
– Gdzie się wybierasz, skarbie? – uśmiecha się, a jego zgniłe zęby i cuchnący oddech sprawiają, że chce mi się rzygać. – Skoro jestem przywódcą, mam pierwszeństwo.
Mówi to tak, jakby to było coś, z czego można być dumnym. Kurwa, nie było. Próbuję go uderzyć, gdy jego ręce zaczynają przesuwać się w stronę mojego uda, ale on przygważdża moje dłonie nad moją głową. Sprawia, że krzyczę z agonii przez ból, który przeszywa moje plecy.
Mój krzyk w ogóle go nie rusza, gdy kontynuuje.
– Proszę, puść mnie – płaczę, czując jego dłoń na wewnętrznej stronie uda, przesuwającą się w stronę krocza.
– Nie martw się... sprawię, że będzie ci dobrze.
Kręcę głową, a kolejne łzy spływają mi po policzkach. Czułam jego podniecenie przy moim brzuchu i robiło mi się niedobrze. Walczę dalej, używając resztek sił, by spróbować go odepchnąć.
– Przestaniesz? – warczy, po czym uderza mnie mocno w twarz. – Powiedziałem, że sprawię, iż poczujesz się dobrze, więc bądź grzeczną dziewczynką i, kurwa, leż spokojnie.
Na moment pociemniało mi w oczach. Kiedy odzyskuję wzrok, on puścił już moje ręce i całował moją szyję, jednocześnie obmacując moją pierś. Czułam, jak moja skóra cierpnie.
Wpatruję się w niebo w geście porażki, przeklinając Boginię Księżyca. Nie było nikogo, kto by mnie uratował. Nikt nie przyjdzie mi z pomocą. Równie dobrze mogę się poddać; może wtedy szybciej to skończą.
Pogodziłam się z tym okrutnym losem, gdy rozdarł sukienkę, którą miałam na sobie, obnażając moją nagość.
– Nie jest źle, co? – pyta z uśmieszkiem, gdy jego palec przesuwa się między moimi piersiami, sprawiając, że drżę z obrzydzenia.
Zamiast odpowiedzieć, pluję na niego.
Warczy i podnosi rękę, by mnie uderzyć, ale zastyga.
– Puść ją – odzywa się silny, kobiecy głos.
Zdziczały wstaje ze mnie i staje twarzą w twarz z dziewczyną. Wyglądała na osobę w moim wieku.
– Patrzcie no, mamy kolejną. – Wszyscy zaczynają ją otaczać. – Ta mi się podoba; wygląda lepiej niż ten żywy trup tam – mówi, prychając w moim kierunku.
Dziewczyna tylko uśmiechnęła się i powiedziała: – Po moim trupie pozwolę wam dotknąć mnie albo jej.
Natychmiast zaczyna inkantować. Początkowo nic się nie dzieje, ale potem mężczyźni zaczynają krzyczeć, tuż przed tym, jak padają na ziemię.
Ona podbiega do mnie, po czym delikatnie pomaga mi wstać, podtrzymując mój ciężar.
– Chodź, moje moce nie są jeszcze silne, więc zaklęcie nie potrwa długo – mówi pośpiesznie. – Musimy cię stąd zabrać i natychmiast dostarczyć ciebie i twoje dziecko do uzdrowiciela.
O czym ona, do cholery, mówiła?
– Jakie dziecko? – jąkam słabo i kompletnie zdezorientowana.
– Dziecko, które nosisz.
















