Wszystko zaczęło się od jednego zdania. „Poczekam wieczność, jeśli będę musiał.” Sensacja BookToka, PEN PAL, to wysokooktanowy, napięcie trzymający mroczny romans z niezapomnianym zwrotem akcji, który wprawi czytelniczki w osłupienie. Teraz z zupełnie nowym rozdziałem bonusowym, ten zapierający dech w piersiach romans o niezaprzeczalnej miłości od supergwiazdy J.T. Geissinger jest nie do przegapienia! Pierwszy list nadszedł w dniu pogrzebu mojego męża. Był ostemplowany w stanowym więzieniu i zawierał jedno zdanie: Poczekam wieczność, jeśli będę musiał. Podpisał go Dante, mężczyzna, którego nie znałam. Z czystej ciekawości odpisałam, pytając go, na co właściwie czeka. Jego odpowiedź? Na ciebie. Powiedziałam tajemniczemu mężczyźnie, że pomylił adresatkę. Powiedział, że nie. Powiedziałam, że nigdy się nie spotkaliśmy, ale on powiedział, że się mylę. Korespondowaliśmy ze sobą, wymieniając listy co tydzień, które stawały się coraz bardziej intymne. Potem pewnego dnia listy przestały przychodzić. Kiedy dowiedziałam się dlaczego, było już za późno. Dante stał u moich drzwi. I nic na ziemi nie mogło mnie przygotować na to, co stało się potem.

Pierwszy Rozdział

Pada, kiedy trumna mojego męża jest opuszczana do grobu. Pada mocno, jakby samo niebo miało się rozerwać na pół, tak jak moje serce. Stoję nieruchomo pod parasolem z innymi żałobnikami, słuchając, jak ksiądz bełkocze o zmartwychwstaniu i chwale, błogosławieństwach i cierpieniu, odkupieniu i świętej miłości Bożej. Tyle słów, a wszystkie tak bez znaczenia. Wszystko jest bez znaczenia. W mojej piersi jest dziura wielkości Michaela i nic już się nie liczy. To musi być powód, dla którego czuję się tak odrętwiała. Jestem pusta. Żal rozerwał mnie na strzępy, rozrzucając moje kości na pustynną pustynię, gdzie będą się prażyć w ciszy pod bezlitosnym słońcem przez tysiąc lat. Kobieta za mną cicho szlocha w chusteczkę. Sharon? Karen? Koleżanka Michaela, którą poznałam na dawnej imprezie na wydziale. Jedna z tych okropnych świątecznych imprez firmowych w szkolnej auli, gdzie podają tanie wino w plastikowych kubkach, a ludzie stoją i prowadzą niezręczne pogawędki, dopóki nie upiją się na tyle, by powiedzieć, co naprawdę o sobie myślą. Sharon lub Karen za mną powiedziała Michaelowi, że był dupkiem na tej imprezie. Nie pamiętam dlaczego, ale prawdopodobnie dlatego teraz płacze. Kiedy ktoś umiera, zaczynasz liczyć wszystkie sposoby, w jakie go zawiodłeś. Ksiądz kreśli znak krzyża na swojej piersi. Zamyka Biblię i cofa się. Powoli idę do przodu, schylam się, by chwycić garść ziemi z kupki z boku, a następnie wrzucam ją na zamkniętą trumnę. Mokra grudka ziemi wydaje brzydki, głuchy dźwięk, gdy ląduje na szarej pokrywie trumny, obojętne chlupnięcie ostateczności. Potem zsuwa się, pozostawiając za sobą smugę brązu jak plama gówna. Nagle trzęsę się z gniewu. Czuję w ustach popiół i gorycz. Co za głupi rytuał. Po co się w ogóle trudzimy? To tak, jakby zmarli mogli widzieć, jak ich opłakujemy. Ich już nie ma. Nagły poryw zimnego wiatru potrząsa liśćmi na drzewach. Odwracam się i odchodzę w deszczu, nie oglądając się, gdy ktoś cicho szepcze moje imię. Muszę pobyć sama ze swoim żalem. Nie jestem jedną z tych osób, które lubią współczuć w obliczu tragedii. Zwłaszcza gdy tragedia dotyczy mnie. Kiedy otwieram drzwi wejściowe do domu, zajmuje mi chwilę, zanim dotrze do mnie, że jestem w domu. Nie pamiętam drogi z cmentarza tutaj, chociaż ta pusta plama w czasie mnie nie zaskakuje. Od czasu wypadku jestem jak we mgle. To tak, jakby mój mózg był spowity gęstymi chmurami. Gdzieś czytałam, że żal to coś więcej niż tylko emocja. To także doświadczenie fizyczne. Kiedy ktoś jest w żałobie, do krwiobiegu uwalniają się wszelkiego rodzaju paskudne chemikalia stresowe. Zmęczenie, nudności, bóle głowy, zawroty głowy, awersja do jedzenia, bezsenność… Lista skutków ubocznych jest długa. Mam je wszystkie. Zdejmuję buty i zostawiam je pod konsolą w holu. Rzucam wełniany płaszcz na oparcie krzesła w kuchni i idę do lodówki. Otwieram drzwi i stoję, patrząc do środka, podczas gdy deszcz bębni o szyby, i próbuję przekonać samą siebie, że jestem głodna. Nie jestem. Wiem, że powinnam jeść, żeby nabrać sił, ale nie mam apetytu na nic. Pozwalam drzwiom się zamknąć i naciskam palcami na pulsujące skronie. Kolejny ból głowy. To już piąty w tym tygodniu. Kiedy się odwracam, zauważam kopertę na stole obok miski z owocami. Leży sama, biały prostokąt zgrabnym pismem i znaczkiem z napisem „MIŁOŚĆ” czerwonymi literami. Wiem na pewno, że jej tam nie było, kiedy wychodziłam. Moja pierwsza myśl jest taka, że Fiona przyniosła pocztę. Potem przypominam sobie, że sprząta dom w poniedziałki. Dziś jest niedziela. Więc jak się tam dostała? Gdy podchodzę do stołu i podnoszę list, grzmot wstrząsa oknami. Nagły poryw wiatru świszcze wśród drzew na zewnątrz. Uczucie niesamowitości nasila się, gdy czytam adres zwrotny. Zakład Karny Stanu Waszyngton. Marszcząc brwi, rozrywam krawędź koperty i wyciągam pojedynczą kartkę białego, nieliniowanego papieru w środku. Rozkładam ją i czytam na głos. „Poczekam wiecznie, jeśli będę musiał”. To wszystko. Nie ma nic więcej, poza podpisem wydrapanym pod słowami. Dante. Odwracam kartkę, ale z drugiej strony jest pusta. Przez krótką chwilę myślę, że list musi być przeznaczony dla Michaela. Odrzucam ten pomysł, gdy zdaję sobie sprawę, że jest zaadresowany do mnie. To moje imię i nazwisko jest wypisane na froncie koperty, wydrukowane starannymi drukowanymi literami niebieskim długopisem. Ta osoba, Dante, kimkolwiek jest, chciała, żebym to otrzymała. Ale dlaczego? I na co on czeka? Zaniepokojona składam list na trzy części, wkładam go z powrotem do koperty i upuszczam na stół. Potem upewniam się, że wszystkie drzwi i okna są zamknięte. Zasłaniam zasłony i żaluzje przed mokrym, szarym popołudniem, nalewam sobie kieliszek wina, a następnie siadam przy kuchennym stole, wpatrując się w kopertę z dziwnym uczuciem złego przeczucia. Uczucie, że coś nadchodzi. I że cokolwiek to jest, nie jest dobre. Kiedy rano wyczołguję się z łóżka, ból głowy wciąż mi towarzyszy, ale opresyjne uczucie strachu zniknęło. Na zewnątrz jest szaro i wietrznie, ale deszcz ustał. Przynajmniej na razie. W Waszyngtonie jest mokro i pochmurno przez cały rok, a styczeń jest szczególnie ponury. Próbuję pracować, ale poddaję się już po godzinie. Nie mogę się skoncentrować. Wszystko, co rysuję, wygląda na przygnębione. Książka dla dzieci, którą ilustruję, opowiada o nieśmiałym chłopcu, który zaprzyjaźnia się z królikiem, który potrafi mówić, ale dziś mój królik wygląda tak, jakby wolał wziąć przedawkowanie Percocetu niż zjeść marchewki, którymi chłopiec próbuje go nakarmić. Porzucam biurko i idę do kuchni. Pierwszą rzeczą, na którą pada mój wzrok, jest list na stole. Następną rzeczą, którą zauważam, jest woda na całej podłodze. W nocy sufit zaczął przeciekać. Dwa miejsca, żeby być dokładnym. Wiedziałam, że powinniśmy kupić coś nowszego. Ale Michael nie chciał nowego domu. Wolał starsze domy z „charakterem”. Kiedy sześć lat temu wprowadziliśmy się do tej wiktoriańskiej kamienicy w stylu królowej Anny, byliśmy nowożeńcami z większą energią niż pieniędzmi. Spędzaliśmy weekendy na malowaniu i wbijaniu gwoździ, zrywaniu starych dywanów i łataniu dziur w płytach gipsowo-kartonowych. To było zabawne przez około trzy miesiące. Potem stało się wyczerpujące. Potem stało się bitwą na upór. My przeciwko domowi, który wydawał się zdeterminowany, by pozostać w stanie rozkładu, bez względu na to, jak bardzo staraliśmy się go zmodernizować. Wymieniliśmy pękniętą rurę wodną, a potem zepsuło się ogrzewanie. Zmodernizowaliśmy stare urządzenia kuchenne, a potem znaleźliśmy toksyczną pleśń w piwnicy. To była niekończąca się karuzela napraw i wymian, która pochłaniała nasze finanse i naszą cierpliwość. Michael planował wymienić przeciekający dach w tym roku. Czasami zastanawiam się, co zostanie na mojej liście rzeczy do zrobienia, kiedy umrę. Ale potem zmuszam się do myślenia o czymś innym, bo i tak jestem wystarczająco smutna. Przynoszę dwa plastikowe wiadra z garażu do kuchni i umieszczam je na podłodze pod miejscami, gdzie sufit kapie, a następnie wyciągam mop. Uprzątnięcie całej wody i wysuszenie podłogi zajmuje prawie godzinę. Kiedy kończę, słyszę, jak drzwi wejściowe otwierają się i zamykają. Spoglądam na zegar na mikrofalówce. Dziesiąta. Punktualnie. Moja gosposia, Fiona, wchodzi do kuchni. Rzuca na mnie okiem, upuszcza plastikowe torby ze środkami czystości, które trzyma, i wydaje przeraźliwy krzyk. To świadczy o tym, jak bardzo jestem wyczerpana, że nawet nie podskakuję na ten dźwięk. „Naprawdę wyglądam aż tak źle? Przypomnij mi, żebym zrobiła makijaż, zanim przyjdziesz w przyszłym tygodniu”. Oddychając ciężko, z białą twarzą, opiera ramię o framugę drzwi i kreśli znak krzyża na swojej piersi. „Jezu Chryste! Przestraszyłaś mnie na śmierć!” Marszczę na nią brwi. „Kogo się spodziewałaś? Świętego Mikołaja?” W przeciwieństwie do reszty Fiony, jej śmiech jest cichy i słaby. Pochodzenia szkockiego, jest pulchna i atrakcyjna, z jasnoniebieskimi oczami, różowymi policzkami i krępymi nogami. Jej dłonie są czerwone i szorstkie od lat pracy przy sprzątaniu domów. Choć ma ponad sześćdziesiąt lat, ma energię kobiety o połowę młodszej. Korzystanie z jej pomocy w utrzymaniu porządku w domu to kosztowny luksus, ale z dwoma piętrami, ponad pięciuset metrami kwadratowymi i tym, co wydaje się milionem zakamarków i szczelin, w których zbiera się kurz, dom wymaga ciągłego sprzątania. Potrząsa głową, wachlując się. „Hoo! Rozruszałaś stare serduszko, moja droga!” Chichocze. „Już dawno nie było tak źle”. Potem poważnieje i przygląda mi się uważnie, wpatrując się we mnie, jakby nie widziała mnie od stu lat. „Jak się masz, Kayla?” Odwracam wzrok. Nie mogę kłamać, patrząc prosto w te przeszywające niebieskie oczy. „W porządku. Po prostu staram się czymś zająć”. Waha się, jakby nie była pewna, co powiedzieć. Potem wydycha z hukiem i wykonuje bezradny gest w kierunku okna i pochmurnego widoku Puget Sound za nim. „Tak mi przykro z powodu tego, co się stało. Przeczytałam o tym w gazecie. Taki szok. Czy jest coś, co mogę zrobić?” „Nie. Ale dziękuję”. Oczyszczam gardło. Nie płacz. Nie płacz. Weź się w garść. „Więc nie zawracaj sobie głowy kuchnią dzisiaj, oczywiście. Znajdę kogoś, kto przyjdzie i przyjrzy się przeciekowi, ale w międzyczasie nie ma sensu sprzątać tutaj, jeśli i tak wszystko znowu zamoknie. Moje biuro nie musi być sprzątane w tym tygodniu, a także…” Przełykam ślinę, czując guzek w gardle. „A także może pomiń biuro Michaela. Myślę, że chciałabym zostawić je tak, jak jest przez jakiś czas”. „Rozumiem” - mówi cicho. „Więc zostajesz?” „Tak. Będę tu cały dzień”. „Nie, chodziło mi o to, czy zostajesz w domu?” W jej tonie jest coś dziwnego, podtekst, którego nie rozumiem, ale potem pojmuję. Martwi się o swoje bezpieczeństwo zatrudnienia. „Och, nie mogłabym teraz sprzedać. Jest za wcześnie, żeby podejmować tak ważną decyzję. Może za rok lub dwa, kiedy wszystko się uspokoi. Nie wiem. Szczerze mówiąc, po prostu staram się brać każdy dzień takim, jaki jest”. Kiwa głową. Stoimy w niezręcznej ciszy przez chwilę, aż wskazuje na coś za sobą. „Zabieram się teraz do pracy”. „Okej. Dziękuję”. Podnosi torby z miejsca, w którym upuściła je na podłogę, a następnie odwraca się, by odejść. Ale nagle wraca i wypala: „Będę się za ciebie modlić, kochanie”. Nie fatyguję się, żeby jej powiedzieć, żeby nie marnowała oddechu. Wiem, że jestem stracona sprawa, że żadna ilość modlitw we wszechświecie nie może mi pomóc, ale to nie znaczy, że muszę być niegrzeczna. Po prostu przygryzam wargę, kiwam głową i przełykam łzy. Kiedy wychodzi, mój wzrok pada na list na stole. Nie mogę powiedzieć, co mnie do tego zmusza, ale zanim się zorientuję, siadam, żeby napisać odpowiedź. Bazgrzę ją na odwrocie listu, który przysłał mi Dante. Na co czekasz? Wysyłam go, zanim stracę odwagę. Mija tydzień, zanim dostanę odpowiedź, i jest ona jeszcze krótsza niż moja. Właściwie to tylko jedno słowo. Ty. W prawym dolnym rogu kartki znajduje się plama czegoś zaschniętego i rdzawego, co wygląda jak krew.

Odkryj więcej niesamowitych treści