Perspektywa Elary
Wpadłam do przestronnego gabinetu, a zapach starych książek, mahoniu i skóry natychmiast mnie otoczył. Ale były tam też dwa inne zapachy: burbon i dym z ogniska, zapach Kaelena, mojego towarzysza i męża — na razie. I coś słodszego, kwiatowego.
Sloane.
Najpierw zobaczyłam smagnięcie brunatnych włosów, a potem jej ładną, lisią twarz. Sloane Oakwood, córka Alfy watahy Lunaris, która sąsiadowała z Galeshadow i Kestrel.
To ironiczne, że te trzy watahy tworzyły trójkąt, bo Sloane przez całe moje małżeństwo była tą „drugą kobietą”, której nie mogłam się pozbyć. A może to było na odwrót?
Ona i Kaelen byli przyjaciółmi na długo przed moim pojawieniem się; pochodząc z sąsiednich watah, chodzili razem do tej samej szkoły, a Sloane i Kaelen najwyraźniej byli bliskimi przyjaciółmi dłużej, niż ktokolwiek pamiętał.
Był nawet moment, kiedy spekulowano, że Sloane może być przeznaczoną partnerką Kaelena.
Dopóki ja się nie pojawiłam i nie zrujnowałam marzeń wszystkich. W tym Sloane.
Mimo że Kaelen i ja wzięliśmy ślub, on zawsze traktował Sloane dobrze — zapraszał ją na bankiety i bale, kupował prezenty urodzinowe, a nawet jadał z nią posiłki, gdy nie potrafił zdobyć się na to samo wobec mnie.
Przez długi czas znosiłam jego łagodność wobec niej; mówiłam sobie, że są przyjaciółmi z dzieciństwa, że ma pełne prawo być dla niej miłym, nawet gdy na to nie zasługiwała. Może jakaś mała część mnie wierzyła nawet, że jeśli nie będę na to narzekać, Kaelen w końcu zmięknie wobec mnie.
Ale nigdy tego nie zrobił. Nawet gdy byłam idealną, posłuszną Luną, o jakiej marzyłby każdy Alfa, nawet gdy ona zachowywała się okrutnie i niewybaczalnie, on zawsze wybierał ją.
Sloane powoli odwróciła się, by spojrzeć na mnie z pluszowego fotela, w którym siedziała. W swoich wypielęgnowanych dłoniach delikatnie trzymała maleńką filiżankę ze spodeczkiem, a na sobie miała coś, co wyglądało na nowiutką sukienkę w najładniejszym odcieniu różu, jaki kiedykolwiek widziałam.
Spojrzałam ponad nią na Kaelena, który siedział za biurkiem, a jego rude włosy tworzyły aureolę w świetle słońca padającego zza jego pleców. Wpatrywał się we mnie beznamiętnie, gdy nagle zatrzymałam się na środku pokoju, a jego zielone oczy omiotły mnie, jakbym była przybłędą, która właśnie tu weszła.
— Elaro — powiedział powoli, nie siląc się nawet na ukrycie nuty pogardy w głosie. — Co tu robisz? Jestem w trakcie spotkania.
Irytacja w jego tonie nie umknęła mojej uwadze. Kiedyś mogłoby to sprawić, że skuliłabym się i uciekła z przysłowiowym podkulonym ogonem. Ale już nie. Nie teraz, kiedy umierałam i miałam mało czasu na takie rzeczy.
— Mam pilną sprawę, którą muszę z tobą omówić.
— To będzie musiało poczekać. Jestem zajęty.
Fuknęłam i wskazałam na Sloane. — Ona praktycznie tu mieszka. Jestem pewna, że możecie dokończyć to podwieczorkowe spotkanie później.
Sloane sapnęła z oburzenia. Brwi Kaelena wystrzeliły w górę. Najwyraźniej żadne z nich nie spodziewało się po mnie tak bezpośredniego tonu — szczerze mówiąc, ja sama się tego nie spodziewałam. Zaledwie kilka godzin temu dowiedziałam się, że jestem śmiertelnie chora, a już zachowywałam się jak zupełnie inna osoba.
Sloane powiedziała lekkim głosem: — Elaro, kochana, co takiego musisz powiedzieć, czego nie możesz powiedzieć przy mnie? Przecież wszyscy jesteśmy przyjaciółmi.
Przyjaciółmi? Przyjaciółmi? To była ta sama kobieta, która zadzierała nosa za każdym razem, gdy próbowałam być dla niej uprzejma. Nie mogłybyśmy być od siebie bardziej odległe — byłyśmy jak obcy ludzie.
Powoli odwróciłam głowę, by na nią spojrzeć. Moja górna warga wygięła się, choć nie wysunęły się kły — nie bez mojego wilka. Ale starałam się przelać w to spojrzenie każdą uncję niesmaku, jaką czułam.
— Niektóre rzeczy, kochana, lepiej omawiać między mężem a żoną. Chyba że sugerujesz, iż jesteś trzecią stroną w naszym związku?
Sloane znów sapnęła, a jej delikatna dłoń — zawsze była tak bladoskóra, smukła i kurewsko idealna, jak mały gołąbek — powędrowała do pereł na szyi. W jej wielkich niebieskich oczach natychmiast stanęły łzy, choć byłam pewna, że są udawane. — Doprawdy, ja nigdy...
— Ona zwariowała, panie — powiedział nagle zza moich pleców Beta Garret. Widocznie przez cały ten czas stał w drzwiach, choć go nie zauważyłam. — Czy mam wyprowadzić Lunę Elarę?
Zacisnęłam szczękę, nie chcąc patrzeć na nikogo poza Kaelenem. Siedział nieruchomo, mrugając tylko w moim kierunku, jakby z zaskoczeniem.
Potem te zielone oczy znów omiotły moją postać — ale tym razem w inny sposób. W jego spojrzeniu było coś... oceniającego, jakby widział mnie po raz pierwszy.
Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek wcześniej patrzył na mnie w ten sposób.
W końcu powiedział: — Garret, proszę, odprowadź Sloane do wyjścia.
Nie zdołałam ukryć zdziwienia. Nawet Garret wymamrotał: — Panie?
Sloane zerwała się na równe nogi. — Kael...
— Moja... żona musi ze mną porozmawiać — powiedział Kaelen, gdy jego Beta ruszył w stronę Sloane. — Wrócimy do naszej rozmowy później, Sloane.
Sloane wyglądała na niezadowoloną, ale nie kłóciła się dalej, gdy Garret delikatnie ujął ją pod łokieć. — Tędy, proszę pani — powiedział uprzejmym głosem, którego nigdy nie używał wobec mnie. Wyprowadził ją, a gdy drzwi się za nimi zamknęły, wypuściłam powietrze, które nieświadomie wstrzymywałam.
Ale moja ulga trwała krótko, bo Kaelen warknął: — Dzisiaj już nie udajesz łagodnej Luny, co? Wiesz, że Sloane jest dla mnie jak młodsza siostra i nie pozwolę, byś odnosiła się do niej tak szorstko. Nie pozwolę ci też rzucać oskarżeń o niewierność.
Jego ton sprawił, że cała we mnie zawrzałam, ale zachowałam neutralny wyraz twarzy. Nie miałam zamiaru tłumaczyć się z tego, co powiedziałam do Sloane, ani też nie zamierzałam za to przepraszać. Miałam dość przeprosin, dość bycia cichą, słodką i nigdy nie stawiającą na swoim.
— Mój wilk zapadł w uśpienie — powiedziałam prosto z mostu, splatając dłonie za plecami. — Musisz mnie naznaczyć, żeby wrócił. Jeśli tego nie zrobisz, umrę w ciągu roku.
Kaelen prychnął.
— Ach. Kolejna z twoich sztuczek, zupełnie jak ten teatrzyk pod tytułem „słodka, łagodna Luna”. Pozwól mi zgadnąć — chcesz zabezpieczyć swoją pozycję jako mojej Luny, urodzić mi dziedzica, fabrykując jakąś zmyśloną chorobę, która zmusi mnie do naznaczenia cię i zbliżenia.
Oczywiście. Po tych wszystkich latach mojej ciężkiej pracy, sumienności i perfekcji, był na tyle nieufny, by oskarżyć mnie o udawanie choroby, żeby złapać go na dziecko. Nie spodziewałam się niczego innego.
— Jest inny sposób — powiedziałam, unosząc podbródek. — Rozwiedź się ze mną, odrzuć mnie, a wtedy mój wilk wróci.
— Nie.
To mnie zaskoczyło. Kaelen mnie nienawidził — co do tego nie było wątpliwości. Spodziewałam się, że rzuci się na okazję do rozwodu z jakiegokolwiek powodu. Ale odmówił natychmiast.
To musiało być dlatego, że Alfa nie mógł odrzucić swojej partnerki bez powodu. Mogłoby to zaszkodzić jego reputacji jako przywódcy, sprawić, że wydałby się zbyt emocjonalny i nielojalny.
A ja technicznie nie dałam mu powodu do rozwodu — nie zdradziłam go, nie kłóciłam się z nim, nie zrobiłam nic poza tym, że zachorowałam i stałam się lekko irytująca.
— To ja ogłoszę to publicznie — powiedziałam. — Wezmę winę na siebie. To nie zaszkodzi twojej reputacji.
— Nie — powtórzył, wstając z krzesła.
W swojej pełnej okazałości praktycznie nade mną górował, a jego szerokie ramiona zasłaniały słońce wpadające przez okno za nim. Wygładził przód swojej ciemnej kamizelki, subtelnie haftowanej czarnymi nićmi, i niebezpiecznie zmrużył oczy.
— Nie weźmiemy rozwodu.
















