Kaelia
Zatoczyłam się do przodu. Czułam, jakby moje nogi nie należały już do mnie, ale zmusiłam je do ruchu. Nie mogłam się zatrzymać. Mój oddech był przyspieszony, obraz mi się rozmywał, ale parłam przed siebie przez tę mgłę.
Zrobiłam to.
Naprawdę to zrobiłam.
Wyrwałam się śmierci.
Chociaż wciąż krwawiłam, byłam złamana, wisiałam na włosku, wiedziałam, że jeśli otrzymam pomoc, to mi się uda. Mogłam wyzdrowieć i żyć. Na tę myśl kąciki moich ust drgnęły w słabym uśmiechu.
Spojrzałam w górę i zobaczyłam bramy zamku. Mój dom. Strzegli go znajomi mężczyźni w zbrojach. Ulga zalała mnie z taką siłą, że omal nie padłam na kolana.
„Udało nam się, Nyla. Jesteśmy prawie w domu”.
Nyla nie odpowiedziała. Moja wilczyca milczała od czasu bitwy. Była białym wilkiem, jednym z najsilniejszych w istnieniu, a jednak, gdy potrzebowałam jej najbardziej, zniknęła, tak jak za każdym innym razem w moich poprzednich życiach.
Mimo to wiedziałam, że tam jest, patrząc i pomagając na swój własny sposób. Gdyby nie ona, już byłabym martwa. Nie rozumiałam jej milczenia, ale powtarzałam sobie, że gdy tylko wyzdrowieję, wróci do mnie.
Moje ciało chwiało się, gdy kuśtykałam w stronę bramy. Jeden ze strażników zmrużył oczy, a potem krzyknął: – Co? Coś się zbliża! Podnieść łuki!
– Kim jesteś?! W jakiej sprawie przybywasz!
Uniosłam drżącą dłoń, a mój głos był ochrypły. – Stójcie! Nie strzelajcie. To ja, Luna Kaelia.
Mężczyźni zamarli, mrugając do mnie w szoku. Nie mogłam ich winić. Musiałam wcale nie przypominać samej siebie, cała we krwi, zataczająca się jak żebraczka u progu śmierci, zamiast wdzięcznej Luny, do której byli przyzwyczajeni.
Oparłam dłonie na kolanach, łapczywie chwytając powietrze, a potem zmusiłam się do wyprostowania. Mój wzrok utkwił w nich. – Na co czekacie? Otwórzcie bramy. Powiedzcie Caiusowi, że wróciłam.
Strażnicy nawet nie drgnęli. Zamiast tego wymienili spojrzenia między sobą. A potem powoli unieśli łuki i wycelowali je we mnie.
Zamrugałam z niedowierzaniem. Serce zatrzepotało w mojej piersi. – C-co robicie?
Wpatrywałam się w mężczyzn, moje ciało się chwiało, a klatka piersiowa płonęła z każdym rzężącym oddechem. Jeden z nich wystąpił naprzód, a jego głos był twardy.
– Na kolana. Otrzymaliśmy rozkaz, by wziąć cię pod straż.
Moje oczy się rozszerzyły. – C-co to znaczy wziąć mnie pod straż? Co wy robicie? Nie widzicie, że jestem ranna? – Mój głos się załamał. – Umrę, jeśli nie zostanę opatrzona. Wezwijcie w tej chwili Caiusa! Gdyby Caius wiedział, co robicie, nigdy by nie tolerował takiego braku szacunku!
Strażnik prychnął, a jego usta wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu. – Ta, jasne. Na kolana, Kaelio Ashwood.
Pełne imię uderzyło mnie jak policzek. Nikt nie odważył się nazwać Luny jej pełnym imieniem i nazwiskiem. Zmarszczyłam brwi, zdezorientowana. To było nie na miejscu. Wiedzieli, kim jestem. Znali mój tytuł. A mimo to ośmielili się celować do mnie z łuków?
Otworzyłam usta, by zażądać wyjaśnień, ale bramy zaskrzypiały i się otworzyły.
Odwróciłam się, z ulgą widząc wychodzącego Caiusa.
Wyglądał oszałamiająco jak zawsze; długie, czarne włosy miał starannie upięte do tyłu, jego czerwone szaty powiewały, a złota korona błyszczała na jego głowie. Mój Alfa, mój przeznaczony. Powód, dla którego w ogóle walczyłam w tej wojnie.
U jego boku szła moja siostra bliźniaczka, Giselle. Była jedną z niewielu osób, które zawsze przy mnie trwały, wspierały mnie i kochały bez względu na wszystko. Za nimi szło więcej strażników.
Kroki Caiusa były powolne. Zatrzymał się przede mną. Moje kolana omal się nie ugięły, ale odetchnęłam z ulgą.
Dzięki Bogu.
Uśmiechnęłam się. – C-Caiusie… dzięki Bogu, że tu jesteś. Ci ludzie wygadują bzdury. Nie chcą mnie wpuścić, mówią, że mam zostać zatrzymana pod strażą. Wiem, że to musi być błąd. – Chwyciłam się za mój krwawiący bok. – Ale nie obchodzi mnie to, jestem po prostu taka zmęczona, Caiusie. Potrzebuję leczenia. Proszę, po prostu…
Zamilkłam, gdy coś przykuło moją uwagę.
Zamrugałam. Moja siostra miała na sobie złotą, haftowaną szatę ze znakiem Luny.
Szatę Luny.
Moje serce się zatrzymało, a krew ścięła się w żyłach.
– C-co… co to jest? – Mój głos był zaledwie szeptem. Zmusiłam się do przeniesienia wzroku na Caiusa, szukając jakiegokolwiek potwierdzenia. – Dlaczego ona ma to na sobie?
Nie ruszył się, nawet nie zareagował na to, w jakim byłam stanie. Po prostu stał tam, a jego oczy były nieodgadnione.
Moje usta drżały, gdy je oblizałam, czując smak krwi. – Caiusie… co się dzieje?
Oczy Caiusa spotkały się z moimi. – Jak zdołałaś przeżyć?
Zamrugałam. Oddech uwiązł mi w gardle. – C-co?
– Jak przeżyłaś, Kaelio? I gdzie są wojska, które zostały z tobą wysłane?
Zaschło mi w ustach. Przełknęłam z trudem ślinę, a moje ciało chwiało się na nogach. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Moje myśli były zagmatwane, wirowały z wyczerpania i utraty krwi.
Głos Giselle rozległ się obok niego. – Siostro, Alfa zadał ci pytanie. Dlaczego jesteś taka cicha? Nie masz na nie odpowiedzi? – Postukała się po brodzie, jakby w zamyśleniu, a jej usta się wykrzywiły. – A może… może to być tak, że użyłaś swoich wojsk jako dywersji i uciekłaś sama?
Moje oczy się rozszerzyły. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. – C-co ty wygadujesz, Giselle? Dywersji? Nigdy bym tego nie zrobiła.
Jeden ze strażników uśmiechnął się szyderczo. – Co? Masz na myśli to, że ich porzuciła? Użyła własnych żołnierzy, by osłonić swój odwrót? – Splunął na ziemię. – Tchórz.
Rozpaczliwie pokręciłam głową. – Nie! Powiedziałam, że to nieprawda! Nie użyłam nikogo, żeby uciec!
Głos Caiusa był bezlitosny. – To w takim razie jak uciekłaś? Dlaczego ta bezduszna żmija miałaby pozwolić ci żyć?
Chciałam na niego krzyczeć, że umieram, że mógłby przynajmniej pozwolić mi odpocząć, zanim zmusi mnie do odpowiedzi, ale ugryzłam się w język. Wszystko, co mogłam zrobić, to wycisnąć z siebie prawdę przez drżące usta.
– Ja… nie wiem – wyszeptałam. – On po prostu pozwolił mi odejść. Wszyscy inni nie żyją, ale mnie nie zabił.
Giselle się zaśmiała. Kpiący chichot, który w ogóle nie brzmiał jak moja siostra.
– Ale dlaczego miałby cię puścić, siostro? Z tego co słyszałam, Alfa Zaric nikogo nie oszczędza. Zabija każdego, kto stanie mu na drodze. Och, chyba że… – Dramatycznie wciągnęła powietrze, a jej dłoń powędrowała do ust w szoku. – Chyba że pozwoliłaś mu i jego ludziom wejść w ciebie. Czy dlatego pozwolił ci odejść?
Krew we mnie zawrzała na jej podłą uwagę.
– Dość! – warknęłam, a mój głos zagrzmiał z moją komendą Luny. Giselle odskoczyła w tył, a jej zadowolony uśmiech zniknął. Nawet w moim stanie wciąż potrafiłam postawić ją do pionu.
– Nie snuj tak obrzydliwych domysłów! – ryknęłam z głośno falującą klatką piersiową. – Wolałabym umrzeć, niż pozwolić im się dotknąć!
Odwróciłam się do Caiusa ze zdesperowanym, błagalnym spojrzeniem. – Musisz mi uwierzyć, Caiusie. Tak właśnie było.
Przez chwilę tylko się wpatrywał. Jego zimne, zielone oczy szukały moich, ale nie było w nich żadnego ciepła.
– To nie ma znaczenia.
Mój oddech uwiązł. – C-co?
– Nie ma znaczenia, co się tam wydarzyło. Ważne jest to, że nie miałaś stamtąd wyjść żywa, Kaelio.
Ziemia zachwiała mi się pod nogami. – Co ty mówisz…?
– Myślałem, że cię oszczędzam – kontynuował. – Myślałem, że łagodniej będzie pozwolić ci zginąć w bitwie, niż odrzucić cię przed całą watahą i pogrzebać w niesławie. Ale nie zginęłaś w bitwie. Dlatego nie mam innego wyjścia, jak tylko to zrobić.
– Ja, Caius Ironcross, Alfa Watahy Księżycowego Blasku, odrzucam ciebie, Kaelio Ashwood, jako moją przeznaczoną.














