POV: Elena Vázquez.
Brzęk sztućców, syk ekspresu do kawy i głośne, niosące się echem rozmowy atakują moje uszy. Niewielka restauracja w centrum jest przytulna, mocno pachnie pieczonym czosnkiem i smażonym ciastem, ale ja ledwo mogę wciągnąć powietrze do płuc. Siedzę w zniszczonym, skórzanym boksie naprzeciwko mojej najlepszej przyjaciółki, Bianki, desperacko próbując zagłuszyć narastający chaos, który rozdziera mój umysł.
Minęły dwa raniące dni od mojej katastrofalnej, zakrapianej alkoholem przygody na jedną noc. Dwa dni, odkąd zupełnie obcy mężczyzna – bezlitosny, zimnokrwisty morderca, którego spotkałam w ciemnym zaułku – popchnął mnie na materac, rozchylił moje uda i wepchnął swojego nagiego kutasa głęboko we mnie. Przekroczyliśmy absolutnie każdą granicę. Teraz miażdżące poczucie winy z powodu fizycznej zdrady mojego chłopaka, Varo, ciąży na mojej piersi jak kowadło. Za każdym razem, gdy mrugam, widzę twarz Varo. Zdradziłam go.
Ale tuż obok tego ogromnego poczucia winy czai się dręczące, skrywane przerażenie. Przerażenie tak ciężkie, że aż trzęsą mi się dłonie. Nie użył prezerwatywy. Ten dominujący, przerażający mężczyzna wlał we mnie swoje surowe nasienie. Obrzydliwa świadomość, że od tamtej niezabezpieczonej nocy mogę już być w ciąży, grozi wywołaniem pełnoobjawowego ataku paniki tu i teraz, w tym boksie.
– Wyluzuj, dziewczyno. Takie rzeczy się zdarzają – mówi lekko Bianka. Niedbale stuka wypielęgnowanymi paznokciami o krawędź zalaminowanego menu, nie przejmując się zupełnie niczym. Nie zna całej historii. Myśli po prostu, że zaliczyłam szalony numerek. – Tylko dlatego, że zna twoje imię, nie znaczy, że wie o tobie wszystko. Ty nie znasz jego, a on nie zna ciebie. To była jedna noc. Wyluzuj, Lena. Jestem głodna.
Pochylam się nad małym, drewnianym stołem. Chwytam za krawędź tak mocno, że ażbieleją mi knykcie. Zniżam głos do szalonego szeptu, ale mój ton to praktycznie krzyk.
– On znalazł moje mieszkanie, Bia! On wie, gdzie, kurwa, mieszkam! Na wypadek, gdybyś jakoś zapomniała, to dokładnie tam uprawialiśmy seks! – syczę. Moje serce wybija szaleńczy rytm o żebra. – Nie zabrał mnie po prostu do hotelu. Wszedł do mojego domu. Zna rozkład mojej sypialni. Zna mój zapach. Jestem całkiem pewna, że wie już o mnie wszystko, co tylko można wiedzieć.
Łzy kłują mnie w kącikach oczu. Głębsza, zagrażająca życiu panika drapie mnie w gardło. Chcę wyznać mój strach przed ciążą, ale nie mogę. Dawno temu powiedziałam Biance, że biorę tabletki antykoncepcyjne. Głupie kłamstwo, żeby uniknąć kazań. Teraz wstyd wiąże mi język. Jestem zbyt zażenowana, by przyznać, jak lekkomyślna i głupia byłam.
Nieświadoma prawdziwego niebezpieczeństwa krążącego wokół mojego życia, Bianka odkłada menu. Jej twarz łagodnieje ze współczuciem. – Chcesz na razie zamieszkać u mnie? Po prostu przekimaj u mnie, dopóki Varo w końcu nie wróci do miasta?
Wypuszczam drżący oddech. Wyciągam rękę przez stół i przykrywam jej ciepłą dłoń moimi trzęsącymi się palcami.
– Nie, nie sądzę, by Varo był z tego zadowolony. Nie chcę narzucać ci się w twojej przestrzeni – odmawiam łagodnie.
To tylko połowa prawdy. Prawdziwym powodem, dla którego nie mogę zatrzymać się u Bii, jest sam Varo. Mój chłopak ma głęboko przerażającą, agresywną stronę. Mroczny, gwałtowny temperament, który kipi tuż pod jego uroczą powierzchownością. Zawsze ostrożnie i celowo ukrywałam tę jego stronę przed moją najlepszą przyjaciółką. Jeśli Varo wróci do domu i znajdzie mnie kulącą się w mieszkaniu Bianki, jego wściekłość się wyleje, a ja odmawiam wystawiania Bii na linię ognia.
– Chcę tylko, żebyś była bezpieczna, El. Zawsze tu dla ciebie jestem – mówi z porozumiewawczym uśmiechem.
– Wiem. Dziękuję. – Zmuszam się do bladego uśmiechu, czując, jak z moich ramion schodzi ułamek napięcia.
– No to co jemy? Mam ochotę na coś słodkiego. Wezmę ryż kleisty z ananasem – oznajmia Bia, zmieniając temat.
Z ulgą przyjmuję tę przyziemną zmianę tematu. – Ja wezmę grillowane krewetki z sałatką z mango.
Odwracam głowę, a moje nerwowe spojrzenie błądzi przypadkowo po zatłoczonej sali. Przeszukuję pełne stoliki i boksy w poszukiwaniu wolnej kelnerki. Zamiast tego moje oczy omijają jadalnię i lądują prosto na ladzie do zamówień na wynos na przodzie lokalu.
Krew ścina mi się w żyłach. Moje płuca przestają pracować.
O Boże, nie.
Wysoka, szeroka w ramionach sylwetka stoi swobodnie w pobliżu kasy. Ma na sobie dopasowane czarne spodnie i świeżą, drogą białą koszulę, która opina jego muskularne plecy. Na jego wytatuowanym nadgarstku spoczywa ciężki, lśniący, srebrny zegarek.
To, kurwa, on. Morderca.
Dokładnie te same uderzające rysy, które tak bardzo starałam się wymazać z mojego straumatyzowanego umysłu, stoją teraz tuż przede mną w biały dzień. Mężczyzna, który wyruchał mnie do nieprzytomności. Mężczyzna, który morduje ludzi w zaułkach.
Bia zauważa, że nagle zesztywniałam. Krew odpływa mi z twarzy. Zaczyna odwracać głowę na krześle, by podążyć za moim wzrokiem. – Na kogo tak patrzys…
Chwytam jej dłoń. Moje paznokcie wbijają się w jej skórę. Moje brązowe oczy rozszerzają się w czystej panice.
– Nie patrz – szepczę gorączkowo. – To on.
Bia sapnie, a jej oczy rozbłyskują niewłaściwie ukierunkowaną ciekawością. – Co? Tym większy powód, żeby spojrzeć…
– Bianka, proszę! – praktycznie ją błagam. Głos mi się łamie. Modlę się do każdego boga, który zechce mnie wysłuchać, że to tylko dziwaczny, niefortunny zbieg okoliczności. Modlę się, by był tu tylko po to, by zamówić jedzenie na wynos i żeby nie wypatrzył mnie w zatłoczonym pomieszczeniu. Chcę tylko, żeby podłoga się otworzyła i pochłonęła mnie w całości.
– Okej, dobrze. Nie spojrzę. Chociaż nie rozumiem, o co tyle krzyku. Chciałam tylko zobaczyć jego twarz – dąsa się, prostując się w fotelu.
Puszczam jej dłoń. Obie zmuszamy się do spuszczenia głów. Wpatrujemy się intensywnie w kolorowe, zalaminowane menu. Udaję, że studiuję listę przystawek, śledząc wzrokiem słowa na papierze, nie rejestrując przy tym ani jednej litery. Moje serce wybija w uszach gorączkowy, ogłuszający rytm.
– Chcesz wyjść? Pójść gdzieś indziej? – szepcze Bia, wyczuwając czystą udrękę emanującą z mojego ciała.
– Nie. Już siedzimy. Jeśli wstaniemy i pobiegniemy do drzwi, tylko zwrócimy na siebie uwagę. Poza tym, myślę, że on tylko bierze jedzenie na wynos – odpowiadam. W moim umyśle zaczyna kiełkować desperacki strzęp ulgi. Jest odwrócony plecami. To tylko zbieg okoliczności.
– No to chyba czekamy na kelnerkę – mruczy Bia.
Do naszego stolika podchodzi w końcu pogodna kelnerka. Wyciąga z fartucha notes i wita nas promiennym uśmiechem. Recytuje dania dnia, przyjmuje nasze zamówienia na lunch i zapisuje napoje. Trzymam brodę opuszczoną w dół, wpatrując się w solniczkę i pieprzniczkę. Odmawiam spojrzenia w stronę przedniej lady. Odmawiam zwrócenia na siebie jego uwagi.
– Taka urocza kobieta – uśmiecha się Bia, gdy kelnerka odwraca się i odchodzi w stronę tętniącej życiem kuchni.
Czując, jak ogarnia mnie słodka ulga, wypuszczam długi oddech. Kelnerka odeszła. Minęło wystarczająco dużo czasu. Zakładam, że ten niebezpieczny człowiek zapłacił za jedzenie i wyszedł za drzwi.
Ostrożnie podnoszę ciężką głowę.
Zajebiście się mylę.
On stoi dokładnie w tym samym miejscu. Nie jest już zwrócony w stronę kasy. Jego ciało jest obrócone, a on patrzy prosto na mój stolik.
W wyraźnym, jasnym świetle dnia restauracji moje serce podskakuje do gardła. Cienie zaułka i mojej ciemnej sypialni zniknęły, odsłaniając każdy ostry, bezlitosny szczegół jego twarzy. Wyłapuje moje szeroko otwarte, zszokowane spojrzenie. Posyła mi mroczny, porozumiewawczy uśmiech, skierowany prosto na mnie. Pojedynczy, wyraźny dołeczek żłobi jego policzek. To uśmiech drapieżnika, arogancki i terytorialny, bezgłośnie potwierdzający brudne, surowe wspomnienia, które dzielimy.
Następnie, płynnie i nie przejmując się zupełnie niczym, odwraca swoje intensywne, zielone spojrzenie na niższego mężczyznę stojącego tuż obok niego.
Mój oddech grzęźnie w suchym gardle. Moje oczy przenoszą się na drugiego mężczyznę, zmuszając mnie do przerażonego podwójnego spojrzenia. Mężczyzna stoi w sztywnej pozie, ubrany w ciemne ciuchy.
Znam tę drugą twarz. Znam ją aż za dobrze. To twarz, z którą blisko dorastałam. Twarz, która boleśnie i ostro przypomina mi mojego bezlitosnego ojca.
– Diego? – szepczę pod nosem. Imię smakuje jak popiół. Głos łamie mi się z czystego szoku.
Co mój brat robi stojąc obok mordercy z zaułka?
Bia natychmiast marszczy swoje idealnie wyregulowane brwi. Pochyla się przez stół, wyczuwając moje nagłe zdenerwowanie. – El? Co jest? Wyglądasz na naprawdę roztrzęsioną.
Przełykam ciężko ślinę. Żółć podchodzi mi do gardła. Walczę z potężnym, narastającym atakiem paniki, który grozi zepchnięciem mnie za krawędź. Wycieram spocone dłonie o uda.
– Nic mi nie jest. Po prostu jest tu bardzo gorąco – kłamię gładko.
Bia przyjmuje tę wymówkę, popijając wodę. Zna tylko powierzchowną prawdę o mojej przeszłości. Powiedziałam jej, że odważnie uciekłam z domu tylko po to, by wyrwać się od surowego, kontrolującego ojca. Nie zna żadnych przerażających, brutalnych, mafijnych szczegółów historii mojej rodziny. Nie wie o krwi, broni ani o kartelu.
W mojej głowie rozsypuję się w proch.
Diego. Moja własna krew i kość. Jeśli mój brat tak po prostu zadaje się z tajemniczym mordercą z zaułka, to znaczy, że są ze sobą powiązani. Działają w tym samym mrocznym półświatku. To tylko przerażająca kwestia czasu, zanim moja niebezpieczna rodzina wykorzysta tego mordercę, by mnie wyśledzić. Znajdą mnie. Siłą zaciągną mnie z powrotem do posiadłości, zakuwając w kajdany katastrofalnego, zaaranżowanego, mafijnego małżeństwa, przed którym uciekałam całe życie.
Nagle, głęboko żałuję, że po prostu nie przyjęłam wspaniałomyślnej propozycji Bianki. Powinnam była spakować torbę i ukryć się w jej mieszkaniu. Ściany restauracji wydają się być klatką, która się na mnie zaciska. Moja desperacka, paląca potrzeba powrotu Varo rośnie z każdą mijającą sekundą. Potrzebuję go. Potrzebuję jego ochrony, nawet pomimo jego mrocznych wad.
Powoli zmuszam się, by znów spojrzeć w stronę ruchliwej lady. Prężę drżące ciało, przerażona, że napotkam ich wzrok, przerażona, że zobaczę, jak Diego maszeruje przez salę, by mnie złapać.
Ale tym razem, ku mojemu całkowitemu zdumieniu, lada jest pusta. Obaj zniknęli.
















