Był wczesny wieczór, kiedy wróciłam do domu po pracy nad ostatnim w tym roku projektem grupowym. W domu panowały ciemności, a drzwi wejściowe, które zaczęły się zacinać, odkąd przeciek w dachu się pogorszył, zawsze wydają z siebie potworny pisk przy otwieraniu. Kiedy odwróciłam się, by je zamknąć, zauważyłam stos poczty na stoliku w przedpokoju. Niemal na każdej kopercie widniała czerwona pieczątka z napisem „Termin minął” lub „Ostateczne wezwanie”. Westchnęłam, odkładając listy tam, gdzie je znalazłam. I tak nie mogłam nic z tym zrobić – nie miałam pracy ani żadnych pieniędzy.
Szłam w stronę swojego pokoju, gdy nagle przez tył mojej głowy przeszył palący ból. Zostałam rzucona przez salon, uderzając głową o krawędź kominka. Krzyknęłam, gdy ojciec wymierzył mi mocne kopnięcie w bok. Wiedziałam, że tym razem będzie źle. Nie wiem, jak długo byłam nieprzytomna, ale pokój wokół mnie był ciemny i wirował, więc znów mocno zacisnęłam powieki. Czułam zapach krwi, wymiocin i przypalonej skóry. Ojciec musiał znowu przypalać mnie papierosami. Obudziłam się jakiś czas później słysząc krzyki; hałas zmusił mnie do podjęcia próby ruchu, zanim ojciec mnie dostrzeże i będzie kontynuował bicie, które zaczął. Przetoczyłam się na bok, a ból przeszył moje żebra i prawe ramię. Twarz miałam tak posiniaczoną i opuchniętą, że ledwo widziałam na oczy. Świetnie, żebra muszą być albo pęknięte, albo znów złamane, podobnie jak ręka, a zaczynałam podejrzewać, że nos również. Zrezygnowałam z ruchu, gdy krzyki się przybliżyły; zamknęłam oczy z nadzieją, że pomyśli, iż wciąż jestem nieprzytomna i mnie zignoruje.
Mój ojciec wpadł do salonu, a po twarzy spływał mu pot. To był upalny dzień, nigdy nie było nas stać na klimatyzację, a wentylatory niewiele dawały.
— Ty głupia suko, wezwałaś na mnie gliny! — wrzasnął, pędząc przez salon w stronę korytarza prowadzącego do jego sypialni.
Dźwięki zbliżających się syren stawały się coraz głośniejsze, a z sypialni ojca dobiegały odgłosy trzasków. Brzmiało to tak, jakby przesuwał meble, by zabarykadować się w środku. Miałam wrażenie, że głowa mi pęknie, gdy dźwięk policyjnych syren ustał przed naszym domem.
Rozległo się łomotanie do drzwi, okrzyki policjantów, a zaraz potem huk wyważanych drzwi wejściowych.
— Szlag — jęknęłam. Hałas sprawił, że w głowie zaczęło mi pulsować, a przez żołądek przetoczyła się fala mdłości. Usłyszałam odgłos wielu kroków szybko zbliżających się korytarzem. Leżałam całkowicie nieruchomo, mając nadzieję, że nie potkną się o moje zmaltretowane ciało, wbiegając do salonu.
— Chryste — zaklął jeden z funkcjonariuszy, zatrzymując się przed moją zmasakrowaną postacią. Słyszałam szum jego radia, gdy wykrzykiwał do niego rozkazy, wzywając karetkę i opisując moje najbardziej oczywiste obrażenia.
Z głębi domu dobiegało mnóstwo hałasu, ale zignorowałam to i spróbowałam skupić się na policjancie, który klęczał obok mnie, delikatnie chwytając mnie za ramię.
— Panienko, panienko, słyszy mnie pani? — zapytał oficer, nachylając się, by spojrzeć mi w twarz.
— Karetka już prawie tu jest, proszę wytrzymać jeszcze kilka minut — zapewnił mnie, przesuwając dłonią po moim czole, by odgarnąć włosy z twarzy.
Jęknęłam i spróbowałam skupić na nim wzrok, ale ból był tak wielki, że znów zamknęłam oczy. Musiałam zemdleć, bo kiedy nagle odzyskałam słuch, dotarł do mnie głos ojca mówiącego policjantom, że jestem dramatyzującą smarkulą, która nie chce przyjąć kary, oraz że jestem jego dzieckiem, a kary cielesne są legalne. Że jeśli chce mnie uderzyć, to może.
Jego głos cichł, gdy funkcjonariusze wywlekli go na zewnątrz i wepchnęli na tył radiowozu. Właśnie wtedy podjechała karetka i dwóch ratowników medycznych wbiegło na podjazd z noszami.
Niewiele potem pamiętam, tylko głosy i ruch wokół mnie, uczucie zaciskanego mankietu ciśnieniomierza na mojej zdrowej ręce, wykrzykiwane liczby oraz ukłucie i pieczenie przy zakładaniu kroplówki. Straciłam przytomność, gdy zaczęli mnie przenosić – leki nie zadziałały wystarczająco szybko, by powstrzymać ból.
Kiedy następnym razem się obudziłam, byłam w słabo oświetlonym pokoju, przy akompaniamencie pikania różnych monitorów. Głęboki oddech wciąż sprawiał ból, ale czułam, że moje żebra są owinięte bandażem, złamana ręka znajduje się w szynie i leży wzdłuż boku, a twarz została oczyszczona. Mój wzrok był już wyraźny, krew nie spływała mi do oczu. Rozejrzałam się i zauważyłam kobietę siedzącą na krześle w nogach mojego łóżka.
Wpatrywałam się w nią, a na mojej twarzy musiało malować się zmieszanie, bo odłożyła telefon i wstała. Podchodząc bliżej, westchnęła, a wyraz odrazy mącił jej idealną twarz. Nie miałam pojęcia, kim jest ani dlaczego znajduje się w mojej sali. Wyglądała na kilka cali wyższą ode mnie, miała perfekcyjnie ułożone włosy i fachowo nałożony makijaż. Jej ubrania i buty były drogie, podobnie jak diamentowy pierścionek zaręczynowy.
— Przepraszam, kim pani jest? — wycharczałam. Kobieta znów westchnęła, a wyraz jej twarzy wyraźnie pokazywał, że wolałaby być gdziekolwiek indziej.
— Jestem twoją matką, Cassidy — rzuciła ostro, gdy jej telefon zaczął dzwonić. Pokręciła głową, wróciła do krzesła, chwyciła urządzenie, dźgnęła palcem w ekran i zaczęła syczeć do słuchawki.
— Nie wiem, Barrett, właśnie się obudziła. Nie, w najbliższym czasie nie będzie wyglądać reprezentacyjnie, to jeden wielki bałagan — warknęła do telefonu kobieta, która najwyraźniej była moją dawno zaginioną matką.