Zdradzona i zawłaszczona przez Króla Likanów

Zdradzona i zawłaszczona przez Króla Likanów

Autor: Oliver West

Kolega
Autor: Oliver West
30 kwi 2026
Declan Przez wieki Likani rządzili rasą wilkołaków. Byli silniejszy, szybsi i niemal nieśmiertelni, rodzili się po to, by być królami. Ale czas nie był dla nich łaskawy. Wojny, choroby i zdrady zdziesiątkowały ich szeregi, aż zostałem tylko ja. Byłem ostatnim żyjącym Likanem i ostatnim likanskim królem wilkołaków. W wieku dwudziestu ośmiu lat ciężar przetrwania mojego gatunku spoczywał na moich barkach. Aby przetrwać, przenieśliśmy się do ludzkich miast i nauczyliśmy się w nich żyć, wtapiając się w ich świat, ponieważ nie mieliśmy innego wyjścia. Pracowaliśmy jak oni, ubieraliśmy się jak oni i ukrywaliśmy nasze prawdziwe oblicza. Dla ludzi byłem jedynie Declanem Vance'em, młodym miliarderem, który posiadał sieć Vance Gallerias i niezliczoną ilość innych biznesów. Gdyby nasza prawdziwa tożsamość wyszła na jaw, oznaczałoby to nasz koniec. Każdego roku Likani popadali w trwający przez tydzień szał rui, po to, by dobrać się w pary. I dla mnie właśnie nadszedł ten czas w roku. Pragnąłem pieprzyć każdą wilczycę czy ludzką kobietę, z którą miałem kontakt, ale powstrzymywałem się. Brałem silne leki, aby stłumić moje pragnienia i żądzę. A Starsi nigdy nie pozwalali mi zapomnieć o moim obowiązku, szczególnie w tym okresie. Powtarzali, że nadszedł czas, bym przyjął partnerkę i spłodził potomków. Każdego dnia mówili mi, że mój rodowód był zbyt ważny, by skończył się na mnie, i że beze mnie wilkołaki wymrą. To ja dawałem im moc do istnienia. Chcieli, bym przedłużył linię Likanów. Ale nie rozumieli ryzyka. Bycie Likanem różniło się od bycia zwykłym wilkołakiem. Moja moc była silniejsza, cięższa. Jeśli jakaś wilczyca nosiłaby w łonie moje szczenię, mogłaby nie przeżyć porodu. Mimo to, Starsi mnie naciskali. "Jest mnóstwo chętnych wilczyc," twierdzili. "Oddałyby za ciebie życie." Oni nazywali to poświęceniem. Ja uważałem to za szaleństwo. Nie zamierzałem nikogo zabijać tylko po to, by zaspokoić ich żądania. Więc odmawiałem, raz za razem. Nie chciałem potomka, jeśli oznaczało to konieczność pozbawienia kogoś życia, aby go zyskać. Ta dyskusja odbyła się dziś ponownie podczas porannego spotkania. Masowałem nasadę nosa, przysłuchując się ich słowom, niecierpliwie wyczekując chwili, w której będę mógł stamtąd wyjść. Gdy tylko to się skończyło, wyszedłem z sali i poszedłem popływać, by spożytkować energię, uspokoić gniew i żądzę. Potem czekało mnie ważne spotkanie z ludzkimi udziałowcami. Trzydzieści minut później dotarłem na spotkanie wraz z moim Betą, Cassianem. Cassian objaśniał akcjonariuszom nowy plan dotyczący dywidend. Siedziałem u szczytu stołu, słuchając z uwagą, gdy nagle uderzył we mnie pewien zapach. Pachniał słodką, ciepłą czekoladą z cynamonem. Był tak silny, że aż mną wstrząsnęło. Mój likan obudził się natychmiast. Jak ciasto czekoladowe mogło pachnieć tak obłędnie? W gardle mi zaschło, a w klatce piersiowej poczułem ucisk. Nie mogłem zwalczyć pragnienia, by natychmiast go skosztować. Próbowałem siedzieć spokojnie, ale z każdą sekundą pragnienie przybierało na sile. Moje dłonie zacisnęły się na stole. Co u diabła się ze mną działo? Ten zapach ciągnął mnie niczym łańcuch. Odepchnąłem krzesło i gwałtownie wstałem. Bez słowa wyszedłem ze spotkania. Cassian natychmiast ruszył w ślad za mną. "Declan, co się dzieje?" zapytał, podczas gdy wszyscy udziałowcy patrzyli na mnie z zaskoczeniem. Nie odpowiedziałem, tylko szybkim krokiem opuściłem salę konferencyjną. Zapach, od którego ślinka napływała do ust, wypełniał moje płuca, prowadząc mnie korytarzami Vance Galleria. Teraz to mój likan przejął pełną kontrolę. Czułem się jak drapieżnik na polowaniu. I to w dodatku na ciasto czekoladowo-cynamonowe? Uwielbiałem ciemną czekoladę, ale to? Moja reakcja była co najmniej dziwna. Ślad zaprowadził mnie do zacisznej kawiarni. Zapach był tutaj niewiarygodnie mocny. Otworzyłem drzwi i podszedłem do lady, lustrując ciasta, które tak bardzo odciągnęły moją uwagę. Dziewczyna za ladą speszyła się i oblała rumieńcem. Była to normalna reakcja ludzi, kiedy mnie widzieli. Wciąż wpatrywałem się w wystawę, gdy nagle usłyszałem ciche pociągnięcie nosem. Odwróciłem szybko głowę w tamtym kierunku. Ludzka dziewczyna siedziała przy stoliku obok okna. Jej głowa była pochylona, drobne ramiona spięte. Płakała cicho, co rusz podnosząc dłoń do twarzy, by otrzeć łzy. Zanim zdołałem zorientować się w sytuacji, stopy same zaniosły mnie w jej stronę, a zapach przybrał na sile, zaciskając się wokół mojej szyi niczym pętla. Mój likan zawarczał tylko jedno słowo, które wstrząsnęło mną do głębi. PARTNERKA. Pragnienie rui wezbrało we mnie niczym fale na smaganym sztormem morzu. 'Naznacz ją. Zdobądź ją. Pokryj ją.' Zamarłem. Moje serce potężnie łomotało w klatce piersiowej. Jak to było możliwe? Była człowiekiem. To nie miało sensu. Bogini Księżyca nie związałaby mnie z człowiekiem. A jednak każda komórka mojego ciała wiedziała, że to prawda. Była moja. Moja do wzięcia. I pragnąłem jej tak boleśnie, tak szaleńczo. Nigdy nie będzie w stanie nosić moich szczeniąt. Ale kogo to obchodziło? Wpatrywałem się w nią. Była tak piękna, że zapomniałem oddychać. Była delikatna, nieśmiała, a z wyglądu krucha. Jej zwichrzone blond włosy okalały niewinną twarz, a oczy miały barwę tak intensywnego szmaragdu, że lśniły poprzez łzy. Moje palce drgnęły z pragnienia, by poczuć krągłości pod jej różową sukienką. Mój likan wył z radości, budziło się w nim obłąkańcze pożądanie. 'Weź ją. Pokryj ją.' Ruszyłem w jej stronę, a moja pierwotna natura rwała się na zewnątrz. A potem, gdy znalazłem się blisko, szybko wstała, odwróciła się w bok i na mnie wpadła. Jej drobne ciało zderzyło się z moim, a moje ramiona zareagowały same. Złapałem ją w objęcia, przyciskając ją mocno do piersi. Szok wywołany jej dotykiem przeszył moje ciało niczym iskra prądu. Mój likan zaryczał z triumfem. 'Naznacz ją.' Spojrzała na mnie, szeroko otwierając oczy. Przez chwilę po prostu gapiliśmy się na siebie. Mój świat zachwiał się w posadach, a potem zaczął obracać się w oszałamiającym tempie. Zerknęła ponad moim ramieniem. Odwróciłem się lekko i zobaczyłem dwóch mężczyzn, którzy jej się przypatrywali. Siedzieli kilka stolików dalej, wpatrując się zszokowani. Wściekłość mojego likana wybuchła natychmiast. Kimkolwiek byli, sprawili, że płakała. Tylko za to jedno pragnąłem ich śmierci. Zanim zdążyłem zrobić cokolwiek, chwyciła moją koszulę i mnie pocałowała, szokując mnie do cna. Zamarłem. Następnie poczułem jej miękkie wargi na moich, zdesperowane i drżące, a coś we mnie nagle pękło. Chciałem, by ten pocałunek nigdy się nie kończył. Nienawidziłem chwili, w której się ode mnie oderwała. Szybko wyszeptała wprost w moje usta. "Proszę, wytrzymaj to. Pociągnij tę grę jeszcze przez minutę." Uważała, że to tylko gra? Nie miała pojęcia, co w tej chwili przechodziłem. Ale dostrzegłem strach w jej oczach, tę desperację. Skinąłem głową. Podejmę tę grę, na razie. 'Nie. Naznacz ją. Pokryj ją.' Jej wrogowie wciąż na nas patrzyli. Mój gniew zapłonął gorąco. Więc z zaborczością oddałem pocałunek, przyciągając ją jeszcze bliżej. Jej smak, ciepło jej ust, to, jak zaciskała na mnie swoje dłonie. Wszystko to sprawiło, że po prostu zapłonąłem, mącąc moje myśli. Mój likan zawył z czystej radości. 'Nasza.' Po pocałunku wyprowadziłem ją z kawiarni, trzymając tuż przy sobie. Ludzie gapili się, ale nikt nie pisnął ani słowa. Przez więź umysłową przywołałem Cassiana. 'Jacyś mężczyźni mnie ścigają. Jeśli spróbują ruszyć za mną, powstrzymaj ich. Jeśli stawią opór, zabij ich.' 'Tak jest, Alfo,' odparł błyskawicznie Cassian; w jego głosie brzmiał niepokój. 'Ale gdzie jesteś? Rozpłynąłeś się szybciej niż dym.' Zacisnąłem zęby. 'Niedaleko kawiarni Moon.' Nie zwalniałem kroku i pociągnąłem ją ze sobą do prywatnych wind, do których dostęp miałem tylko ja. Nie wyrywała się. Jej małe i szybkie kroki zrównały się z moimi. Poczułem drżenie jej rąk i delikatnie ścisnąłem jej dłonie. Drzwi rozsunęły się na boki, a ja wprowadziłem ją do mojego penthouse'u. Spojrzała na mnie z dołu niczym mała owieczka, kompletnie nieświadoma, że właśnie weszła do wilczej jamy. "Teraz jesteś już bezpieczna," powiedziałem uspokajająco. "Tu nikt cię nie dosięgnie." Drzwi zamknęły się za nami, odcinając resztę świata. Po raz pierwszy od długiego czasu czułem spokój, satysfakcję i ugruntowanie. Jakbym w końcu znalazł to, na co czekałem przez całe życie. Moją piękną partnerkę. W moim domu. I nie zamierzałem pozwolić jej odejść, ponieważ jutro miałem przedstawić ją Starszyźnie.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Kolega – Zdradzona i zawłaszczona przez Króla Likanów | Czytaj powieści online na beletrystyka