Rozdział 3: PERSPEKTYWA CLARY
Kiedy powiedziałam, że mam plan, kłamałam w żywe oczy.
Byłam dwudziestoczteroletnią kobietą, która stała w holu luksusowego hotelu w oversizowej bluzie z kapturem i legginsach, z włosami upiętymi w niedbały kok, który poddał się gdzieś nad Iową, z absolutnym zerem jakiejkolwiek strategii poza „nie myśleć o Rhysie i przetrwać ten tydzień bez publicznego załamania nerwowego”.
I to było na tyle. Taki był plan.
Od tamtego załamania w biurze minęły trzy dni. Trzy dni pakowania i przepakowywania walizek, które Stella wypchała „ubraniami zemsty”, których prawdopodobnie nigdy nie założę.
Oraz jeden SMS od Rhysa, którego usunęłam bez czytania.
Lot zajął sześć godzin paplaniny mojej matki o wielkiej szansie Declana i rozmów biznesowych Alistaira, podczas gdy ja udawałam, że śpię.
A teraz tu byliśmy. W Seattle. W hotelu.
I o jasna cholera, ten hotel.
Marmurowe podłogi ciągnęły się w nieskończoność pod żyrandolami. Z okien sięgających od podłogi do sufitu roztaczał się widok na panoramę Seattle. A wszędzie — dosłownie wszędzie — byli ludzie.
Piękni ludzie w drogich ubraniach. Błyski aparatów. Reporterzy wykrzykujący pytania.
Hokeiści.
Poznawałam to po sposobie, w jaki się poruszali. Ta swobodna pewność siebie. Sposób, w jaki wszyscy rozstępowali się przed nimi, jakby byli członkami rodziny królewskiej.
"Co o tym myślisz, Claro?" Moja matka dosłownie wibrowała z ekscytacji.
"Mamo." Przerwałam jej. "Jestem tu dla Declana. To wszystko."
"Lenoro, daj jej odetchnąć." Alistair ścisnął moje ramię. "Chodźcie, zameldujmy się."
Poszłam za nimi w stronę recepcji, starając się mieć opuszczoną głowę.
Ale kiedy podniosłam wzrok, żeby zobaczyć, dokąd idziemy, moi rodzice zniknęli.
Rozpłynęli się w powietrzu.
"Chyba sobie teraz żartujecie?"
Zrobili to już wcześniej. Moja mama traciła koncentrację i odchodziła, a ja nagle zostawałam sama, próbując dowiedzieć się, dokąd u licha poszli.
Wyciągnęłam telefon, przewijając listę w poszukiwaniu jej numeru.
"O dzięki Bogu, szukałam cię wszędzie!"
Dwie dłonie chwyciły mnie za ramię, zanim zdążyłam zareagować.
Pisnęłam, potykając się, gdy ktoś odciągnął mnie od recepcji.
"Chwileczkę — chyba pani mnie z kimś—"
"Nie ma czasu! Ekipa czeka, a my już jesteśmy kwadrans do tyłu." Kobieta, która mnie ciągnęła, była po czterdziestce, miała bystre spojrzenie i poruszała się z szybkością. "Dlaczego po prostu tam stałaś? No chodź—"
"Proszę pani, naprawdę zaszła jakaś pomyłka—"
Przeciągnęła kartą magnetyczną przy ogromnych drzwiach i wepchnęła mnie do środka, zanim zdążyłam zaprotestować.
Wpadłam do pokoju i zamarłam.
To nie był pokój hotelowy. To była sesja zdjęciowa.
Wszędzie górowały zestawy oświetleniowe. Tło, które wyglądało, jakby pochodziło z rozkładówki magazynu. Aparaty na statywach, walizki ze sprzętem ułożone pod ścianą.
Co to do cholery miało być?
"Wiem, że to przytłaczające. Ale to ogromna szansa. Twoje znajomości naprawdę pociągnęły za sznurki, żeby cię tu sprowadzić."
Moja głowa gwałtownie odwróciła się w jej stronę. "Moje znajomości?"
Uśmiechnęła się. "Twój brat. Declan Pierce? Bardzo ciężko pracował, żeby to się dla ciebie udało."
Mój mózg miał zwarcie. "Declan zrobił co?"
"Prowadzisz dziś sesję reklamową. Pan Voss wyraźnie zażądał, by dyrektorem kreatywnym był ktoś młody, ze świeżym spojrzeniem, a kiedy Declan wspomniał, że przyjeżdżasz do miasta—"
"Zaraz, panie Voss? W sensie, że—"
Drzwi po drugiej stronie pokoju się otworzyły.
Wszystkie myśli w mojej głowie wyparowały.
Wyszedł z nich mężczyzna.
Wysoki. Barczysty. Bez koszuli.
Mój wzrok powędrował prosto na jego klatkę piersiową – osiem idealnych zarysów mięśni, opalona skóra, która w świetle lamp studyjnych wyglądała, jakby została zanurzona w złocie.
To nie mogło być prawdziwe.
Moje spojrzenie powędrowało w górę.
Ostro zarysowana szczęka. Ciemne włosy, w nieładzie, jakby przed chwilą przeczesał je dłonią. A potem jego oczy.
Niebieskie. Przenikliwe. Zimne.
Utkwione bezpośrednio we mnie.
Kaelen Voss.
Stał tam w nisko opuszczonych czarnych spodniach, bez koszuli, wyglądając, jakby zszedł prosto ze zdjęcia w tamtym magazynie, z tą różnicą, że w jakiś sposób prezentował się jeszcze lepiej, bo był prawdziwy i był tuż obok.
Miałam umrzeć w luksusowym pokoju hotelowym, gapiąc się na mięśnie brzucha, które nie wyglądały na ludzkie.
"Panie Voss, tak mi przykro z powodu opóźnienia." Kobieta wystąpiła naprzód. "To jest Clara Vance, dyrektor kreatywna, o której rozmawialiśmy."
"To nie problem, Sheilo." Jego głos był głęboki. Gładki. "Jestem gotów, kiedy tylko ona będzie."
Jego oczy ani na chwilę nie oderwały się od moich.
I nienawidziłam tego, jak coś przewróciło mi się w żołądku. Jak gorąc wspiął się po mojej szyi. Jak moje uda zacisnęły się bez pozwolenia.
"Wspaniale! Panno Vance, może pani przejąć stery. Będę zaraz na zewnątrz, gdyby pani czegoś potrzebowała."
Otworzyłam usta. Nic z nich nie wyszło.
Wargi Kaelena drgnęły. Jakby doskonale wiedział, co robi, stojąc tam półnagi i sprawiając, że zapominam, jak składać zdania.
"Możesz już iść, Sheilo. Muszę być sam na sam z moją dyrektor kreatywną."
Sheila posłała mi spojrzenie – zaniepokojenie zmieszane z zazdrością – po czym wymknęła się.
Zamek pstryknął.
Tylko my dwoje.
Cisza się przedłużała. Nie poruszył się. Nie odezwał. Po prostu tam stał, z luźno skrzyżowanymi ramionami, czekając.
Zmusiłam się do wzięcia oddechu. Do odzyskania głosu.
"Słuchaj, nie wiem, o co tu chodzi, ale nie jestem żadną dyrektor kreatywną." Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzałam. "Ta kobieta złapała mnie w holu i przyciągnęła tutaj, myśląc, że jestem kimś innym. Więc czymkolwiek to jest, macie niewłaściwą osobę, a ja po prostu... ja już sobie pójdę."
Przechylił głowę, przypatrując mi się.
Sposób, w jaki na mnie patrzył – jakby zdzierał ze mnie warstwy, widząc rzeczy, których nie chciałam mu pokazać – sprawił, że moja skóra wydawała się zbyt ciasna.
"Czyżby?" Jego głos był niski. Prawie rozbawiony.
"Tak. Więc jeśli mi wybaczycie..." Odwróciłam się w stronę drzwi.
"Czy naprawdę myślisz, że to była pomyłka, Claro?"
Moje imię w jego ustach zmroziło mnie na kość.
Odwróciłam się powoli. "Skąd znasz moje imię?"
Odepchnął się od tego, o co się opierał, i zrobił krok w moją stronę. Tylko jeden. Ale pokój od razu się skurczył.
"Wiem, że nie jesteś dyrektor kreatywną. Wiem dokładnie, kim jesteś."
Coś ścisnęło mnie mocno w piersi. "Więc dlaczego—"
"I dokładnie wiem, dlaczego tu jesteś."
Powietrze między nami zaiskrzyło.
Chciałam się ruszyć. Wyjść. Stworzyć między nami dystans.
Ale nie mogłam.
Ponieważ to, jak na mnie patrzył – jakbym była łamigłówką, którą już rozwiązał – dawało mi jasno do zrozumienia jedną rzecz.
To nie był przypadek.
"Co masz na myśli?" Mój głos zabrzmiał pewniej, niż się czułam. "Jestem tu, by wesprzeć mojego przyrodniego brata. To wszystko."
Jego wargi wygięły się. Zaledwie odrobinę. "Tak sobie to tłumaczysz?"
"To prawda."
"Więc dlaczego zgodziłaś się przyjechać dopiero po tym, jak zobaczyłaś moje zdjęcie w tym magazynie?"
Wstrzymałam oddech.
Skąd on—
"Twój ojczym mnie nienawidzi. Od lat. Twoja matka zna tę historię. A jednak zgodziłaś się przyjechać do Seattle, na mecz, w którym wiedziałaś, że będę grał, tuż po skandalu." Kolejny krok. Bliżej. "Więc powiedz mi, Claro. Dlaczego tak naprawdę tu jesteś?"
Nie mogłam oddychać. Nie mogłam myśleć przez dudnienie w uszach.
"Nie wiem, o czym ty mówisz?"
Zaśmiał się cicho,
"Naprawdę nie wiesz?" Był teraz na tyle blisko, że widziałam delikatną bliznę nad jego brwią. Na tyle blisko, że musiałam odchylić głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy. "Pozwól, że ci to ułatwię."
Zatrzymał się tuż przede mną.
Promieniowało z niego ciepło. Ten drogi, czysty zapach przyprawiał mnie o zawrót głowy.
"Mam dla ciebie propozycję. Taką, która przyniesie korzyści nam obojgu. Ale najpierw muszę coś wiedzieć."
"Co?"
Jego oczy wbiły się w moje.
"Co jesteś skłonna mi dać?"
















