Liam kontynuował swoją prezentację – właściwie to moją prezentację – ale nie mogłam znieść słuchania tego dłużej. Zmusiłam się do wyłączenia, żeby spróbować wymyślić coś innego, zanim przyjdzie moja kolej.
Posłałam pełne ciekawości spojrzenie Carterowi. Uniósł brew i wydawał się być całkiem zainteresowany randką, którą przedstawiał mu Liam. Zmarszczyłam brwi i skrzyżowałam ręce. Wiedziałam, że wpadłam na dobry pomysł. Nie mogłam uwierzyć w tupet Liama, który ukradł mój pomysł, gdy próbowałam mu pomóc.
Następnie wstał Garrett, by zaprezentować swój pomysł na randkę. Miał wszystko, co potrzebne do idealnej prezentacji: pokaz slajdów, jeden z tych eleganckich wskaźników, trójskrzydłową tablicę ze zdjęciami, a nawet rzucił przed sobą płatki róż na podłogę i włączył cichą, romantyczną muzykę, by stworzyć nastrój.
Cholera, Garrett był dobry. Czułam, że powinnam się wycofać z wyścigu o posadę asystentki Cartera tu i teraz. Te prezentacje były tak przesadzone, a ja nie miałam absolutnie nic.
Garrett zaczął swój pokaz slajdów. „Wyobraź to sobie: ty, twoja żona i twój prywatny odrzutowiec”. Przeszedł do następnego slajdu. „Zabierasz ją na romantyczny lot, a na koniec oboje możecie obejrzeć pokaz dronów z zacisza twojego odrzutowca”. Pokaz slajdów zakończył się demonstracją, jak wyglądałby ów pokaz dronów.
Carter nie odezwał się ani słowem. Spojrzał na Jocelyn.
„Och, ale ja jeszcze nie skończyłem...” – zaczął Garrett.
Carter jedynie uniósł na niego brew i wskazał puste miejsce Garretta. Ten spuścił głowę i zaczął pakować swój sprzęt.
Rany, Carter był dokładnie tak zimny, jak wskazywało jego zachowanie. Skoro nie podobała mu się nawet tak dobrze zaplanowana prezentacja, nie miałam żadnych szans.
Jocelyn zajęła miejsce Garretta na przodzie pokoju. Ustawiła swoją tablicę ekspozycyjną na stojaku i ułożyła wokół niej rekwizyty: słoik z piaskiem, muszelki, świece. „Co może być bardziej romantycznego niż wieczór na plaży?” Wskazała na zdjęcie plaży na swojej tablicy. „Mój pomysł jest taki, żebyś wynajął całą pobliską plażę przy jeziorze Monroe. Wyprawiasz swojej żonie wystawne przyjęcie z okazji waszej pierwszej oficjalnej randki, a następnie zabierasz ją w inną część plaży, gdzie oboje jecie cudowną kolację przy świecach”.
Brwi Cartera zmarszczyły się na tę sugestię. Dyskretnie zerknął na zegarek. Trudno było go rozgryźć z jego nieustannie chłodnym sposobem bycia, ale miałam wrażenie, że nie jest zbytnio zainteresowany żadnym z tych pomysłów.
Na koniec swojej prezentacji Jocelyn uśmiechnęła się do Cartera. Zignorował ją.
„Liam” – powiedział, odwracając się do niego. „Twój pomysł z muzeum sztuki. Czy obejmuje coś jeszcze?”
Ramiona Jocelyn opadły, rozczarowanej, że nie uzyskała ze strony Cartera żadnej reakcji.
„Och! Eee...” Liam spojrzał na mnie, ale posłałam mu mordercze spojrzenie mówiące „nawet nie próbuj” i pokręciłam głową. Jego twarz poczerwieniała jak burak, przez chwilę miotał się i zacinał. „Może dyrektor muzeum mógłby również osobiście oprowadzić waszą dwójkę?”
Twarz Cartera posmutniała na tę sugestię. Było jasne, że nie odpowiadały mu żadne z ekstrawaganckich, przesadzonych pomysłów na randkę, które zaprezentowali moi współpracownicy.
„Harper?” Carter odwrócił się do mnie.
Serce łomotało mi w piersi. Powoli ruszyłam, by stanąć z przodu pokoju. Jocelyn wciąż była w trakcie zabierania swoich rekwizytów i tablicy. „Wybaczy pan, sir, ale nie przygotowałam formalnej prezentacji, jak wszyscy inni. Ale mam kilka pomysłów”.
„Scena jest twoja” – powiedział Carter.
„Cóż, sir, wczoraj wieczorem zrobiłam na pański temat spory reaserch” – grałam na zwłokę, mając nadzieję, że moje gadanie pomoże mi wymyślić jakiś niesamowity pomysł na randkę. „To, co przeczytałam, doprowadziło mnie do przekonania, że wolałby pan bardziej prywatne, przytulne otoczenie na randkę”.
Lekko kiwnął głową, a to była cała zachęta, jakiej potrzebowałam, by mówić dalej.
„Przeczytałam też, że uwielbia pan słuchać i grać »The Streets of Dublin«, piosenkę często graną w małych tawernach, i że czerpie pan siłę z melodii tego utworu”.
W mojej głowie wreszcie zapaliła się żarówka. „Uważam, że idealną pierwszą randką z pańską żoną byłoby zabranie jej do pańskiej ulubionej lokalnej tawerny, Murphy's. Ponieważ pan tam bywa, zgodnie z artykułem, który przeczytałam w magazynie »The Business of Business«, barman już pana zna i doskonale wie, co pan lubi.
Twarz Cartera zaczęła łagodnieć, dodając mi odwagi do kontynuowania. „Nawet nie musiałby pan zamienić z nim słowa. Przyniósłby panu i pańskiej uroczej żonie drinki, a pan poczułby się, jakbyście mieli całe to miejsce tylko dla siebie”.
Opisując randkę, przyłapałam się na wyobrażaniu sobie, że to ja jestem kobietą z tego scenariusza. Czy opisywałam jego idealną randkę, czy moją?
Kontynuowałam, nagle przypominając sobie o innej rozrywce, którą rzekomo uwielbiał, ale rzadko miał okazję robić: graniu na pianinie dla innych, podczas gdy oni tańczą i śpiewają. „Później, po kilku drinkach, mógłby pan usiąść do pianina i zagrać tę piosenkę, którą pan uwielbia, żeby zapoznać z nią żonę. Może ona nawet mogłaby tańczyć do pańskiej gry”.
Zatrzymałam się, szukając idealnych słów, by podsumować to, kim wyobrażałam sobie Cartera pod jego chłodną pozą playboya. „Ponieważ, sir, najważniejszą rzeczą podczas pierwszej randki nie jest jej oficjalny charakter, ale to, by włożyć w nią serce”.
Wszyscy w pokoju zamilkli i znieruchomieli tak bardzo, że można było usłyszeć upadającą szpilkę. Wszystkie oczy były we mnie wpatrzone.
Chłodny wyraz twarzy Cartera zniknął, a jego miejsce zajął ten drażniący i kokieteryjny. Moje serce podskoczyło, a policzki zapłonęły – reakcja, która całkowicie mnie zaskoczyła.
Ale zanim zdążył odpowiedzieć na moją prezentację, zadzwonił telefon komórkowy Cartera.
„Julian, cześć” – odebrał. Następnie zniżył głos do szeptu, przechodząc do rogu pokoju. Wytężyłam słuch, by podsłuchać, co z pewnością robili wszyscy w pokoju. „Masz jakiś trop w Vegas?” – zapytał Carter. Na słowo Vegas moje serce na moment się zatrzymało.
„Tak, znaleźliśmy pierścionek” – głos był słaby, ale z miejsca, w którym stałam, nadal mogłam rozróżnić, co jest mówione po drugiej stronie linii. „Jest dokładnie taki sam. Wygląda na to, że ją znaleźliśmy”.
Znaleźli ją? Kim była ta „ona”? Wszystko, czego dowiedziałam się o Carterze, było dla mnie naprawdę dziwną tajemnicą.
„Świetna robota” – powiedział Carter. „Za chwilę przyjdę ci to potwierdzić”. Uśmiechnął się i rozłączył. Prawdziwy uśmiech. Wolałabym, żeby tego nie robił, to czyniło go milion razy bardziej atrakcyjnym.
Podszedł i stanął blisko mnie, wpatrując się głęboko w moje oczy. Chwycił mnie za ramiona swoimi dłońmi i znów obdarzył tym uśmiechniętym, zalotnym spojrzeniem. Moje serce zaczęło bić szybko i mocno, a moje dłonie zaczęły się pocić.
Dlaczego nagle poczułam się jak nieśmiała, kujonowata licealistka, do której podbija szkolny król balu z zupełnie innej ligi?
















