Podczas gdy ja przygotowywałam śniadanie, Vaughn poszedł na górę pod prysznic, zostawiając Maple, Storma i Rivera rozciągniętych na kuchennej podłodze, jakby mieli mnie nadzorować. Jego lodówka i spiżarnia świeciły pustkami, ale i tak udało mi się wyczarować śniadaniowe mini-burgery z boczkiem, jajkiem i porcją pokrojonych owoców. Właśnie nalewałam świeży sok pomarańczowy, kiedy usłyszałam za sobą kroki.
Świetnie. Był szybki. Za szybki. Liczyłam na to, że zejdzie mu z tym trochę czasu i zdążę zniknąć, zanim wróci na dół. W końcu ostrzegał mnie, żebym schodziła mu z drogi.
– Już prawie skończyłam, proszę pana – powiedziałam, odstawiając dzbanek. Odwróciłam się, wyciągając szklankę… i o mało jej nie upuściłam.
Vaughn stał po drugiej stronie kuchennej wyspy z założonymi rękami, bez koszulki, dumnie prezentując nagi tors, jakby był panem tego świata. Co, szczerze mówiąc, było niedalekie od prawdy. Jego włosy były wciąż wilgotne, a kropelki wody lśniły na końcówkach i spływały po twardych zarysach mięśni. Jego skóra była pokryta tatuażami – na lewej piersi rozpościerał się olbrzymi jastrząb, trzymający w szponach piłkę baseballową, o gorejących ślepiach. Na ramieniu widniał łaciński napis, nakreślony ostrym, starożytnym pismem.
W ustach zaschło mi na wiór.
Uśmiechnął się drwiąco, przerywając moje bezwstydne gapienie się słowami: – Już się napatrzyłaś?
Otrząsnęłam się i odchrząknęłam, nadrabiając miną, bo przyłapał mnie na gorącym uczynku. – Pana śniadanie jest gotowe.
Jego szare oczy nie tylko na mnie patrzyły – one mnie wręcz przyszpiliły. Spojrzenie było ostre, oceniające, nieco poirytowane, ale przez ułamek sekundy mignęło w nim coś jeszcze, co zniknęło, zanim zdołałam to nazwać.
– Widzę – rzucił sucho.
No dobra. Miła pogawędka.
Przestąpiłam niezręcznie z nogi na nogę, zastanawiając się, czy powinnam wyjść, czy może po prostu wyparować. Ogromna kuchnia wydała się nagle bardzo ciasna. Przyciągnął wysokie krzesło barowe, które wydało się maleńkie przy jego potężnej posturze. Powoli uniósł srebrną pokrywę z talerza. Wpatrywał się w mini-burgery, jakby oceniał ich winy, badając jedzenie wzrokiem i zastanawiając się, czy rzeczywiście go nie otrułam.
– Coś nie tak? – spytałam cicho.
Wydał z siebie niski, niemal niesłyszalny warkot. Zamiast odpowiedzieć, zignorował sztućce, chwycił burgera gołą ręką i ugryzł spory kęs.
Nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Bo szczerze, kto by potrafił? Ten facet sprawiał, że najprostsza czynność wyglądała jak boski spektakl. Jego usta zacisnęły się na bułce, mięśnie szczęki napięły się, a grdyka poruszyła, gdy przełykał. Dlaczego patrzenie na kogoś, kto je, nagle wydało mi się czymś zakazanym?
Próbowałam oddychać normalnie, ale poniosłam sromotną klęskę.
Burknął coś pod nosem, przeżuwając, jakby słał pod moim adresem przekleństwa.
– Słucham? – zamrugałam. Klasa, Frey. Naprawdę z klasą.
Jego wzrok natychmiast powędrował w moją stronę, a irytacja przybrała na sile. – Pytałem, gdzie jest moja cholerna kawa!
No tak. Kawa. Kawa, on chce kawy. Weź się w garść, Frey.
– O! Kawa! Tak! – Obróciłam się na pięcie, niemal potykając się o własne nogi, gdy gorączkowo zaczęłam szukać ekspresu.
Opanuj się. To tylko człowiek, a nie grecki bóg ulepiony z frustracji i szejków proteinowych.
Znalazłam kawę i zajęłam się obsługą ekspresu, gapiąc się przez okno, podczas gdy cichy szum urządzenia uspokajał moje galopujące serce. Gdy kawa była gotowa, wahałam się, czy zapytać, jak ją pije… Ale stchórzyłam i przygotowałam ją tak, jak zwykle robiłam to dla mamy.
– Oto pana ka… – Urwałam, mrugając ze zdziwieniem. Talerz był całkowicie pusty.
Wpatrywałam się w niego, a potem w pusty talerz. Zjadł wszystko na raz? Cóż, cieszyłam się, że mu smakowało.
Uniósł brew.
– Ekhm… proszę – postawiłam filiżankę na blacie, wciąż nieco zdezorientowana.
– Oddałem Stormowi – rzucił, wskazując podbródkiem na husky’ego.
Storm uniósł łeb, wyraźnie zdezorientowany tym, że pan zrzuca na niego winę, chociaż było jasne jak słońce, że to Vaughn pochłonął wszystko sam.
Zanim zdążyłam się powstrzymać, parsknęłam śmiechem. – Jasne. Oczywiście. Cieszę się, że smakowało ci moje gotowanie, Storm – powiedziałam, puszczając oko do psa. Storm zamerdał ogonem i wysunął język, jakby czekał na kolejną porcję komplementów.
Vaughn wstał i wziął kubek – w jego wielkiej dłoni naczynie wyglądało jak zabawka. – Jak skończysz, pojedziesz do miasta po zakupy.
Zamarłam ze ściereczką w ręku. Wyciągnął z kieszeni dresów złożoną kartkę i położył ją na wyspie kuchennej. Rozwinęłam ją i poczułam, jak uchodzi ze mnie życie.
– To jest… to wszystko?
– Masz z tym jakiś problem? – Jego głos był lodowaty.
„Ta lista wyżywiłaby małą wioskę” – chciałam skomentować, ale ugryzłam się w język. Musiałam pamiętać, że bez względu na to, jak bardzo był irytujący, wciąż był moim pracodawcą. Przełknęłam ślinę i znowu miałam ochotę rwać włosy z głowy, gdy mój wzrok padł na jaskrawozieloną piłkę leżącą w kącie, na sam widok której rozbolały mnie plecy. – Chce pan, żebym kupiła piłki tenisowe?
Nawet nie mrugnął. – Są na liście – odparł tonem, jakim tłumaczy się coś idiocie.
– Dobrze, ale piłka do koszykówki? Choinka? – Spojrzałam na niego zdezorientowana. Do Bożego Narodzenia zostały cztery miesiące, a on chce, żebym już teraz kupiła choinkę? Dziwne, że nie zaznaczył, iż ma mieć dwa metry wysokości.
Wzruszył ramionami, zupełnie bez poczucia winy. – Potrzebuję ich.
Wcale nie potrzebował. Po prostu wykazywał się niezwykłą kreatywnością w torturowaniu mnie.
– Jeśli nie potrafisz załatwić tak prostej sprawy, to może lepiej będzie, jak się zwolnisz – oznajmił. – Natychmiast.
Krew we mnie zawrzała. O nie, nie dam mu tej satysfakcji, nie zobaczy, jak pękam. Uniosłam wysoko głowę i uśmiechnęłam się słodko. – A za jakie pieniądze mam to kupić? – zapytałam, machając listą.
Na jego twarzy wykwitł powolny, kpiący uśmieszek, po czym położył na blacie czarną kartę.
Szpaner.
– Ma pan jakiś samochód, który mogłabym wziąć? – zapytałam, odwzajemniając uśmieszek. – Czy mam wezwać taksówkę? Bo nie mam zamiaru wracać z miasta na piechotę z choinką pod pachą.
Zaśmiał się cicho pod nosem, wyraźnie rozbawiony. Boże, dlaczego jego śmiech musiał być tak pociągający? Dupki powinny mieć ustawowy zakaz posiadania tak ładnego śmiechu. – Chcę widzieć każdą z tych cholernych rzeczy z listy przed zachodem słońca. Poradzisz sobie?
Uniosłam kartkę, podejmując wyzwanie. – Może być pan pewny, panie Mercer.
















