Moje dłonie były spocone, a kolana podskakiwały w górę i w dół, podczas gdy wpatrywałam się w skórzany zegarek z odpryskami oplatający mój nadgarstek. Bywałam już wcześniej w biurach — jako sprzątaczka — ale jeszcze nigdy nie przekroczyłam progu z zamiarem zdobycia w nich posady.
Rano wygrzebałam białą bluzkę z samego spodu mojej sterty ubrań, zestawiłam ją ze spódnicą do kolan w kwiaty, a następnie pożyczyłam od mamy czerwone buty w stylu Mary Jane. Były o rozmiar za małe, a palce już mnie bolały od ciągłego podkurczania. Związałam włosy w schludny kucyk, podkradając odrobinę żelu Jonaha, by pojedyncze kosmyki nie latały mi po całej twarzy, i zużyłam resztkę mojej czerwonej szminki, by nadać twarzy koloru. To było najlepsze, na co było mnie stać. Z moim CV ukrytym w teczce, którą kurczowo ściskałam od dobrych dwudziestu minut, czekałam.
Metalowe krzesło w poczekalni biura Daphne Kensington zdążyło się już nagrzać od mojego tyłka. Jej biuro pachniało delikatnie cytrynowym środkiem do polerowania, świeżą kawą i świeżo ciętymi kwiatami. Białe ściany i lśniąca podłoga w dziwny sposób mnie onieśmielały. Moje serce omal nie wyskoczyło z piersi, gdy recepcjonistka wyczytała moje imię.
"Tak, jestem Freya Thorne" – zerwałam się na równe nogi, wygładzając dłonią spódnicę.
Recepcjonistka, Paige, uśmiechnęła się z wyższością i pokręciła głową. Miała na sobie najostrzejszą spódnicę ołówkową i marynarkę, jakie w życiu widziałam. Jej baczne spojrzenie, które towarzyszyło mi od momentu, gdy weszłam do budynku, wciąż we mnie tkwiło – oceniała mnie z góry na dół, a pytanie 'co ona tu do cholery robi' wręcz świeciło neonem na jej czole.
Wymusiła uśmiech, wstając z krzesła, po czym obeszła recepcję i ruszyła przed siebie.
"Za mną" – rzuciła. Jej niebotycznie wysokie szpilki stukały o marmurową podłogę, gdy sunęła wdzięcznie korytarzem.
Wyprostowawszy ramiona, podążyłam za nią, ściskając teczkę z przodu. Omal na nią nie wpadłam, gdy zatrzymała się przed drzwiami na końcu korytarza.
Zapukała przed ich otwarciem, zaanonsowała mnie, po czym otworzyła je szeroko.
Wygładziłam dłońmi przód spódnicy po raz setny, a mój wzrok powędrował ku matowemu napisowi na drzwiach: Daphne Kensington – Dyrektor Agencji, wyrytemu w srebrze. Biuro wyglądało jak wyjęte prosto z magazynu — wypolerowane podłogi, białe ściany i półki uginające się pod równo ułożonymi czarnymi segregatorami, które prawdopodobnie kosztowały więcej niż cała moja miesięczna wypłata.
Za biurkiem siedziała kobieta przed czterdziestką. Jej marynarka miała tak ostre cięcie, że bałam się, iż mogłaby ciąć szkło. Ciemne włosy opadały jej na ramiona miękkimi falami. Jej nieśmiały uśmiech i skinienie głową w stronę Paige krzyczały jednak o absolutnym autorytecie. Spojrzała na mnie oczami, którym nie umknął najmniejszy szczegół, i nagle poczułam się tak, jakbym stała przed sędzią.
"Freya Thorne?" – odezwała się chłodnym tonem, gdy tylko weszłam do środka. Nagle wolałam już baczne spojrzenie Paige niż Daphne.
"Tak" – odchrząknęłam. "Frey. Większość ludzi mówi do mnie Frey."
"Usiądź". Wskazała skórzane krzesło naprzeciwko niej. Musiałam przeciągnąć stopy po eleganckim dywanie dzielącym drzwi od biurka. Opadłam na krzesło, starając się nie zapiszczeć na siedzeniu.
Jej wzrok zlustrował mnie, wypalając dziurę w mojej skórze, i przeniknął wszystkie sekrety, które pod nią ukrywałam. Oparłam się pokusie zerwania się na równe nogi i wykrzyczenia jej, że to pomyłka, po czym wybiegnięcia z biura.
"Masz już doświadczenie jako pomoc domowa?" Zapytała, przeglądając moje CV, które Jonah naskrobał mi na swoim telefonie.
"Tak. W ciągu dnia sprzątam domy. A wieczorami pracuję jako kelnerka." Mój głos był bardziej opanowany, niż się spodziewałam, chociaż żołądek miałam napięty niczym stalowe liny.
Uniosła brew. "Dwie prace?"
Skinęłam głową. "Mam rachunki do zapłacenia."
"Masz dwadzieścia jeden lat". Uniosła brwi jeszcze wyżej, jakby mój wiek sugerował, że nie powinnam harować jak wół niczym czterdziestolatka z piątką dzieci na utrzymaniu.
"Jestem jedynym żywicielem rodziny. Moja mama nie może już pracować, a mój młodszy brat wciąż uczy się w gimnazjum."
Kiwnęła głową, a w kąciku jej ust pojawił się cień uśmieszku, gdy ponownie przebiegła wzrokiem po moim CV. Nie byłam pewna, czy ten uśmiech oznaczał szacunek dla mojej odpowiedzi, czy też zwykłą litość.
"Będziesz musiała zrezygnować z obu tych prac, jeśli masz pracować dla mojego klienta" – powiedziała, opierając się na krześle.
Skinęłam głową, uważając, żeby nie wygadać, z jaką ulgą zostawię dwie posady dla jednej, która płaciła więcej niż obie razem wzięte. "Mogę to zrobić."
Zamknęła teczkę i powiedziała: "Klient bardzo ceni sobie prywatność. Będziesz mieszkać w posiadłości. Będziesz gotować, sprzątać i załatwiać sprawy według jego potrzeb. Ale co ważniejsze, będziesz musiała schodzić z drogi. Być niewidzialna."
Niewidzialna? Czyli klient nie był agresywny? W takim razie dlaczego nikt nie wytrzymał na tym stanowisku dwóch tygodni? Słyszeć to było jednak ulgą. Potrafiłam być niewidzialna. Byłam niewidzialna przez całe życie.
"To również jestem w stanie zrobić" – odparłam.
Jej oczy się zwęziły, jakby mierzyła, jak daleko zaprowadzi mnie desperacja. "Każda pokojówka, którą dotąd wysłałam, zrezygnowała w ciągu dwóch tygodni."
Zastanawiałam się, jak kulturalnie o to zapytać. Przynajmniej sama poruszyła ten temat. "Dlaczego?"
"Nie potrafiły… poradzić sobie z klientem" – odpowiedziała, dobierając słowa z taką ostrożnością, jakby stąpała po linie. Odkąd weszłam do tego pokoju, był to pierwszy w pełni szczery wyraz jej twarzy. "On jest specyficzny. Mroczny. Trudny. Ostatnia z nich stwierdziła: 'On jest niemożliwy'."
Niemożliwy? Trudny? To oni nazywali trudnym? Trudnym było widzieć twarz Jonaha przed ostrym dyżurem, słuchać kaszlu mamy niosącego się echem przez cienkie ściany przyczepy i mieć stertę rachunków tak wysoką, że można w nich utonąć. Taki rodzaj 'trudnego' nie robił na mnie wrażenia.
"Czy on stosuje przemoc?" – zapytałam cicho. Jeśli tak było, wolałam przygotować się na najgorsze.
Jej usta wygięły się w czymś na kształt pogardy, po czym pokręciła głową. "Jeśli kiedykolwiek podniesie na ciebie rękę, przyjdź do mnie, a pomogę ci wytoczyć mu proces."
Zamrugałam, patrząc na Daphne. Nie spodziewałam się z jej strony tego rodzaju wsparcia. W barze musiałam przełykać dumę za każdym razem, gdy klient łapał mnie za tyłek. Menadżer, Vince, zwolniłby mnie bez wahania, gdybym zrobiła z tego powodu awanturę. Klienci byli dla niego o wiele cenniejsi niż jego personel.
"Ja… naprawdę to doceniam" – powiedziałam cichym głosem, spuszczając wzrok na spocone dłonie spoczywające na moich kolanach. "Więc w czym tkwi problem? Dlaczego nikt nie wytrzymał dwóch tygodni?"
Daphne przeniosła wzrok na szklaną ścianę swojego biura. Była dziesiąta rano, na ulicy panował duży ruch. "Wiele przeszedł. Ten klient jest dla mnie ważny, Frey. Więc mam wielką nadzieję, że Marnie miała rację co do twojej pracowitości. On potrzebuje kogoś, kto by się nim zajął, zatroszczył się o niego…" Przeniosła na mnie z powrotem swoje spojrzenie. "W moim imieniu."
Skinęłam głową i upewniłam się, że wie, jak poważnie traktuję tę pracę. "Może pani na mnie liczyć."
Westchnęła. "Zobaczymy, jak długo wytrzymasz. Zgłoś się do mojego biura jutro rano. Punktualnie o siódmej. Nie spóźnij się."
"Tutaj?"
"Tak, sama zawiozę cię do posiadłości, gdy tylko skończymy z papierkową robotą. Umowa i NDA."
"NDA?" – powtórzyłam, a w mojej głowie odżyło wspomnienie Griffina ciskającego mi w twarz umowę o poufności i czek.
"Masz coś przeciwko NDA?"
Potrząsnęłam energicznie głową. To nie był Griffin. To twój pracodawca. Oni cię nie zranią tak jak Griffin. "Nie. Podpisanie NDA to żaden problem."
"Dobrze. Gratulacje, Frey" – powiedziała, wstając, a jej ton i szelest papierów już mnie odprawiały. "Jesteś zatrudniona."
Podziękowałam jej, choć mój głos był słaby. Moje serce biło tak mocno, że miałam wrażenie, iż jego uderzenia odbijają się echem od ścian biura.
Kiedy wyszłam na korytarz, kręciło mi się w głowie. Po raz pierwszy od długiego czasu w mojej piersi zakwitła nadzieja. Sześć tysięcy za pracę gosposi. Koniec z klientami obmacującymi mój tyłek. Leki dla mamy – opłacone. Książki szkolne dla Jonaha. Pełna spiżarnia. I może nowa szminka dla mnie.
Wszystko, co musiałam zrobić, to przetrwać w pracy u faceta, który przeżuwał i wypluwał pokojówki niczym kartki papieru.
Co mogło pójść nie tak?














