„Kop! Wykopuj to! Dalej, dawaj ten rdzeń bestii!”
F-268, Las Astralis.
Staw lśnił niczym tafla szkła w popołudniowym słońcu. Kobieta ubrana w kombinezon bojowy stała na grzbiecie bestii wielkiej jak ciężarówka, a jej dwumetrowe ostrze trzaskało błękitnymi błyskawicami. Jednym potężnym zamachem stal przecięła czaszkę stwora, krzesząc snopy iskier.
– Ha! Rdzeń bestii 4. Rangi! – krzyknęła, a jej głos poniósł się echem pośród drzew.
Jej uśmiech był dziki. – Jestem bogata. Jestem obrzydliwie bogata! Jeszcze tylko jedno takie cacko i będę mogła odejść z dziewięcioma piekielnie gorącymi partnerami.
Zeskoczyła z łba bestii, a jej miecz wciąż brzęczał od wyładowań statycznych. Jeden z masywnych kłów stwora uderzył w ziemię z ciężkim łoskotem.
Emma Tibarn wciąż pamiętała swój pierwszy dzień w tym świecie. Minęło pięć lat, ale tamto wspomnienie trzymało się jej jak koszmar senny.
To było lato po pierwszym roku studiów. Wróciła do rodzinnego miasteczka, by odwiedzić grób babci. Schodząc ze wzgórza, poślizgnęła się na mokrym kamieniu. Następną rzeczą, jaką pamiętała, była pobudka w miejscu, gdzie nic nie wyglądało znajomo. Świnia ze skrzydłami szarżowała na nią niczym jakiś chory żart z kreskówki.
Na szczęście w pobliżu znajdował się oddział łowiecki. Przygarnęli ją, opatrzyli i podrzucili do najbliższego miasta. Wtedy dowiedziała się, że nie jest już na Ziemi. Wylądowała w samym środku międzygwiezdnego imperium zamieszkanego przez Terian.
Była tylko zwyczajną ludzką dziewczyną – drobną, słabą, zdezorientowaną i śmiertelnie przerażoną. Szczerze rozważała roztrzaskanie sobie głowy o ścianę, żeby sprawdzić, czy to zresetuje grę i pozwoli jej wrócić do domu.
Wtedy poznała jeden kluczowy fakt: w tym świecie kobiety traktowano jak królowe.
Równowaga płci była szalona. Samców było znacznie więcej niż samic. Oznaczało to, że kobiety mogły liczyć na traktowanie rodem z czerwonego dywanu – domy, stypendia i najlepszy bonus ze wszystkich: System Zwierzęcych Partnerów.
Gdy kobieta kończyła dwadzieścia trzy lata i przebudziła swoje zdolności, system przydzielał jej dziewięciu partnerów naraz. Co dwa lata dostawała nowy przydział. Nie było limitu. Jeśli potrafiła obsłużyć taką gromadkę, mogła kolekcjonować partnerów jak karty baseballowe.
Emma nie potrzebowała stadionu pełnego ludzi. Dziewięciu w zupełności wystarczało. Była drobna. Większa liczba mogłaby sprawić, że nie przeżyłaby miesiąca miodowego.
Zatem przebudzenie nie podlegało negocjacjom.
Międzygalaktyczny Wydział Przebudzeń rozdawał Boskie Nasiona za darmo. Krążyły plotki, że nasiona te pochodzą z bliźniaczego korzenia samego Boga Bestii.
Terianie, którzy zjedli nasiona, mieli sześćdziesiąt procent szans na przebudzenie swoich zdolności.
Przebudzeni Terianie nazywani byli „Eterianami” i żyli od 800 do 1200 lat.
Reszta pechowców? Kończyli jako Subterianie i żyli tylko do 120 lat.
Emma miała szczęście. W ciągu miesiąca jej zdolności oparte na błyskawicach i wodzie rozbłysły jak fajerwerki. Główna wygrana.
Wtedy rząd przeniósł ją z S-1231, zapomnianych rubieży imperium, prosto do F-268. Uznała, że może się prześlizgnąć – pobierać zasiłek, mieszkać w luksusowym domu, wbijać poziomy w ślimaczym tempie i czekać, aż nadejdą jej dwudzieste trzecie urodziny.
Brzmiało idealnie. Dziewięciu wspaniałych samców ustawionych w rzędzie, by tańczyć wokół niej co noc? Tak, mogła z tym żyć.
Jednak ten sen szybko poszedł z dymem. Dowiedziała się, że dopasowanie działa według rang. Kobiety niskiego szczebla dostawały tylko samców niskiego szczebla. Im wyższa ranga, tym gorętszy zestaw. Niektórzy samcy niskiej rangi byli… powiedzmy to wprost, brzydcy jak noc.
Emma była na tyle próżna, by to przyznać. Mogła znieść bycie spłukaną, ale brzydcy partnerzy? Absolutnie nie.
Zaczęła więc harować i polować na bestie.
Aby wspiąć się w rankingu, istniał tylko jeden sposób: rozłupać bestię lub Chitynida – rodzaj opancerzonego, insektoidalnego stworzenia – i zdobyć jego rdzeń.
Większość kobiet Eterianek w Imperium miała rodzinne majątki i oddziały wsparcia, które je chroniły. Emma? Była zdana na siebie – bez nazwiska rodowego ani zasobów, które by ją wspierały.
Początkowo próbowała podczepić się pod innych Eterian, ale gdy tylko zobaczyli, że nie stoi za nią żaden klan – i że jest żółtodziobem, który dopiero co się przebudził – wszyscy szybko się wycofywali. Nikt nie chciał ciężaru.
Nie miała więc wyboru. Jeśli chciała rdzeni, musiała samotnie maszerować do lasu, stawiać czoła bestiom i brać to, czego potrzebowała. Przerażające? Pewnie. Mimo to, lepsze niż siedzenie i czekanie na cud.
Na początku był to czysty terror. Kłapiące zęby jak brzytwy, tnące pazury i krew tryskająca wszędzie. Prawie zginęła więcej razy, niż była w stanie zliczyć. Jednak brzydcy towarzysze w łóżku przerażali ją bardziej niż kły i pazury.
Pięć lat później wciąż tu była. Pokryta bliznami, twardsza i o jeden rdzeń bestii od przebicia się do Rangi 4.
To oznaczało dostęp do męskich Eterian Rangi 5, 6, a może nawet 7. Raz widziała samca Eterianina Rangi 7. Jego twarz wyglądała tak, jakby wyrzeźbili ją bogowie.
Na samą myśl o dziewięciu takich partnerach czekających w domu ciekła jej ślinka.
Bum!
Ogłuszający huk wyrwał ją z fantazji. Jej wysłużony Grawilot szarpnął gwałtownie, po czym stracił moc i spadł na ziemię jak kamień.
Emma zareagowała błyskawicznie, tworząc wodną bańkę, by otoczyć pojazd i bezpiecznie go opuścić. Wyskoczyła na zewnątrz, a jej miecz już jaśniał.
Ryk rozdarł las. Z gęstwiny wypadł, potykając się, blondwłosy mężczyzna, przesiąknięty krwią, ledwo uciekający przed bestią depczącą mu po piętach.
Jej wzrok utkwił w bestii, która przypominała gigantycznego nosorożca – cztery razy większego – z płonącym, rozżarzonym do czerwoności rogiem i ogniem buchającym z pyska.
Idealnie! Bestia 4. Rangi. Emma uśmiechnęła się z przekąsem. Cóż, czyż nie jesteś błogosławieństwem?
Szarżowała.
Blondyn zamarł, oszołomiony. Kobieta?! Tutaj?
– Ty… – wydyszał, ale ona była już w ruchu.
Jej wodna bańka wystrzeliła do przodu, a iskry eksplodowały w tysiąc drobnych ostrzy, które rozerwały skórę bestii. Stwór zawył, wstrząsając ziemią. Emma wybiła się w górę na słupie wody, jej miecz nabrzmiewał od błyskawic. Spadła niczym grom, rozłupując czaszkę potwora na pół.
Pięć sekund później bestia runęła na ziemię, pozbawiona głowy.
Blondyn, Kael Auris, nie mógł uwierzyć w to, co widział. Drobna kobieta, mająca ledwie półtora metra wzrostu, stojąca nad martwą bestią cztery razy większą od nosorożca. Słowo „zacięta” nawet tego nie oddawało.
Zanim zdążył wydusić słowo, Emma wydłubała już rdzeń z czaszki bestii, zdarła skórę, oddzieliła kości i mięso, po czym spakowała wszystko do swojej Opaski Przestrzennej – rutynowa robota.
Między rdzeniem bestii a materiałami, była ustawiona na kolejną małą fortunę. Jej uśmiech się poszerzył. O tak, dzisiaj jest dzień wypłaty. To kolejne 100 000 gwiezdnych monet, lekko licząc.
W końcu odwróciła się do Kaela. Upadł na ziemię, jedno ramię miał wygięte pod chorym kątem, a krew zaschła mu na twarzy.
Emma zmarszczyła brwi i trąciła jego nogę butem. – Hej. Oddychasz? Potrzebujesz pomocy?
Jego powieki powoli się uniosły. Drżącą, zdrową ręką uniósł dłoń, wnętrzem skierowaną do góry. Spoczywał w niej lśniący rdzeń bestii 3. Rangi.
– Uratuj mnie…
Mądry. Zawsze płaci z góry. Emma schowała rdzeń, wyłowiła eliksir leczący ze swojej Opaski Przestrzennej i przycisnęła go do jego ust.
– To wszystko, co mam. Proszę, nie umieraj mi tu. Naprawię Grawilot i zabiorę cię do szpitala.
Nie miała pojęcia, w jaką kabałę się wpakował. To jednak nie miało znaczenia – umowa to umowa.
Z wprawą naprawiła Grawilot, wciągnęła go na siedzenie i popędziła z Lasu Astralis.