W pokoju zapada całkowita cisza i bezruch.
Przez chwilę myślę, że się przesłyszałam. Czy królewski posłaniec mówił o mnie? Ale dlaczego Król Likanów miałby mnie chcieć?
Każdego roku każda wataha w jego królestwie wybierała najpiękniejszą kobietę i wysyłała ją do Miasta Korony. Spośród nich Król Likanów wybierał te, które najbardziej go zainteresowały, a one stawały się częścią jego haremu.
Zostanie wybraną to wielki zaszczyt, choć dość niepewny. W mroku szeptane są plotki o bezwzględności Króla Likanów, a także o jego nienasyconym apetycie…
Choć, co dziwne, nigdy nie było mowy o dzieciach. Ci, którzy sprzyjają Królowi, przysięgają, że dzieje się tak dlatego, iż czeka on na odnalezienie swojej przeznaczonej partnerki, i to ona miałaby powić mu dziecko.
Nie jestem ani najpiękniejszą kobietą w watasze, ani nikim ważnym. Wciąż więc zastanawiam się, dlaczego Król Likanów chciałby mnie jako swoją własność?
Chyba że potrzebuje jakiejś służącej?
— To niemożliwe — mówi Blaire, wypowiadając słowa, których ja nie potrafię wypowiedzieć na głos. — To musi być jakaś pomyłka.
— Nie ma mowy o pomyłce — odpowiada królewski posłaniec. — Nasz król, Roman, poszukiwał kobiety o dokładnie takich cechach, jakie posiada ta tutaj. Widząc ją na własne oczy, mogę potwierdzić, że spełnia te wymagania i czuję się zobowiązany honorem, by zabrać ją do naszego Króla.
Nie przypominam sobie, żeby patrzył na mnie dłużej niż przez chwilę. Być może to mu wystarczyło.
— Ona nawet nie jest dziewicą! — krzyczy Blaire. W swojej wściekłości upuszcza imbryk. Szybko cofam rękę, ale gdy imbryk uderza o podłogę, rozpryskuje się w drobny mak. Gorąca woda pryska wokół, mocząc rąbek mojej spódnicy.
Królewski posłaniec zrywa się na równe nogi. Jego twarz wykrzywia irytacja.
— Żaden Alfa by jej nie chciał, a co dopiero Król! — kontynuuje Blaire, zdając się nie dostrzegać sposobu, w jaki patrzy na nią posłaniec. Matka jednak to widzi i zaczyna podchodzić bliżej swojego ukochanego dziecka. — Oferowanie Królowi takiej dziwki byłoby zniewagą! Ona jest… —
Głośny trzask wypełnia pokój, gdy królewski posłaniec uderza Blaire prosto w twarz.
Oszołomiona Blaire odwraca całą głowę pod wpływem ciosu. W jej oczach stają łzy. Policzek szybko czerwienieje.
Nigdy w życiu nie została tak uderzona, nawet gdy tak bardzo na to zasługiwała. To ja zawsze byłam workiem treningowym; Blaire zawsze była dzieckiem idealnym.
Królewski posłaniec mówi wyraźnie i ostro, z wyraźną pogardą. — Kimże jesteś, by kwestionować wolę naszego króla Romana? Mam pełne prawo dopilnować, byś zawisła za taką zdradę.
Matka reaguje natychmiast, wchodząc między Blaire a posłańca.
— Wybacz mojemu głupiemu dziecku, panie! — mówi matka. — Nie miała na myśli tego, co powiedziała. Jeśli ktokolwiek ma zostać ukarany, proszę, ukarz mnie zamiast niej. Jako kobieta, która ją wychowała, to mój matczyny obowiązek przyjąć za nią odpowiedzialność.
Tymczasem moje kolana zaczynają boleć od sztywnego siedzenia na podłodze. Zerknąwszy w bok, widzę matkę osłaniającą moją siostrę własnym ciałem, desperacko próbującą ją chronić.
Mnie nikt nie chroni.
Wzdychając z frustracją, królewski posłaniec przenosi uwagę na mnie. — Proszę zebrać swoje rzeczy, panno…
— Tessa — podaję swoje imię.
Nie powtarza go ani nawet nie potakuje głową. — Może pani wziąć jedną torbę. Proszę spakować się mądrze. Wyjeżdżamy za pięć minut.
Pięć minut to niewiele czasu.
Dźwigając się na nogi, ignoruję strzykanie w kolanach, a także szloch matki wciąż próbującej chronić moją okropną siostrę, i idę w stronę drzwi.
Nie mam własnej torby, więc wślizguję się do pokoju rodziców, by podkraść jedną z ich. Torba, którą biorę, należała kiedyś do mnie, zanim popadłam w niełaskę. Odebranie jej teraz wydaje się mniejszą kradzieżą, a bardziej odzyskaniem własnej, zagrabionej własności.
Z torbą w ręku kieruję się ku schodom.
Trzy lata temu wyrzucono mnie z luksusowej sypialni i ukryto na poddaszu. Jest tam zimno, bez takiej izolacji jak w reszcie domu, a dach przecieka, gdy mocniej pada deszcz lub gdy napada za dużo śniegu. Mimo to udało mi się uczynić z tego miejsca dom, rozstawiając te kilka rzeczy, które posiadam, wokół polowego łóżka.
W myślach tworzę listę rzeczy, bez których nie mogę się obejść. Nie jest ona długa, ponieważ większość moich posiadłości została mi już odebrana.
Wlokąc torbę, wspinam się po drabinie na strych. Kiedy docieram na górę, zamieram.
Znajoma postać stoi w pobliżu mojego łóżka. W przyćmionym świetle pobliskiego, zakratowanego okna, odwraca się do mnie.
— Declan — mówię.
Co on u licha mógłby tu robić? Nie rozmawialiśmy od tamtego strasznego dnia sprzed trzech lat. Próbowałam mu wszystko wyjaśnić, ale nie chciał słuchać. Odrzucił mnie, tak jak wszyscy inni.
— Zbierz tylko to, bez czego nie możesz żyć — mówi Declan. — Będziemy musieli podróżować szybko i bez zbędnego obciążenia, jeśli mamy mieć jakąkolwiek szansę na ucieczkę.
Zastygłam, nie rozumiejąc. To najdłuższa wypowiedź, jaką do mnie skierował od czasu mojej hańby. — O czym ty mówisz?
— Pospiesz się, Tessa — błaga Declan. Podchodząc, wyrywa mi torbę z rąk i zaczyna wrzucać do niej moje rzeczy. Nie mam komody, tylko kosz z ubraniami upchnięty w kącie. Chwyta je na oślep, pakując mnie.
— Ale… dlaczego? — pytam.
Nie patrząc na mnie, wyjaśnia: — Nie chcę żenić się z Blaire. Nigdy nie chciałem. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby opóźnić ten ślub. Przez trzy długie, straszne lata mi się to udawało. Potrzebuję jeszcze tylko dwóch tygodni, a zostanę Alfą. Kiedy będę Alfą, będę mógł sam podejmować decyzje, na przykład o tym, kogo chcę na swoją Lunę.
Rozumiem słowa, które wypowiada, choć to szok. Jeśli cokolwiek z tego jest prawdą, oznacza to, że przez lata udawał uległość, przekonując wszystkich, że chce Blaire, tylko po to, by zmienić wszystko, gdy tylko zostanie uznany za Alfę.
To, czego nie rozumiem, to jak to wszystko wpływa na mnie.
Patrząc na mnie, Declan musiał dostrzec niepewność w moich oczach. Upuszcza moją torbę i robi te kilka kroków, które dzielą nas w tej małej przestrzeni, by stanąć przede mną.
— Chciałem poczekać, aż zostanę Alfą — kontynuuje. Tak blisko, nawet w półmroku, widzę płonącą determinację w jego oczach. Jego intensywność i szczerość przykuwają mnie do miejsca; wpatruję się w niego, słuchając. — Ale nie mogę czekać, skoro planują cię oddać. Musimy uciekać. Możemy wziąć ślub po drodze, wtedy nikt nas nie powstrzyma.
— Ślub? Declan, nie rozmawiałeś ze mną od trzech lat…
— Czy ty mnie nie słuchasz? — pyta Declan. — To wszystko był podstęp. To ty jesteś tą, którą kocham, Tessa. Jedyną, którą kiedykolwiek kochałem. Nie ma czasu. Ucieknij ze mną teraz i zostań moją żoną.
— Twoją żoną?! — dobiega wrzask z drabiny. W tej samej chwili Blaire wpada na moją przestrzeń. — Jesteś obłąkany! Będą was ścigać wiecznie. Król Likanów nie znosi odmowy. Będzie was ścigał do końca życia. Nikt mu się nie sprzeciwia.
Spanikowana, cofam się o krok. Jak długo nas podsłuchiwała?
















