Rozpętała się walka na śmierć i życie, wywołując masową panikę w sali konferencyjnej.
Wszyscy szybko zerwali się na równe nogi, by stworzyć jak największy dystans między sobą a walczącymi, ale nie było zbyt wiele miejsca. Wkrótce warczenie i kłapanie zębami były jedynymi odgłosami dochodzącymi od wilka mojego ojca, podczas gdy Aleric odpierał go w swojej ludzkiej formie.
– Brayden! – krzyknął w końcu Aleric, dysząc z wysiłku walki.
Mój ojciec był silny, niemal tak silny jak Aleric. To prawda, że Aleric ostatecznie wygrałby w walce jeden na jednego, ale mój ojciec zadałby mu poważne rany. Nie dałby się łatwo powalić.
Brayden nie wahał się ani sekundy, zanim chwycił mojego ojca od tyłu i pchnął go na ziemię. Razem z Alerikiem użyli swojej wagi, by przygwoździć wielkiego wilka.
– Przynieście mi srebrne kajdany i zabierzcie go natychmiast do cel! – rozkazał wściekle Aleric wszystkim w pokoju.
Wszyscy rozbiegli się szybko, by wykonać polecenie Alfy, nie chcąc go bardziej denerwować.
– A ty – powiedział, zwracając swoje zimne oczy na mnie z obrzydzeniem. – Zjeżdżaj mi, kurwa, z oczu i siedź w swoim pokoju, dopóki nie powiem, że możesz wyjść. Pozostaniesz tam i będziesz prowadzić wszystkie swoje sprawy w obrębie tych murów. Czy wyraziłem się jasno, Ariadne?
Nie mogłam mówić. Słowa nie przychodziły mi do głowy, gdy patrzyłam z przerażeniem na tego mężczyznę. Byłam pewna, że wyśle mnie za ojcem albo zabije, jeśli w tym momencie powiem coś niewłaściwego. Zrobiłam więc jedyną rzecz, jaką mogłam.
Niemo skinęłam głową, pospiesznie wracając do swojego pokoju jak w transie.
Dni mijały szybko, gdy organizowałam ostatnie szczegóły mojej ucieczki. I wkrótce wszystko było gotowe. Spakowałam torbę, zapisałam instrukcje dotyczące moich obowiązków Luny na następne kilka tygodni, a nawet zostawiłam list dla mojego ojca. Nie byłam pewna, czy go otrzyma, biorąc pod uwagę jego obecne uwięzienie, ale musiałam mu powiedzieć, że jestem wdzięczna za to, co dla mnie zrobił. Miło było wiedzieć, że mnie kochał, po spędzeniu tych wszystkich lat w wierze, że jest inaczej.
Bolało mnie nawet myślenie o zostawieniu go, ale nie mogłam nic zrobić, by go teraz uratować. Cele były najlepiej strzeżonym miejscem na całym terytorium. Nawet próba odbicia go doprowadziłaby do mojego natychmiastowego schwytania.
W noc ucieczki jadłam ostatnią kolację z Sophie. Zdecydowałyśmy się wyjść po zmroku, co miało, miejmy nadzieję, lepiej ukryć naszą obecność. Dziś wieczorem na głównym placu odbywała się wielka uroczystość, więc patrole strażników miały być najmniej liczne.
Do tej pory nie było żadnych problemów ani nawet gości, odkąd Aleric wygnał mnie do mojego pokoju. Byłam wdzięczna za ciszę i spokój, i szczęśliwa, że nie musiałam widzieć spojrzeń członków mojej watahy, gdy przechodziłam obok. Byłam pewna, że ich opinia o mnie tylko się pogorszyła, teraz gdy mój ojciec popełnił jedno z największych możliwych przestępstw: próbę zamordowania Alfy.
– Czas iść – powiedziałam nerwowo do Sophie.
Bałam się. Bałam się, że zostaniemy złapane, że zostanę zaciągnięta z powrotem do tego piekła i być może stracona. Ale jeśli uda nam się to zrobić, wyjechać i w końcu być wolnymi, będzie to warte wszystkiego.
Sophie skinęła głową, gdy chwyciłam plecak, gotowa do wyjścia.
– Gdzie położyłaś swoją torbę? – zapytałam, zauważając, że nie położyła jeszcze niczego przy drzwiach wejściowych.
Ale zanim Sophie zdążyła odpowiedzieć, drzwi nagle otworzyły się z trzaskiem i kilku wojowników watahy wparowało do środka.
Chwycili mnie za ramiona i pchnęli na ścianę, pozbawiając plecaka, zanim skuli mnie w srebrne kajdanki. Natychmiast kilku z nich zaczęło przeszukiwać dom i przetrząsać wszystkie moje rzeczy, jakby szukali czegoś konkretnego.
Chciałam zawołać do Sophie, by upewnić się, że nic jej nie jest, ale wtedy, kątem oka, zdołałam jedynie być świadkiem, jak siłą wyprowadzają Sophie na zewnątrz. Stało się to tak szybko, że nic nie mogłam zrobić.
– Co to ma znaczyć?! – krzyknęłam, wciąż z twarzą przyciśniętą do ściany. – Jestem waszą Luną i żądam, abyście odstąpili i wytłumaczyli się.
Czułam, jak ciężar mojego autorytetu spływa na nich, sprawiając, że się zawachali... ale tylko na chwilę. Ten, który mnie trzymał, nieco rozluźnił chwyt, ale nie puścił mnie całkowicie. Oznaczało to, że rozkaz musiał wyjść od samego Alerica. Był jedynym, który miał wystarczający autorytet, by pozwolić im mnie zignorować.
Minęła kolejna minuta, zanim Brayden wreszcie wszedł do środka, zerkając tylko przelotnie w moją stronę. – Możesz poluzować chwyt i ją odwrócić – powiedział do tego, który mnie trzymał.
Odwrócili mnie twarzą do niego, ale jego twarz była nieczytelna. Czy robili to wszystko, bo odkryli moje plany ucieczki? Wydawało się to trochę przesadzone jak na coś takiego. Nie, to wyglądało, jakby działo się coś grubszego.
Wtedy jeden z wojowników nagle podszedł do Braydena, trzymając w ręku kilka przedmiotów.
– Znaleźliśmy to, Gammo – powiedział, prezentując je Braydenowi. – Wygląda też na to, że planowała ucieczkę, zanim ją złapaliśmy. Kiedy przybyliśmy, miała na sobie plecak pełen ubrań i zapasów.
Nie widziałam, co było drugim przedmiotem, ale pierwszy to był list do ojca, który zostawiłam na łóżku. I natychmiast poczułam ucisk w żołądku. Wiedziałam, że ten list może zostać błędnie zinterpretowany jako sympatyzowanie i dziękowanie człowiekowi, który prawie zabił Alfę. Planowałam wyjechać, zanim ktokolwiek go przeczyta.
Brayden przebiegł wzrokiem po liście, jego twarz wciąż była całkowicie pozbawiona emocji, po czym powąchał to, co jeszcze mu podano. Jego natychmiastową reakcją był grymas i odwrócenie twarzy.
– Czy to twoje? – zapytał, pokazując mi mały pęk ziół. Nie rozpoznawałam ich, ale z drugiej strony nigdy nie byłam dobra w zielarstwie.
– Nigdy w życiu tego nie widziałam – odpowiedziałam, wypluwając słowa w jego stronę. – Nawet nie wiem, co to jest.
– Znaleziono je w jej sypialni, Gammo. Ukryte pod łóżkiem – wtrącił wojownik.
– Co?! Jesteście szaleni! Nie trzymam tu ziół. Nie mam nawet pojęcia o rozróżnianiu ich rodzajów!
– To Mortwert – odpowiedział spokojnie Brayden, a jego ciemnobrązowe oczy przeszywały moje. – Powoduje poronienia w trakcie ciąży.
– Co? – wydusiłam z siebie.
Dlaczego coś takiego miałoby być w moim pokoju? Kto mógł to tam w ogóle umieścić?
– Ariadne Chrysalis, niniejszym aresztuję cię za morderstwo nienarodzonego dziedzica Alfy oraz za krzywdę wyrządzoną innej członkini watahy, Thei Woods. Zostaniesz natychmiast zatrzymana w oczekiwaniu na proces za tydzień.
– Co? Thea straciła dziecko? – zapytałam przerażona, czując, jak paraliżuje mnie strach.
Oczywiście, wszyscy będą myśleć, że miałam z tym coś wspólnego. Dlaczego ktokolwiek miałby wierzyć Lunie, która publicznie zrobiła scenę na temat jej ciąży?
– Zabierzcie ją do cel – powiedział Brayden, a jego twarz w końcu zdradziła obrzydzenie, które, jak wiedziałam, próbował ukrywać przez cały ten czas.
Zaczęli wypychać mnie za drzwi, ale kopałam i walczyłam z nimi.
– Jesteście szaleni! Wszyscy jesteście szaleni! – krzyczałam. – Gdzie jest Aleric?! Pozwólcie mi zobaczyć się z Alerikiem i wyjaśnić całą tę sprawę! Jestem waszą Luną! Żądam, abyście natychmiast zaprowadzili mnie do Alfy!
– To nie będzie konieczne – powiedział głęboki, chłodny głos za mną w korytarzu.
Wyciągnęłam szyję, jak tylko mogłam, by zobaczyć znajome oczy, których tak bardzo się bałam. Nienawiść, która je wypełniała, była większa, niż kiedykolwiek wcześniej widziałam u innej osoby.
Strach szybko mnie ogarnął, nogi niemal ugięły się pode mną na sam widok jego w takim gniewie. Bo chociaż popularne powiedzenie brzmiało „gdyby wzrok mógł zabijać”, tutaj nie było to nawet w przybliżeniu potrzebne. Wyglądał na w pełni gotowego, by własnoręcznie skręcić mi kark.
– Aleric... – zapłakałam. – Nie zrobiłam tego, przysięgam. Nie zabiłam twojego dziecka. Nawet nie chciałam tu już być. Poddawałam się, pozwalając ci mieć Theę, tak jak zawsze chciałeś.
– Więc przyznajesz się do próby ucieczki – warknął niskim głosem. – Twój motyw wydaje się tutaj jasny. Nie martw się jednak, twoje życzenie się spełni.
Kilku starszych ujawniło teraz swoją obecność, a dreszcz przebiegł mi po plecach. Miałam przeczucie, że domyślam się, co zamierza zrobić. Już samo przyznanie się do chęci ucieczki było karalne, pomijając fałszywe oskarżenia przeciwko mnie o poronienie Thei.
– Ja, Aleric Dumont, Alfa watahy Zimowej Mgły, wraz z większościową zgodą obecnej tu starszyzny, odrzucam cię, Ariadne Chrysalis, jako moją partnerkę i Lunę tej watahy.
Więź pękła, a ból natychmiast mnie oślepił; upadłam przy tym na kolana. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś tak potwornego. Nie widziałam, mój wzrok był zamazany, ale słyszałam słabo swój własny krzyk wypełniający powietrze. Wszystko we mnie płonęło, jakby wypalało coś z głębi mojej duszy.
Trwało to dłużej, niż mogłam pojąć, sekundy ciągnęły się jak godziny. Nawet gdy pieczenie ustąpiło i najgorszy ból minął, w mojej piersi pozostała pulsująca, całkowicie pusta otchłań. Nic tam już nie było. Żadnej miłości, żadnego pożądania, żadnej namiętności. Dużą częścią mojego świata był Aleric. Bez niego i wpływu więzi partnerskiej, połowa mnie czuła się teraz po prostu... pusta.
...A druga połowa mnie czuła strach.
Moja miłość do niego była jedyną rzeczą, która zaślepiała mnie na mój prawdziwy lęk. Bez niej jego sama obecność była jak śmierć wisząca nade mną.
Rodzaj odrzucenia, którego dokonał, był rzadki; taki, w którym do zakończenia procesu wymagana była większość głosów starszyzny. Czytałam o tym w historii tylko garstkę razy i było to praktycznie niespotykane. Używano tego tylko wobec członków wysokiej rangi i było to odrzucenie, które nie wymagało zgody ani porozumienia drugiej strony. Ten proces był zarezerwowany dla przypadków popełnienia przestępstw lub gdy istniał wyższy cel uzasadniający przymusowe zerwanie więzi.
Kiedy w końcu odzyskałam część sił, spojrzałam na Alerica, spodziewając się, że poczuł to, co ja... ale on stał całkowicie bez emocji, jakby nic się nie stało.
Więc to była prawda. Nigdy mnie nie kochał. Ani trochę. Odrzucenie powinno zaboleć go tak samo, ale on nie czuł nic. Po prostu patrzył na mnie z góry tymi lodowato zimnymi oczami, jakbym nigdy nie była dla niego nikim choćby w najmniejszym stopniu ważnym.
I tak, nawet nie drgnąwszy, patrzyłam, jak Aleric odwraca się do mnie plecami... i odchodzi.
– Zabierzcie ją do cel – rzucił przez ramię, nie zadając sobie nawet trudu sprawdzenia, czy jego rozkaz został wykonany.
Natychmiast Brayden postawił mnie na nogi i zaczął wlec w stronę schodów. Ale tym razem nie walczyłam. Nie było już sensu.
Po prostu pozwoliłam mu prowadzić się w stronę więzienia, które przez następne siedem dni będę nazywać domem.
















