Cele były zimne, wilgotne i obskurne, z niewielką liczbą udogodnień. Dano mi tylko łóżko, toaletę i umywalkę, a pojedynczy koc był jedyną rzeczą do ogrzania się. Miejsca było mało, każda cela miała trzy kamienne ściany i kraty wzdłuż ściany, gdzie znajdowały się drzwi.
Minęło siedem dni i wreszcie dzisiaj miałam stanąć przed watahą, by odpowiedzieć za rzekome morderstwo. Wiedziałam, że dowody przemawiają przeciwko mnie. W rzeczywistości wygranie tego graniczyło z cudem. Jedyną nadzieją, jaka mi pozostała, było to, że Sophie wciąż żyje. Jeśli mogłaby zeznać, że widziała na własne oczy, jak przez cały tydzień byłam w moich komnatach, co czyniłoby niemożliwym otrucie Thei, byliby zmuszeni dopuścić możliwość, że nie jestem sprawczynią.
– Wstawaj – rozkazał szorstko strażnik spoza mojej celi.
Rozpoznałam go. Miał na imię James i odwiedzałam jego rodzinę wielokrotnie w imieniu wysokich rangą członków watahy na przestrzeni lat.
Drżąc, wstałam zgodnie z jego żądaniem, nie jadłszy porządnie przez cały tydzień ze stresu, i podeszłam do boku.
James wszedł i pchnął mnie na kamienną ścianę, zmuszając do skrzywienia się z bólu. Ale wiedziałam, że siniaki po prostu zleją się z innymi, które już otrzymałam. Z powodu niepokoju i braku jedzenia moje obrażenia nie goiły się tak szybko, jak u wilkołaka normalnie by to miało miejsce.
– Czy Sophie będzie na procesie? – zapytałam, gdy wypchnął mnie z celi.
Nie odpowiedział, wybierając zamiast tego całkowite milczenie, gdy pchał mnie dalej w stronę wyjścia. Nie potrafiłam stwierdzić, czy poinstruowano go, by ze mną nie rozmawiał, czy po prostu teraz szczerze mnie nienawidził.
Przechodziliśmy obok innych cel i robiąc to, sprawdzałam wzrokiem każdą z nich przez kraty, desperacko szukając Sophie. Potrzebowałam, żeby tam była. Potrzebowałam, żeby dowiodła mojej niewinności.
Jednak gdy minęliśmy piątą celę, mój wzrok padł na mężczyznę o znajomych srebrnych włosach.
– Ojcze! – krzyknęłam, próbując ruszyć w jego stronę wbrew sile Jamesa.
– Aria?! – wysapał. – Co ty tu robisz?
Szamotałam się jeszcze chwilę z Jamesem, ale jego chwyt był znacznie silniejszy od mojego. Próbował pchać mnie w stronę drzwi i zdałam sobie sprawę, że nie wygram tego samą siłą.
– James! Proszę! – błagałam, odwracając się najlepiej, jak potrafiłam, by spojrzeć mu w twarz. – Jeśli mam dziś umrzeć, to proszę, pozwól mi porozmawiać z ojcem ten ostatni raz. Wiem, że możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę nikogo nie skrzywdziłam, a zwłaszcza nigdy nie skrzywdziłabym dziecka. Jeśli zostanę dziś niesłusznie stracona, proszę, nie pozbawiaj mnie ostatniej szansy na pożegnanie.
Twarz Jamesa była surowa, próbował być nieczytelny, ale widziałam niepokój w jego oczach. Jego szczęka zacisnęła się, gdy patrzył na mnie z góry.
– Proszę... James. Byłam na twoim ślubie... Byłam z twoją partnerką, gdy rodziła twoje dziecko! Proszę, daj mi tylko pięć minut na pożegnanie. Proszę. – Łzy zaczęły napływać mi do oczu. – Proszę... Proszę... Proszę, daj mi tylko tę jedną rzecz. Obiecuję w pełni współpracować w drodze na plac sądowy.
James wciąż wyglądał na rozdartego, ale w końcu skinął mi sztywno głową na zgodę. Westchnęłam z ulgą, dozgonnie wdzięczna za jego litość. – Dziękuję, James, dziękuję ci bardzo.
Pobiegłam do celi ojca, który już czekał na mnie przy kratach, a jego wyraz twarzy wyrażał mieszaninę przerażenia i niedowierzania.
– Przepraszam, że nie mogłam cię wyciągnąć – płakałam do niego. – Chciałam, naprawdę chciałam, ale wiedziałam, że to będzie niemożliwe przy tych środkach bezpieczeństwa.
– Cii, nie bądź niemądra. Wiedziałem, że nic nie mogłaś zrobić – uspokajał mnie. – Jestem wdzięczny, że nie próbowałaś mnie ratować. Zaakceptowałem konsekwencje i wiedziałem, co robię. Ale dlaczego ty tu jesteś? Mówiłaś, że jesteś w drodze na plac sądowy? Co się stało?
Skrzywiłam się na samą myśl.
– Chodzi o dziecko Thei – powiedziałam. – Wszyscy myślą, że otrułam ją jakimiś ziołami, żeby wywołać poronienie.
– Co?! Thea straciła dziecko? Ale to szaleństwo! Dlaczego mieliby oskarżać ciebie?
– Czy to nie oczywiste? – uśmiechnęłam się z goryczą. – Oczywiście wszyscy będą wytykać palcami wzgardzoną partnerkę Alfy. Przeszukali też mój pokój. Podobno znaleźli te zioła pod moim łóżkiem, mimo że nigdy w życiu ich nie widziałam. Nie mam pojęcia, jak zostały tam podłożone.
– Och, Aria... moja córeczko... tak mi przykro. – Jego oczy łzawiły na widok mojego płaczu. Nigdy wcześniej nie widziałam, by okazywał tyle emocji, tyle smutku. Nawet gdy zmarła matka, zamknął się na jakiś czas, by ukryć swoje emocje przed innymi.
– Przepraszam, że byłam takim rozczarowaniem dla ciebie, dla naszej rodziny – płakałam, patrząc w sufit, by spróbować powstrzymać łzy.
Nie mogłam na niego patrzeć. Wszystko, co zrobiłam, przyniosło hańbę naszej rodzinie. Widziałam to na jego twarzy przez te wszystkie lata.
– Aria, nie, nigdy. Nigdy mnie nie rozczarowałaś, ani nie mogłabyś. – Jego głos był tak łagodny, tak cichy, a jednak przepełniony tak wielkim żalem.
Wpatrywałam się w niego w szoku. – Ale zawsze patrzyłeś na mnie w ten sposób. Kiedy ogłoszono moją bezpłodność, widziałam, jaki byłeś. Wyglądałeś, jakbym przyniosła hańbę naszemu domowi.
– Nie! Oczywiście, że nie – powiedział niemal urażony. – Byłem rozczarowany tym, że Bogini zesłała na ciebie tylko więcej pecha. Byłem rozczarowany, że bóstwo tak wielkie wybrało cię do jednej z naszych najwyższych rang tylko po to, by pozwolić ci tak cierpieć. Wiedziałem, jak Aleric cię traktował, i nic nie zrobiłem. To ja powinienem przepraszać, nie ty. Powinienem był zabrać cię stąd wcześniej. Tak mi przykro, Ario.
Mój ojciec płakał, łzy spływały mu ciężko po twarzy. Mój ojciec, Beta największej watahy w kraju, tak silny i potężny, płakał przede mną, przepraszając mnie za to, że nie popełnił zdrady wcześniej, pomagając mi uciec. To było przytłaczające słyszeć to, co sprawiło, że moje ciało zaczęło się trząść.
Ręce miałam skute z tyłu, ale przycisnęłam czoło do zimnych metalowych prętów, by być bliżej niego. Najlepiej jak potrafił, choć niezgrabnie przez dzielące nas kraty, spróbował objąć mnie ramionami i przycisnął swoje czoło do mojego. To była chwila, byśmy oboje mogli razem popłakać.
Po minucie James odchrząknął za nami. – Czas iść – powiedział niezręcznie.
Wiedziałam, że musiał to być dla niego dziwny, a może nawet trudny widok. Nie tak dawno służył pod nami obojgiem, podziwiał nas. A jednak byliśmy tu, szlochając razem przez kraty celi, żegnając się.
Skinęłam głową i niechętnie się odsunęłam. To była jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek musiałam zrobić w życiu. Czy czułam się lepiej wiedząc, że ojciec mnie nie nienawidzi, jeśli mam dziś umrzeć? Czy może łatwiej byłoby opuścić ten świat wiedząc, że prawie nikogo nie obchodzę? Była tylko Sophie, ale teraz był też mój ojciec. Jak mogłam kiedykolwiek pozwolić im odejść? Prawie na pewno zginą, ponieważ próbowali mi pomóc. Kochanie mnie przyniosło im śmierć.
– Kocham cię, Ario – powiedział mój ojciec po raz ostatni, zanim James mnie chwycił. – Kocham cię tak bardzo, zawsze kochałem. Proszę, nie zapomnij o tym.
– Ja ciebie też kocham, tato – zapłakałam.
James poprowadził mnie w stronę drzwi i szłam najlepiej jak mogłam, bez konieczności popychania mnie tym razem. Oczy piekły mnie tak bardzo od wylanych łez, wzrok miałam zamazany, ale udało mi się iść w miarę stabilnie. Zgodziłam się nie utrudniać Jamesowi zaprowadzenia mnie na plac sądowy i byłam mu to winna za te krótkie chwile, które mi podarował. Resztę drogi przeszłam w milczeniu i bez protestów.
Po wyjściu na zewnątrz spacer przez las do miejsca, gdzie znajdował się plac sądowy, zajął tylko kilka minut. Było to miejsce uważane za święte, położone na polanie w lesie, otoczone wielkim kręgiem dużych omszałych kamieni, które zostały ustawione przez naszych przodków. Procesy zawsze odbywały się w nocy, gdy księżyc był wysoko na niebie; działo się tak, by Bogini mogła osobiście być świadkiem procesu.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, natychmiast stało się jasne, że obecna jest cała wataha. Przyszło tak wielu, że musieli tłoczyć się nawet poza kręgiem. Ich oczy były wypełnione złą wolą, gdy rozstępowali się, by pozwolić nam przejść przez zgromadzenie; niektórzy pluli lub przeklinali mnie, gdy szliśmy.
Kiedy weszliśmy do wewnętrznego kręgu, zaczęliśmy iść w stronę środka. Polana znajdowała się na lekkim wzniesieniu, więc im bliżej środka, tym wyżej się wznosiła, aż ziemia wyrównywała się na szczycie. Było tak, by wszyscy dookoła mogli łatwo widzieć.
Wewnątrz dostrzegłam kilka kluczowych postaci. Aleric stał za podium i był ubrany elegancko, emanując prezencją, jakiej oczekuje się od naszego nieustraszonego przywódcy. Ale patrzenie na niego teraz było dziwne. Pamiętałam, jak nie tak dawno motyle wypełniłyby mój brzuch, a serce biłoby szybciej na sam jego widok. Ale teraz nie było nic poza strachem; strachem, że on mnie dzisiaj straci. Strachem, że skrzywdzi mnie ten ostatni raz. Nawet z zerwaną więzią ten człowiek trzymał moje życie w swoich rękach, by je dręczyć.
Oczywiście Thea też była obecna, siedząc na krześle po prawej stronie Alerica; miejscu zazwyczaj zarezerwowanym dla Luny. Chciałam czuć złość na widok jej tam siedzącej... ale nie potrafiłam. Prawdę mówiąc, moja dawna pozycja nie obchodziła mnie już ani trochę. I tak nigdy się o nią nie prosiłam. Najwyraźniej wataha musiałaby upaść, tracąc całą moc, zanim zdaliby sobie sprawę ze swojego błędu. Thea w sercu nie była żadną Luną.
Starszyzna siedziała w półkolu wokół Alerica i Thei, a po ich lewej stronie zobaczyłam, że obecni byli także Brayden i mój kuzyn, Alexander. Nie byłam zaskoczona widokiem kuzyna w tym miejscu, skoro wataha potrzebowała Bety. Nie mając bezpośrednich potomków mojego ojca, musieliby zwrócić się do dzieci jego młodszego brata.
Alexander szkolił się do objęcia pozycji Bety już od jakiegoś czasu, więc było naturalne, że w końcu przejmie to stanowisko. Wyglądał podobnie do mnie, ale jego włosy były bardziej blond niż srebrne i miał niebieskie, a nie fiołkowe oczy. Nigdy nie byliśmy ze sobą blisko, ale z drugiej strony, dorastając, nigdy tak naprawdę nie miałam okazji się do nikogo zbliżyć. Od momentu moich narodzin wataha już określiła za mnie moje przeznaczenie.
Wielki dębowy pień leżał przed podium. Wiedziałam oczywiście, co to jest, i zrobiło mi się niedobrze. Widziałam go w użyciu tylko garstkę razy, ale wystarczyło, by wciąż sprowadzał koszmary. To tu winni kładli głowy, by zostać straconymi, a wielki ceremonialny pałasz dopełniał dzieła.
Usiadłam tuż przed tym pniem na zimnej ziemi, a moje ciało już drżało z zimna. Miałam na sobie tylko cienką białą sukienkę; moje poprzednie ubrania zabrano mi niedługo po tym, jak mnie zamknięto.
– Wygląda na to, że wszyscy już są – rzekł Aleric, a jego głos poniósł się ponad tłumem. Jego wzrok omiótł twarze zgromadzonych, zanim ostatecznie spoczął na mnie. – Zgromadziliśmy się tu dzisiaj, by być świadkami procesu Ariadne Chrysalis, byłej Luny watahy Zimowej Mgły.
















